niedziela, 7 stycznia 2018

Szkoda....

Metafora terapeutyczna to takie subtelne pouczenie.
Nic odkrywczego w zasadzie.
Bajka, baśń, legenda, obraz, utwór muzyczny.
Istnieją, współistnieją z nami od zawsze.
A jednak.....
Zdecydowanie bardziej wolimy poradniki.
Syntetyczne, zebrane w logiczną całość.
Z gwarancją efektywnego działania.
Mnie poradniki trochę przerażają.
Od razu stawiają przed nami wymagania, oczekiwania.
Metafora jest delikatna.
Mogę popatrzeć, posłuchać i nic z tym nie zrobić.
Po jakimś czasie obudzi we mnie refleksję, albo i nie.
Trochę jak znak drogowy.
Symboliczny, skrótowy, łatwy do rozkodowania.
Bez zbędnych opisów, statystyk, dowodów naukowych,
że tu i tu zgodnie z obliczeniami inżynierów drogowych
należy zwolnić, bo statystyki mówią to i tamto...
Widzę stop i zatrzymuję się.
Następnym razem w tym samym miejscu zahamuję już bardziej automatycznie.
A za jakiś czas podświadomie się nie rozpędzę na kilkaset metrów przed,
nawet gdy znaku jeszcze nie widać.
Z metaforą jest tak samo.
Posłucham jak bajki, dziecięcego opowiadania.
Potem porównam bez zobowiązań ze swoim życiem.
Potem przeniosę na to moje życie albo daną emocję, albo dane działanie, czy reakcję....

Najwięcj metafor, jak to cudownie ujął Onufrowicz w piosence Badacha 'Wracam do siebie',
''plącze mi się w głowie, z drugiej strony powiek''
kiedy wybiegam.
Celowo nie zagłuszam myśli głośnymi bitami.
Biegnę w podmiejskiej nibyciszy.

I dzisiaj tak mi wpadło...
Że z nami i naszym przeżywaniem życia
jest trochę tak jak z puzzlami.
Życie to takie misterne kawałeczki.
Efekt końcowy jest imponujący.
Feeria barw, faktur, półcienie, światło. Wszystko.
Ale gdy układasz, zdarza się, że trafi Ci się po prostu czarny kawałek.
I koniec kropka. Dno oceanu i tyle.
Czerń.
Lub niebo.
Fragment niebieski.
Niebieski.
Tylko tyle i aż tyle.
I ten czarny tak leży i czeka.
Czasem nawet Cię denerwuje,
bo gdyby miał chociaż smugę, to czymś by się wyróżniał, gdzieś by pasował.
A tu nic.
Ale pod koniec okazuje się, że to właśnie jego w tym wszystkim brakowało
i idealnie on i tylko on pasuje do całej układanki.

W życiu też tak mamy.
Zwykłe, czarne lub niebieskie dni.
Bez cienia zmiany. Nudne.
Pozornie bezużytecznie.
Bezwartościowe.
Statyczne. Mało interesujące.
Ciche.
Ale one właśnie są tak samo istotne.

Szkoda, że często dociera to do nas pod koniec układania....


Dziewięć minut

'Father and daughter' - Michaël Dudok de Wit.
Dziewięć minut poezji.
Dziewięć minut tęsknoty.
Dziewięć minut skupienia i obserwacji.
Tak uwielbiam.


Wspólnie...

Każdy ma inaczej.

W spotach i na blogach parentingowych
dominują wspólne pieczenie pierników,
wspólne sobotnie śniadania z almette,
wspólne łyżwy...


My wkraczamy w nową erę...
Powoli.

Od zawsze wspólnie z dziewczynami wychodzimy do restauracji.
Mamy swoje ulubione, takie na celebrowanie czwórek, piątek,
popisów czy koncertów.
Mamy te wyjątkowe na urodziny.
Znamy chyba wszystkie lodziarnie w Kato.
Wspólne jedzenie w knajpkach to jeden z naszych rytuałów.

Mamy też wspólne chodzenie na koncerty,
do teatru, czasem na wystawy.
Zdecydowanie na drugim miejscu,
za jedzeniem.

Wspólne oglądanie bajek czy filmów dla dzieci
to norma, którą uprawia chyba każdy.

Od kilku dni jednak
pojawił się nowy element.
Poważne filmy.
Głównie na tvp kultura.
Oczywiście w weekendy.
Starsza tkwi po uszy w II wojnie światowej.
Pokazaliśmy jej 'Falę',
bo często pyta, jak to możliwe, żeby jedna osoba
zmanipulowała cały kraj. Proszę, oto odpowiedź.
Młodsza przy tej okazji też zerka.
W 'Znieważonej ziemi' (obraz o ukraińskiej Prypeci pre i post czarnobylowej)
liczyły po cichu co prawda, jak filmowi turyści z Francji, na trzygłowe koty i zmutowanych ludzi,
ale dobrnęły do końca. Podobają mi się ich pytania w trakcie i po.
Młodsza myśli po inżyniersku, logicznie. Wszystko musi się zgadzać.
Starsza bardziej abstrakcyjnie...

A Wy?

Co robicie wspólnie?


sobota, 6 stycznia 2018

Życie jak w firmie

Jest nas kilka.
Trzymamy się od liceum.
Ponad dwadzieścia lat.
Inaczej.
To nie jest tak, że się trzymamy wszystkie.
To byłoby stwierdzenie trochę pod publiczkę.

AW to ta, która jest najbardziej dyplomatycznie poprawna,
zresztą w tym kierunku poszła też jej kariera.
Liczy się wizerunek, kariera, dobre wrażenie, mało prywaty.
A karierę ma imponującą.
Nię będę pisać, bo to prawie osoba publiczna.
Jako pierwsza kupiła sobie tebeesea.
Na studiach jeszcze.
Pamiętam jak jej tego trochę zazdrościłam.
Mała klita w dzisiejszym popularnym mordorze.
Ale wtedy, te 15 lat temu to było coś.
Pamiętam nawet waniliowy mulący zapach wnętrza samochodu,
kiedy woziła mnie po Wawie.
15 lat impoującej kariery.
U boku prezydentów, premierów, ministrów.
Chwilowo przystopowała.
Mała Ge i mały ktoś w drodze zatrzymały na chwilę
pędzące zawodowe pendolino.
Żyje niespiesznie. Codziennie dokarmia zakwas żytni na domowy chleb.
Nie jada wieprzowiny. Rano nastawia aromatyczną jaglankę dla Hu,
który wyjałowił sobie florę bakteryjną jelit jakąś tam kuracją antybiotykową.
Zwolniła przed czterdziestką. Może znowu się rozpędzi.
Kiedyś....

WW to ta co się zawsze bujała i buja się do dziś,
gdzieś w Lozannie. Jest szwajcarski mąż, jest mała Oxi.
W drodze kolejny surfer lub narciarz,
lub surfer i narciarz w jednym.
WW to taka z sex in the city.
Miniówy powyżej nosa.
Cekiny, szmina, czerwone szpilki.
Loki i pełne lica.
Pozornie lafirynda w ciągłym biegu.
W rzeczywistości dziewczyna z domu,
w którym mama miała swoją szwalnię,
a ojciec spity leżał pod stołem
w wielkiej, pięknej willi z basenem
w modnej części Katowic.
Pomimo tego, że ten cały wóz jechał tylko na jednym kole,
matka zapewniała WW wszystko.
Narty w zimie,plaże w lecie, dobre szkoły,
naukę języków obcych, fajne ciuchy.
WW to ta, która do pracy wróciła po 3 miesiącach
i dokładnie po szwajcarsku wykalkulowała,
kiedy opłaca jej się zajść w drugą ciążę.
Dziecko widzi mniej niż 2 godziny dziennie.
Jest dyrektorem finansowym dubajskiej szkoły z filią w Europie.
Zawsze kiedy wpada, daje znak...

Jest też DW, co chodziła do ogólnej, razem z Derą. Anią D. Słynną dziś aktorką.
Z ogólną miałam na pieńku, bo flirtowałam z ich klasowym Hłasko.
Odkryłyśmy się dopiero w epoce dzieci,
kiedy to spontanicznie na fejsie
dałam ogłoszenie parafialne,
że od do będę na mojej wsi
i kto ma ochotę niech wpada.
Wpadła.
Jak śliwka w kompot.
Odkryłyśmy się po latach.
Do wizji doszło audio i nagle okazało się,
że strasznie się nawzajem fascynujemy,
bo jesteśmy kompletnie inne,
niż wyobrażenie, które miałyśmy o sobie.
DW jest z tych, co męża ma jeszcze z czasów liceum.
Świetnie im się powodzi.
KW dyrektorzy w znanych portalach.
Ona też nie odpuszcza.
Taka korpogerl z dziećmi zaparkowanymi
w placówkach wychowawczych do późnych godzin popołudniowych,
z ukrainką od okien, z wakacjami allinclusive,
bo jest taka wyorana, że nie ma siły umyć sobie sama zębów.
Jednocześnie gdy przychodzi łikend
zbiera się i idzie na łyżwy, narty, dodatkową logopedię,
lub dusi potrawkę z królika.
Regularnie zmieniają pracę na tą lepszą.
Szukają złotego środka...
W między czasie dzieci rosną....

MT.
I tu cisza.
Cisza piętnastoletnia.
Po żarliwej kilkumiesięcznej licealnej przyjaźni, lata ciszy.
Bardziej chyba odpowiada mi jej miły mąż niż ona.
Nic o sobie, wszystko o innych.
Ta sama praca od zawsze.
Już chyba bardziej dyrekorem nie da się być.
Brak dzieci rekompensują sobie mnożeniem nieruchomości.
Diweloperka pod kampinosem kwitnie.
Nie wiem, czy to już są miliardy, czy jeszcze miliony.
Jakoś mnie to kompletnie nie interesuje.
Pod choinkę w tym roku dostała od męża
nowego czerwoniutkiego mercedesa.
W telefonie nie mam jej numeru...

JK.
Mieszka najbliżej.
W sąsiedniej wsi.
Zero chemii.
To była raczej przyjaciółka AW i MT.
Między nami zawsze jakiś dziwny chłód i dystans.
Tematy dzieciowe chwilowo nas zbliżyły.
Jakiś martwy telefon, że poszukuje niani,
bo wraca do zawodu i czy ja kogoś znam...
To taka kategoria 'do perfekcji'.
Jak mieszkanie na Mariackiej, to takie prosto na okładkę elle.
Jak dom, to taki na całe życie, z kutymi zawiasami,
łowickimi motywami w kuchni, piecem na chleb i i pizzę.
Kredyty na wszystko.
Niedospanie. Zmęczenie....

Spotkali się w tym roku na wspólnego Sylwestra.
Podobno było drętwo.
DW liczyła na dzikie tańce.
Przyniosła dla dzieci miecze, przebrania,
kupę żarcia i alko....
Nie pomogło...

Słuchałam długo tego wywodu,
potem długo o nich, o nas myślałam.
Dwadzieścia lat znajomości.
Każda inaczej reżyseruje swoje życie.
Każda ponosi inne koszty.
I tak sobie myślę,
że to trochę jak w firmie.
Ważne, żeby koszty nie przewyższały przychodów....



czwartek, 4 stycznia 2018

Nie moja bajka

Środowa orkiestra w dawnej siedzibie nospru
to ten fajny moment
na półtorgodzinne pogaduszki
z innymi,
głównie mamami.
Do tego fajna dzielnica Katowic.

A mamy są różne.
Te wczorajsze mnie załamały.
Ja rozumiem, że dwie szkoły
i trzeba pomagać,
choć bardziej mi pasuje tutaj słowo
WSPOMAGAĆ.
Ja rozumiem,
że oprócz muzyki
jeszcze przydałby się ruch,
więc stąd ten basen, balet i inne.
Sama też wożę przecież na tenis.
Ja to wszystko rozumiem,
ale tejkitizi.

Ta sama dziewczynka, za którą dzisiaj wypełniasz starannie ćwiczenia z biologii,
podczas gdy ona pływa na basenie, bo musi być wszystko na tip top,
będzie za kilka lat oduczać się tego perfekcjonizmu
i walczyć z tym, żeby móc zasnąć spokojnie z niezaładowaną zmywarką,
półbrudną łazienką, albo nieumytymi oknami.

Ta sama dziewczynka, za którą teraz mozolonie kolorujesz 12 obrazków,
bo ona musi przecież zrobić projekt z histy na dodatkową szóstkę,
będzie się na nowo uczyć jak nie ulegać presji otoczenia,
bo przecież wcale nie musi mieć dodatkowej pary butów, jeśli jej na nie nie będzie stać.

Ty się teraz bronisz i tłumaczysz, że ona taka jest, chce wszystko umieć najlepiej
i do wszystkiego się zgłasza, ale jednocześnie przekłamujesz rzeczywistość,
bo masę rzeczy robisz po prostu za nią, idąc na skróty.
To tylko Twoja wersja wydarzeń.

Nie dajesz jej szansy na porażkę, na zmierzenie się z 'tym razem się nie udało,
ale to nie koniec świata'.
Udać się musi zawsze. Niekoniecznie jej. Ważne, że Tobie.

Nie.
To zdecydowanie nie moja bajka.