sobota, 31 grudnia 2011

Grzeszny sen

Dzisiaj śnił mi się tata przedszkolnego kolegi Starszej.
Obydwoje spacerowaliśmy z młodszymi pociechami i on jakoś dziwnie nie dawał mi spokoju.

To tylko sen...

Babska destrukcyjna natura

Czy wszystkie takie jesteśmy, czy tylko ja tak mam?
Słońce za oknem, teściowa w kuchni, komputer na kolanach, Starsza na hulajnodze, Młodsza ogląda bajki. Ostatni dzień 2011 roku. Wstaję lewą nogą.
Nie pomaga makijaż, nie pomaga kawa.
Mam ochotę się pokłócić. Ofiarą jak zwykle jest mąż.
O byle co, żeby nie powiedzieć o byle g... .
Głupia słowna zaczepka. Niepotrzebny grymas na twarzy.
Bo tak.

piątek, 30 grudnia 2011

Rodzimy

Niesamowite.
Otaczająca mnie włoska młodzież zaczyna rodzić dzieci.
Kwoli sprostowania, mówimy o osobach w wieku 35-37 lat.
To pierwsze chyba takie nasze święta, gdzie oprócz nas, biegających po restauracji za jedną czy drugą, pojawiają się powoli inni, którzy muszą przewinąć, nakarmić i inne temu podobne...
Mało tego, w konfrontacji z nimi moja Starsza to niemalże dorosły człowiek.
Sama siedzi, sama trzyma sztućce, sama je, sama się ubiera.
Młodsza trochę jeszcze w tyle, ale w porównaniu z kilkumiesięcznymi niemowlakami i tak wypada całkiem nieźle...

Dbać o wspomnienia

Gramy w karty.
W tym roku częściej niż zwykle, bo Młodsza jest już starsza, a Starsza prawie duża.
Gramy i rozmawiamy.
Wbiega teść. Zawsze dumny ze swojej pracowitej żony.
"Wiesz ile kosztują cartellate na rynku? Dziesięć euro za kilo. Niesamowite, tak drogo..."
Teściowa spogląda na mnie porozumiewawczo.
"Wiesz dlaczego od kilku lat tak niezłomnie bawię się w ich przygotowywanie? Nie dlatego, że domowe mniej kosztują... Robię je dla wspomnień, które będziecie mieć za kilka lat."

czwartek, 29 grudnia 2011

Obskurna ławka

Spacer.
Dla ducha i ciała.
Poza tym lubię, naprawdę lubię obserwować miejsca, które nigdy nie znajdą się w żadnych popularnych przewodnikach...
W przyosiedlowym obskurnym do cna parczku siedzi na ławce nastoletnia para.
Boże, jak oni się w siebie wtulają. Jak oni się obcałowywują.
Pcham wózek, potykam się o spękane chodniki i w duchu wyję z zazdrości.
Jak to jest...?
Kiedy się ma naście lat i siedzi się na takie obdartej ławce, marzy się o kluczykach samochodowych i wypadzie za miasto...
Kilkanaście lat później, z kluczykami w rękach, można pozwolić sobie nawet na wypad nad morze, a ląduje się na domowej kanapie, w milczeniu, przed telewizorem... ech...

środa, 28 grudnia 2011

Dylematów etap czas zacząć

Bliska osoba tonie w długach.
Niby się o tym dużo mówi, niby pisze.
Ale ja nie wiem, nie wiem czy pomóc i pożyczyć, czy przemilczeć.
Rozmowa może nie mieć sensu.
Długi są duże, pożyczka nie rozwiąże problemu.
Problem twki zdecydowanie głębiej, w podejściu do pewnych tematów, w nieświadomości otoczenia...

niedziela, 25 grudnia 2011

Mizena cicha wcale nie taka licha


Tu na południu goszczą w prawie każdym domu.
Małe i duże.
Drewniane i papierowe.
Z figurkami z ceramiki lub plastiku.
W Wigilię o północy do kolebki wkładamy Nowonarodzonego Jezuska.
To nic, że wszystkie owieczki zostały wcześniej dokładnie wypłukane w wodzie płynącej ze studni, a teraz leżą brzuchami do góry w grocie, obok stajenki.
To nic, że pasterze wylegują się na sianie i patrzą w oświetlany punktowo sufit.
W każdym domku światełko.
W każdym oknie firanka.
Jest nawet papierowe podziemne przejście.
Grazie nonna!

Ryba dla odważnych


Teściowa ich nie jada, ale perfekcyjnie je przygotowuje...

Błogo


Nogi otulone pomarańczowymi rajstopami oparte o bok skórzanej kanapy.
Po lewej stronie mruga choinka.
Przede mną świeci ręcznie zrobiona stajenka.
Może wieczorem zagram w karty z teściową, a może wyjdziemy z przyjaciółmi na orzeźwiający spacer...

Słodka Puglia


Puglię odkrywam na swój sposób.
Regularnie.
Trochę, rzec by można od niechcenia, bo przecież nie jestem tu już tylko jednosezonową turystką, ale poniekąd stałą bywalczynią.
Puglia to dla mnie kuchnia mojej teściowej. Na pierwszym miejscu.
Mała kuchenka z małym okienkiem wychodzącym na krzykliwe podwórko.
Z tej małej kuchenki wychodzą ogromne skarby.
Lata praktyki, zamiłowanie, umiłowanie dobrego jedzenia, produktów dobrej jakości, tutejszych specjałów.
Boże Narodzenie to przede wszystkim słodycze.
Domowej roboty.
Przygotowywane już od połowy grudnia, bo im starsze tym lepsze.

Święta bez stylizacji


Zbieram się i zbieram.
Chciałabym oddać hołd mojej teściowej i zebrać te jej specjały w jedną spójną całość.
Może kiedyś. Może ...
To takie piękne, gdy ktoś tak niesamowicie skrzętnie, ale w naturalny sposób dba o tradycję i rytuały. Bez stylizacji i podglądania najnowszych trendów desingu.
Zawsze od lat to samo. Zawsze tak bardzo przewidywalnie...

Łapię i nie wypuszczę


Łapię te chwile.
Robię głęboki wdech, trzymam powietrze najdłużej jak to tylko możliwe.
Chwilo trwaj.
Jestem gościem.
Od samego rana w makijażu.
Pstrykanie pamiątkowych zdjęć.
W wersji mama i tata, mama i córki, tata i córki, i tak w nieskończoność.
Odpoczywam...

piątek, 23 grudnia 2011

Oby nie cisza przed burzą...

Słońce. Młodsza śpi.
Prawie spakowani.
Prawie przygotowani do jutrzejszego wyjazdu na południe do teściów.
O 16.20 szkolna festa.
Trochę kaszlu i kataru, ale wszelkie normy zachowane, więc nie siejemy paniki.
Zaraz zaparzę sobie małą kawę. Doleję mleka. Otworzę na oścież okno w sypialni i wystawię twarz do słońca.
Jest cicho. Jest dobrze...

niedziela, 18 grudnia 2011

Morsko

 
Niedzielny obiad w małej sprawdzonej spelunce w Rimini.
Frittura di pesce czyli ogromny talerz smażonych ryb.
Bakłażany w oleju.
Białe wino.
Na deser tarta domowej roboty.
Tanio i po domowemu.
----
Lubię to delikatne poobiednie chwilowe odużenie alkoholowe.
Nie pijam często.
Nawet można by rzec - rzadko.
Taka potulna owieczka, z nosem opartym o samochodowe okno, wpatrująca się w mijający szybko morsko-pagórkowaty pejzaż...

sobota, 17 grudnia 2011

Belgijka wyprawiła córce urodziny.
Jak na kreatywną mamę przystało wszystko handmade, eko, prorodzinnie, zespołowo i inne takie.
Ale przyznam, było miło. Bardzo miło.
A na stole mnóstwo pyszności.
Nie dało się nie zauważyć, że jedno ciasto zniknęło szybko i do ostatniego okruszka.
Czekam na przepis...

piątek, 16 grudnia 2011

Przybieżeli...


kolejny już rok robimy stajenkę...

Magia na zawołanie

Znajoma podarowała mi ostatnio czekoladowo-pomarańczowy puder do kąpieli.
Żaden wieczór nie był odpowiedni.
Bo za wcześnie. Bo za późno.
Bo za ciepło. Bo za zimno.
Bo jakoś tak niemagicznie.
Bo przecież nie weekend.
Bo nieumyte włosy.
Bo nic szczególnego dziś się nie wydarzyło.
---
Aż któregoś dnia uświadomiłam sobie, że za magię w naszym życiu odpowiadamy my sami.
I wepchnęłam ją na siłę do mojej łazienki.

czwartek, 15 grudnia 2011

Petycja klawiszowca

Masz 6 lat.
Dobry słuch. Poczucie rytmu.
Przedszkolanka sugeruje rodzicom zapisanie cię do szkoły muzycznej.
Środek komuny, ale po zdanych egzaminach rodzice kupują piękne, nowiutkie pianino.
Do dziś jedyna znana mi wersja wydarzeń to to, że "pani dyrektor pomogła".

---
Podstawówka i liceum to istny maraton.
Ryjesz jak wół dwutorowo.
Wychodzisz o 7.00, wracasz o 21.00.
Wszystkie możliwe świadectwa z paskami, ma się rozumieć.
Potem podwójna matura.
Studia muzyczne.
Najlepszy profesor w kraju.
Jesteś dobra, nawet bardzo dobra.
Ale nie wybitna, a to zbyt mało.
Skoro barok, to pogłębiasz wiedzę zagranicą.
W dobie jeszcze nieerazmusów szukasz możliwości studiowania u źródeł.
Salti mortali i masz, prywatne stypendium w Mediolanie.
Czytasz manuskrypty. Grasz z oryginalnych wydań. Nie żadne tam PWM i Ekier czy Drzewiecki.
Raz nawet występujesz na żywo w Radio Rai 3.
Poznajesz tajniki wykonawsta zgodnego z prikazami epoki.
I co?
I gówno.

Bo pewnego dnia decydujesz się na założenie rodziny i ... chwilowe odłożenie grania na bok. I koniec. Wylatujesz z obiegu.
Bo trudna ciąża i musisz leżeć, pierwsza i druga.
Bo przecież z czegoś trzeba żyć, a nie tylko akompaniować charytatywnie.
Bo nie stać cię na twój osobisty klawesyn z dwoma manuałami.
A klawesynista bez klawesynu to jak skrzypek bez skrzypiec.
Bo to, bo siamto...


----
W poniedziałek o 18.00 mam rozmowę w amatorskim chórze.
Może dostanę się do altów. Może.
Żeby pośpiewać, pobyć znowu na scenie.
----
A córki nie zapiszę na lekcje gry na fortepianie, tylko na instrument smyczkowy...

----
Idę dorabiać i tłumaczyć specyfikacje techniczne...

Zapaść się...

Stwierdzam jednoznacznie, że po wczorajszej nocy spędzonej na spacerach między kuchnią a salonem, tej nocy zapadłam w głęboki, prawie nieprzerwany sen.
Uczucie wyspania jest takie piękne...

środa, 14 grudnia 2011

Spazi per i bambini czyli dziecioprzestrzenie

Że Włosi kochają dzieci każdy wie.
Ale na uwielbianiu i okrzykach "che bel bambino" się nie kończy.
Tu nie stolyca, a przestrzeni i inicjatyw dedykowanych dzieciom całe mnóstwo.
Zachwycają mnie te akcje miasta i popołudniowe regularne otwieranie żłobków lub przedszkoli dla matek z dziećmi. Nie ważne, czy tu chodzisz czy nie. Czy jesteś z tej dzielnicy, czy z innej.
Drzwi są otwarte. Wejdź, usiądź, odpocznij. Gdy dziecko się bawi całym mnóstwem zabawek, ty możesz przykucnąć na chwilkę i porozmawiać z innymi matkami.
Dyżurne przedszkolanki zrobią ci herbatkę lub kawę.
Dzieci dostają zawsze obfity podwieczorek.
Zajęcia są planowane na kilka miesięcy do przodu, więc na wejściu dostaniesz mały kalendarz eventów. Znajdzie się też coś dla ciebie, bo czasem prowadzone są mini warsztaty szydełkowania lub robienia zabawek z papieru.
Ile płacę?
Nic.
To rola miasta.

----

W centrum jest biblioteka.
Dzieci mają tu nie kącik, nie nawet pokoik, a oddzielny kilkupiętrowy budynek.
Jest miejsce z zabawkami, które skutecznie zaapsorbuje malucha, kiedy ty będziesz przedzierać się przez setki książek, płyt, audiobooków i gier.
Dla starszych kilka razy w tygodniu organizują pracownie, wszystkiego co tylko można sobie wymarzyć.

----

Ja się pytam, a u nas w Polsce by tak nie można?

niedziela, 11 grudnia 2011

Muzyczna wyobraźnia

Zabieram Starszą na koncert.
Muzyka poważna, ale pięknie oprawiona - chór, organy, skrzypce, flet, wiolonczela.
Jest czego posłuchać.
Na bis serwują "Stille nacht".
Szepczę Starszej do ucha, że to taka niespodzianka-zagadka, ciekawe czy rozpozna znaną pieśń.

Rozpoznała.
Dumna, po ostatniej zwrotce wyszeptała mi do ucha:
Pszczółka Maja...

Odbyło się...

Sobotni nasz włoski wieczór.
Jedenaście osób.
Sześcioro dorosłych i pięcioro dzieci.
Młyn w mieszkaniu i młyn na stole.
Z założenia miało być prosto, więc zdecydowaliśmy się na piadiny.
Do tego szynka gotowana prosciutto cotto, surowa słodka san daniele, i bardziej słona nostrana, nie mogło zabraknąć mortadelli i popularnego tutaj ciccioli, czyli ichniego salcesonu oraz równie popularnego gorzkawego sera do smarowania o pięknej nazwie squacquerone. Zaserwowałam też ozorki. Jak zwykle okazuje się, że Włochom wbrew moim obawom takie rzeczy bardzo smakują. Na dodatek była oczywiście rucola i bakłażany według przepisu teściowej czyli aglio, olio e prezzemolo znaczy się czosnek, olej i pietruszka. Na zagrychę nasze polskie ogóreczki konserwowe i grzybki w zalewie.
Belgijka przyniosła grillowane zielone papryki i cukinie.

Dla osłody michałki, kasztanki, krówki, śliwki w czekoladzie i domowej roboty cantuccini przyniesione przez Pam.

Zapomniałabym...
Wszystko zakrapiane pysznym polskim niepasteryzowanym piwem w różnych odmianach...

czwartek, 8 grudnia 2011

Potęga niemocy

Po nocnym kursowaniu ostatecznie budzę się w łóżku Młodszej.
Z salonu dochodzą mocne promienie słońca.
W myślach planuję już cały dzień. Będzie słońce. Będzie pięknie.
Zaparzam kawę, wstawiam mleko.
Nagle z pokoju dziewczynek dochodzi przerażający płacz Starszej.
Nie może wstać. Boli ją noga.
Pierwsze kilka minut głaskania nic nie daje.
Leją się poważne łzy.
Przynoszę ulubione ciasteczka w gwiazdki.
Nic to nie daje.
Starsza leży jak kłoda, nie chce się w ogóle ruszyć.
Płacze.
Robi się poważniej.
Ból w pachwinie. Twardy brzuch.
Kilkanaście razy na minutę powtarza, że boli.
Zaczynam się niepokoić. Panika.
Zaczynam z nią rozmawiać. Opowiadać o dzieciństwie.
Ból ewidentnie mija i powraca.
W chwilach ataku krzyczy, że nigdy już nie wstanie, że zawsze będzie już w łóżku.
Ta dziecięca szczera rozpacz jak sztylet wbija się w moje serce matki.
Przypominam sobie moje ataki wyrostka i bóle reumatyczne, które dostaliśmy z bratem w genetycznym prezencie od mamy.
Pamiętam wieczorne masowanie kolan. Jedno przy jednym dziecku, drugie przy drugim.
Zastrzyki co trzy tygodnie. Zawsze, regularnie, przez kilka lat.
Czy to rok szkolny, czy wakacje, czy zielona szkoła.
Mijają trzy godziny, a ona cały czas we łzach.
Dzwonimy po lekarza.
W międzyczasie mąż przenosi ją do łazienki...
I nagle wszystko mija.
Dochodzi lekarz.
Starsza wstaje i jakby nigdy nic zaczyna bawić się wózkiem z lalkami.
Tańczy, śpiewa. Opowiada.

Wychodzimy na przewrażliwionych rodziców.
Przez telefon naopowiadaliśmy, że dziecko nie wstaje z łóżka.

Lekarz stwierdza prawdopodobnie kolkę.
Radzi tak czy siak przebadać.

Mnie dopada ból głowy.
Po kilku godzinach wychodzi przerażenie, że mogło skończyć się w szpitalu.
Że wróżki z czarodziejską różdżką nie istnieją.
Że...

Wszystko wraca do normalności.
Jemy spóźniony obiad.
Usypiam Młodszą.
Mąż wystawia w sypialni twarz do słońca.
Starsza ogląda bajkę.
Uciekam na rower.
Wyrzucić gdzieś w pole strach i niemoc.
Pod blokiem zatrzymuję się na dosłownie chwilę.
Patrzę w nasze okna.
Dociera do mnie, że tam, za tą kilkucentymetrową warstwą nieocieplanej ściany jest cały mój świat. Mój wszechświat.
Kruchy ja butelki, które wrzucam do żółtego kontenera.
Trwały jak trwałe może być słowo "na zawsze".
---

A może bolało, ale większa niż ból była radość z zawłaszczenia sobie mnie na ponad trzy godziny, gdy przykuta do łóżka po raz pierwszy od długiego czasu bez pośpiechu czytałam, opowiadałam, rozmawiałam...

środa, 7 grudnia 2011

Dać się ponieść

Od maja do sierpnia tego roku byłam z dziewczynami sama na wsi.
Co kilka tygodni, żeby nie zwariować brałam auto i jechałam do miasta na ciuchowe zakupy. Moje modowe szaleństwa kończyły się zawsze bezpieczną bielą, standardową czernią, stonowanym beżem lub szkolnym granatem.
Wokół lato, zieleń, błękit nieba, a mnie w efekcie przybyło między innymi około 5 nowych białych quasi-maturalnych koszul.
Z każdym kolejnym wypadem obiecywałam sobie, że muszę kupić choć jedną bardzo kolorową rzecz, taką, której na pierwszy rzut oka nigdy bym nie założyła.
Nie udało się. Brałam, przymierzałam, na twarzy pojawiał się grymas dezaprobaty i odstawiałam.
To samo jest teraz z meblami.
Patrzę i podziwiam te purpury, karmazyny i kanarki.
Skończy się pewnie na białych bezpiecznych koszulach...

Winzer delice kaltbach

16 euro za kilo.
Więcej niż za parmezan.
Ucztujemy. Mąż wynalazł gdzieś na sklepowej półce.
Pyszny ser o słodkim smaku...

Blokada

Zawsze tak było.
Jako dziecko i dorastająca już dziewczyna zawsze miałam ten sam problem.
Pół roku solidnej pracy, a na tydzień przed występem siadała koncentracja, wszystko się sypało. Totalne przeciwieństwo sportowego ducha, co to spidu dostaje właśnie, gdy widzi metę.
Ostatecznie wybraniałam się muzykalnością, pięknym dźwiękiem, wrażliwością, ale kiksy, jak to je nazywała moja Pani Profesor zostawały gdzieś w uchu na długo.

Ostatni mój poważny publiczny występ odbył się w 2004 roku, potem już tylko koncerciki przy okazji prowadzenia szkoły.

Moje życiowe "hamowanie" przeniosło się za to na inne obszary.

Za kilka miesiący mamy wejść do nowego domu.
Zaczęło się wertowanie katalogów, szukanie rozwiązań.
Wiem, co mi się podoba, a czego nie chcę.
To już dużo.
To będzie nasz "domowy" debiut i ta właśnie świadomość kompletnie mnie przyblokowała.
W głowie ma chaos.
A co, jeśli wyjdzie jeden wielki kicz i jarmark... ?

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Groch z kapustą

Przyjechali.
Przywieźli choinkę, groch z kapustą, z podradomskiej wsi mięsiste udko.
Krokiety i ozorki.
Zrobiło się świątecznie, nostalgicznie.
Wyjątkowo jakoś bez kłótni o byle co i byle kiedy.
Było miło, bardzo miło.
A dziś rano po ich odjeździe poczułam delikatny ścisk w gardle.
Uciekłam na szybki poobiedni spacer.
Uratować makijaż...

sobota, 3 grudnia 2011

Szaro-buro i zielono


Starsza i Młodsza w wersji szmaciano-wełnianej.

Jak narkotyk

Wiedziałam, że tak będzie.
Wiedziałam.
Znam się na wylot.
Od ponad trzydziestu lat.
Dlatego sama przed sobą schowałam głęboko w szafie kolorowego Łucznika.
Wiedziałam, że jak już go wyciągnę to się wciągnę tak, że mąż będzie sobie musiał na kolacje podgrzewać fasolkę z puszki.
Dobrze, że wszystko zbiegło się z jakimś ogólnie panującym wirusem żołądkowym, więc od kilku dni kolacje nie są mile widziane.
Szyć nie umiem, ale zawsze lubiłam sobie coś wydziergać.
Pamiętam jak przez mgłę mamę, która szyła mi sukienki.
Pamiętam kosze wiklinowe z kłębkami wełny. Leżały zawsze na górze na meblościance.
W ukryciu przed nami. My i tak wchodziliśmy na krzesła i w efekcie mama miała wszystko powybebeszane i poplątane.
Każda z nas ma więc chyba w życiu taki etap.
Etap silnej potrzeby kreowania. Czegoś...

piątek, 2 grudnia 2011

Pusto

 
Posted by Picasa

Tak było w ubiegły weekend.
Puste plaże w mieście Felliniego.
Wrócę tam niebawem.
Ze Starszą.

Mamuś, jesteś wróżką, która czaruje pyszne ciasteczka

 
Posted by Picasa


Tak, oto jestem wróżką. Biszkoptową z kremem cytrynowym.

Stara, a się bawi


Siedzę grubo po północy.
Popękanymi od ścierania cytryny opuszkami palców szyję i doszydełkowuję.
Powoli mi się zasypia, ale skoro już zaczęłam, to chcę skończyć.
Nie ma piękniejszej nagrody od porannego niedospanego uśmiechu dziecka na widok ulubionego bohatera...

środa, 30 listopada 2011

Morze w listopadzie

Było pięknie.
Za to Ci Kochana dziękuję.
Za tych parę chwil nad morzem, za kieliszek wina, zza którego prześwitywała mi pusta listopadowa plaża.
Ale dziękuję przede wszystkim za pierwszą chyba taką w życiu lekcję życia.
Za to, że wiem, jakiego błędu mam nie popełniać.
I za to, że po Twoim wyjeździe jeszcze bardziej rozkochałam się w moim mężu...

piątek, 25 listopada 2011

Drutów brak

Poranna droga do przedszkola.
Opowiadam dziecku o tym, dlaczego tylu panów siedzi na drzewach i od tygodni tnie gałęzie. Gałęzie mogą spaść na Ciebie, na drogę, na ... I nagle, po ponad pół roku mieszkania znowu we Włoszech odkrywam, że nie ma siedzących na przewodach elektrycznych ptaków! Nie ma, bo nie ma wiszących kabli i przewodów! I przez chwilę niebo wydało mi się takie puste...

Imieninowo tak jakoś

"Wszystkiego najlepszego , dużo zdrowia, żeby cię mąż kochał i
dzieci dobrze chowały i języka ojczystego nie zapominały- życzą
rodzice."

czwartek, 24 listopada 2011

Czekam...

Czekam z utęsknieniem na moment, kiedy będę mogła skulić się w kłębek na chwilę po zarwanej rozmową nocy. Kiedy będę mogła zaplanować najbliższą godzinę i zrealizować wzystkie punkty co do joty. Kiedy z beztroską zostawię igłę na stole w salonie, wiadro z wodą w łazience i otwarty balkon w kuchni po smażeniu kalafiora. Kiedy wrzucę ot tak do kosza puszkę po tuńczyku, bez chowania jej głęboko na dnie i kiedy położę otwarty makaron na drugiej półce od dołu, a nie ostatniej od góry
Kiedy na dwór wyjdę nie tylko na zakupy, do przedszkola lub ze śmieciami.
Czekam na powrót do w miarę aktywnego życia zawodowego, nawet nie w miarę, jakiekolwiek.
Czekam...

Zadra

Budujemy sobie wszystko na fundamencie, który przy świadkach błogosławi jakiś ksiądz w jakimś kościele.
Pewnego dnia, w pewnym momencie, kiedy wszystko i wszyscy udają się do snu, pojawia się mała wątpliwość, bzdurna informacja, która jak piorun trafia w betonowe podłoże i wprawia całość w drganie.
Drży ręka, która myje naczynia po kolacji.
Drży oko, które nie chce usnąć nawet po północy.
Rozmowa, krzyk, krzyk, rozmowa, przepraszanie, cofam, nie chciałam, wierzę, chcę wierzyć...

wtorek, 22 listopada 2011

Słońca, więcej słońca proszę

Via Emilia, wytyczona przez Rzymian, antyczna droga łącząca Rimini i miasto Piacenza biegnie przez sam środek naszego miasta. Bardzo lubię ten specyficzny szmer rozmów i trzaski szklanek, kubków i talerzyków, który słychać zawsze o tej samej, przedpołudniowej porze w okolicach głównego placu. Takie specyficzne mormorando.
Potem wszyscy znikają, miasto się wyludnia, pora obiadu.
O szesnastej znowu wychodzą na ulice, jedni tylko po to, żeby pogadać, inni mają sklepy, butiki, bary.
Tylko brak mi jakoś światła, ciepłego promyka słońca na twarzy...

Sukienka za 30.000 pln

Sklep był pełen pięknych egzemplarzy.
Szukałam z wtedy jeszcze nie-mężem jakiejś ładnej sukienki na nadchodzący bal.
To były te czasy, kiedy talię miałam jak osa.
Za sukienkę oczywiście zapłacić mieli rodzice.
Wszystko ładne i zgrabne, ale zawsze coś nie tak, nie ten kolor, albo nie ten fason, albo za krótka.
I nagle wpadam na czarną, długą, prawie prześwitującą...
Zakładam i ... to jest to. Jestem jak nimfa.
Wszyscy biorą głęboki oddech.
Patrzę na cenę, a tam 30.000 pln.
Mama zawsze uważała, że za jakość trzeba zapłacić.
Pomimo moich protestów - bierzemy.
Tata wyciąga kartę i płaci.
----
Balu się już nie doczekałam, bo o 6.45 zadzwonił budzik męża...

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jesienne remedium










W zasadzie gotowaniem, celebrowaniem gotowania, leczę trochę jesienną pustkę...

Znowu przy garach



Poniedziałek zimny jak jasny gwint.
Nie idę na spacer.
Chrzanię dotleniane Młodszej.
Wracam do ciepłego domku, do ciepłej podłogi, do ciepłej herbaty i ciepłych grubych skarpetek. Na balkonie cała siata boćwiny i cykorii.
Zrobię tartę.
Mąż prosił o cykorię, to ją będzie miał.

90 minut w skupieniu

Wyszperałam na stronie miasta informacje o organowej lekcji-koncercie.
Organy niczego sobie, bo z 1671 roku.
Godzina 16.00, idealnie.
Nie za późno, nie za wcześnie.
Biorę Starszą, skoro ma być lekcja, będą młodzi ludzie, będzie gadka-szmatka, więc nawet jeśli trzeba ją będzie upominać, nikt nie zwróci uwagi.
Idziemy!
---
Muzeum Diecezjalne. Średnia wieku 85 lat.
Na 90 minut lekcji, 60 minut wykładu, 30 minut grania.
Głównie muzyka średniowieczna.
Starsza nie dała plamy. Siedziała jak trusia i obserwowała wyrzeźbione aniołki.
Po koncercie ludzie zamiast z gratulacjami do organisty, podchodzili do mnie pogratulować mi córki...

Ciepła piadina w zimną niedzielę



Ciepłe pieczywo w niedzielny wieczór.
Właściwie nie pieczywo, substytut pieczywa.
Piadina romagnola.
Uwielbiam, Dziewczyny uwielbiają.
Robię dosłownie kwadrans przed kolacją. Ciasto ugniatam wcześniej.
Do środka wrzucamy szynkę San Daniele i rukolę.
Jest bosko!

---
Przepis, ten ostatni, bo jest ich niezliczona ilość, dostałam na piątkowym spotkaniu w "Tana degli orsetti", osiedlowym klubiku dla mam i dzieci.
Smalec zastąpiłam olejem extravergine.
500 gr mąki pszennej
80 gr smalcu
250 gr mleka
1 opakowanie proszku do pieczenia
sól wg uznania

Wszystko ugnieść, włożyć do plastikowego woreczka na 1 godzinę.
Smażyć bez tłuszczu na bardzo gorącej patelni, w oryginale żeliwnej.
Mnie piadina "puchła", tworzyły się w trakcie smażenia duże "bąble powietrzne" w środku. Przewracałam na druga stronę i bąble albo same pękały, albo delikatnie przebijałam je widelcem.
Najlepiej spożywać chwilę po przygotowaniu, gdy są jeszcze ciepłe!

niedziela, 20 listopada 2011

Idealna para


Ziemniak i rozmaryn to po prostu jak Bolek i Lolek. Para nierozerwalna. Jedyna w swoim rodzaju. Na całe życie.
A do tego dziś wreszcie zrobiliśmy naszą podradomską, grzebiącą, biegającą kaczkę.

Dzikie zimno



Weekend należy do mnie.
To już powoli staje się regułą.
Mąż lubi jak kura wymościć się w domu i pichci, bawi się z dziećmi, bałagani.
Ja wymykam się na miasto.
Dziś przegrałam z zimnem.
Miało być długo i kreatywnie, a było krótko i najszybszą drogą do domu...

Mielimy

Wczoraj zastanawiałam się nad wyższością włoskich polpette nad polskimi mielonymi.
Jako dziecko mielone były czymś, czego szczerze nienawidziłam.
Niby chrupiąca skorupka na zewnątrz, a w środku zapach niedogotowanego mięsa i do tego te kawałki cebuli, które gdzieniegdzie wchodziły mi w zęby, takie mam wspomnienie.
Wczorajsze pulpeciki zniknęły tak szybko, że nie zdążyłam znaleźć wciśniętego gdzieś aparatu.
Dopisuję kolejną rzecz do listy "Je Młodsza - można robić".

sobota, 19 listopada 2011

Strajk czyli scioperujemy

Wczoraj zastrajkowałam.
Buchnęłam na łożko w ubraniu i pełnym makijażu,
z kuchią pełną cuchnących od piątkowej ryby talerzy...
Taki strajk to najbardziej efektywny budzik następnego dnia...

piątek, 18 listopada 2011

Alarm

No i mamy pierwsze nadzwyczajne zebranie w przedszkolu, bo ktoś komuś pokazał siusiaka...

Wirtualna haja

Smutno mi się zrobiło.
Ucichłam na chwilę.
Przeraziłam się wirtualnej walki stoczonej gdzieś obok.
Strach, bo za słowami stoją przecież prawdziwi ludzie...

środa, 16 listopada 2011

Się zmienia


Szron, krople wilgoci, czerwony nos, lodowate dłonie.
Zmienia się wszystko, zmieniają się kolory.
Szykujemy się na zimę.
Buty zaniesione do szewca.
Nadchodzi czas na zimowe przytulanie...

wtorek, 15 listopada 2011

R jak risotto z radicchio


Uwielbiam. Kocham włoską kuchnię za to, że jest tanio, szybko i zdrowo.
I w miarę prosto.
Patelnia, olej i cebula. Czyli początek 80% potraw, które znam.
Potem duszenie radicchio, podlewanie winem.
Dodanie ryżu i stopniowe zalewanie bulionem.
Do smaku będzie pecorino.

Jest kanał


W okolicy, niedaleko bloku płynie kanał.
Z daleka wygląda ładnie.
Ogrodzony.
Z mostkiem.
Wokół drzewa. Obok parczek.

Z bliska podśmierdza.
Latem, gdy wysychała woda wystawały z niego wyrzucone krzesła.

Teraz - jesienne kolaże.

Strategia marketów na pchlim targu

Targ jest we wtorki, czwartki i soboty.
Ustawienie straganów za każdym razem inne.
Dobry chwyt.
Dziś miały być tylko szale do nowej kapoty, a są dwa swetry...

Magia w powietrzu


Wchodzę dziś rano do przedszkola i zapach mandarynek.
Idę na miasto i zawieszone między kamienicami, jeszcze nie uruchomione, łańcuchy z lampkami.
Robi się magicznie.
Z daleka nadchodzą powoli Święta...

Uśmiecham się do znaków

Mieszkamy tu już ponad pół roku, ale dalej nie mogę przestać się uśmiechać, gdy na skrzyżowaniu widzę znak drogowy: Florencja 99km, Bologna 30 km, Rimini 80km.

Cappotto czyli mam nową kapotę

Jesteśmy jednak, my kobiety, dość proste w użyciu.
Tyle wywodów, że się poprawię, że obiecuję, że będzie lepiej.
A tu wczoraj... miła, wesoła, niekrzycząca. A wszystko za sprawą nowej kapoty.
-----
Samotny mój shoppingowy wyskok.
Generalnie ciuchy noszę do zdarcia i najlepiej podkradane mojej modnej mamie.
Trochę ostatnio jednak ewoluuję, bo mamy daleko, a włoska ulica wyostrza mi smak modowy.
Jadę sobie zatem naszym nowym czerwonym włoskim autkiem.
Szczęśliwa, że mam chwilę tylko dla siebie. Że muzyka może być na full.
Parkuję, jak zawsze na samym końcu parkingu, w miejscu, gdzie mógłby zaparkować nawet kombajn do koszenia zboża.
I frunę w stronę kapot.
I mierzę, i kucam, i siadam, przysiadam, zmieniam sklep, wracam, bo w innym taniej, ale kołnierze jakieś wygięte, pomięte i z bliska widać mnóstwo wystających nitek.
Wracam. Ochroniarz sklepu ma mnie chyba za kleptomankę. Uśmiecham się więc szeroko i uprzejmie mówię po raz trzeci chyba 'buonasera'.
Biorę, to nic, że eska, emki nie ma, pasuje to biorę. W myślach już wirują mi bezmączne kolacje, żeby broń boże tej jesieni nie przytyć w ramionach.
Dzwonię jeszcze do męża, po radę.
On, że mam wziąść to, co mi się bardziej podoba, nie patrzeć na cenę.
Bo 'chi sparagna spende' czyli chytry płaci podwójnie.
A we mnie aż wrze. Przecież tyle to ja wydaję na 2 tygodniowe zakupy, i to zdrowe zakupy, dla mojej 4-osobowej rodziny.
Z drugiej jednak strony robi sie coraz zimniej, a grunt to przecież zdrowa mama.
Zdrowa i szczęśliwa mama.
Niech to, biorę.
Dziś idę na miasto.
Będę przeglądać się w każdej możliwej witrynie.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Włoskie listopadowe cięcia


Rzeźki poranny 3-godzinny spacer.

Wyjątkowy esemesse

Niedzielna siesta. Usypiam Młodszą.
Nagle sygnał otrzymanego smsa.
Dziwne.
Przecież od trzech miesięcy jedynym smsem, który do mnie przychodzi na mój włoski numer to sms mojego operatora, zawsze w piątki, gdy odlicza mi kolejne euro.
Serce zaczęło mocniej bić.
Kto to? Co to?
W niedzielę?
Rodzice by zadzwonili, gdyby coś ważnego się wydarzyło.
Po cichu wymykam się do salonu. Na palcach.
Otwieram. I jak miło.
Belgijka pyta, czy nie spotkamy się w parku.
Jasne. Oczywiście. Moment, chwila, już lecę, tylko wytargam za fraki Starszą. Biegnę. Pogadać. O niczym.
Oczywiście!
----

Wracamy późnym wieczorem.
Po parku idziemy do Belgijki.
Na herbatę. Na własnej roboty chleb z miodem.
Na gadkę o tym i o siamtym.
Na pokazy zrobionych przez Belgijkę różności wszelakich - jest z wykształcenia kostiumologiem. Szyje. W domu istne laboratorio.
Powtórzymy! A jak!

niedziela, 13 listopada 2011

Rozejm po włosku czyli krewetka bruzdowata


Manzancolle z makaronem trofie.
Proste i zdrowe czyli mąż w kuchni.

Rodzina po włosku

Rosalba ma około 60 lat.
Urodziła się w Neapolu.
40 lat mieszkała w Manfredonii, nadmorskim mieście w Pugli.
Tutaj mieszka od dwóch lat.
Wypatrzyłam ją już w marcu.
Zaraz po przyjeździe.
Od razu wiedziałam, że jest z południa.
Miła, serdeczna, otwarta.
Rosalba i jej mąż zostawili wszystko, znaczy się sprzedali, i przyjechali tutaj.
Do córki. Kupili u mieszkanie w sąsiednim bloku.
Żeby być blisko, żeby pomagać przy kolejnym potomku.
Takich osób jak Rosalba i jej mąż jest tu bardzo dużo.
Jest to wręcz standardem.
Najpierw emigrują dzieci, a po czasie dołączają do nich rodzice.
Bo rodzina ajest najważniejsza.
Mnie to głęboko wzruszyło.

Niedzielne zawieszenie broni

Od czwartku do wczorajszego wieczora trwała nasza mała wojna polsko-włoska.
Jak zwykle poszło o nic.
O małe spóźnienie.
O takie zaplanowanie sobie popołudnia, że po raz kolejny zostałam gdzieś w terenie z wózkiem i dwójką dzieci, o chłodzie i głodzie.

Dwa dni milczenia i wybuch. Standardowo.
Potem, jakby na załagodzenie sytuacji ja upiekłam ponownie murzynka, a mąż zrobił zupę z dyni i upiekł kasztany.
Wszystko odbyło się przy oklaskach i okrzykach włoskiej młodzieży, radującej się w Rzymie z nieuniknionego odejścia Cavaliere.

Nie lubię takiego milczenia.
Nie lubię takich wojen.
Zawieszam broń.
Dziś rano uśmiecham się zatem do kompletnie zabrudzonej wczorajszym gotowaniem kuchni.
Do wszędobylskich okruchów. Do karalucha, który wyszedł spod nocnika Młodszej.
Do usyfionego po łokieć zupą z dyni rękawa piżamy dziecka.
Do rozwieszonych nocą po męsku naszych majtek, które miały poczekać spokojnie do rana w pralce, a tymczasem sterczą na suszarce w nie do końca określonych kształtach.
Dziś będzie miło.
Damy radę.

piątek, 11 listopada 2011

Dzień w tonacji molowej


Dziś słońca brak.
W dodatku ukochane radio cały czas o Polsce, z zresztą wiadomych względów.
I odzywa się nuta nostalgii.
Więc na brązowo dziś u mnie.
Udało mi się uciec od smutnawego bezsensownego podjadania.
Sucharki z soczewicą. Popijane zieloną herbatą.
Prosto a treściwie.
Czekam na rozwinięcie dnia, bo w muzyce często utwór w tonacji molowej kończy się akordem durowym!

czwartek, 10 listopada 2011

Sen czy jawa?

Śniłam.
Jestem z mężem i dziewczynkami.
Nagle podchodzi do mnie mój mąż, ale w wersji sprzed 10 lat.
Piękne, kręcone długie włosy, błysk w oku.
Woła mnie. Ja nie podchodzę.
Przecież mój mąż to ten obok, włosy już tylko krótkawe, siwiejące.
Twarz o wiele bardziej zmęczona.
Ale szkoda mi odejść od kogoś, z kim już tyle przeżyłam, kto się sprawdził, do kogo przywykłam.
Ze snu wyrywa mnie Młodsza i o czwartej nad ranem mówi do mnie "Peppa".

Moje małe radości


Słońce. Niespodziewane, darowane, ciepłe listopadowe słońce.
Pakujemy z Młodszą do wózka Bolka. Lolek chwilowo gdzieś się zgubił.
Gnamy przed siebie. Byle twarzą do słońca. Byle grzało.
Zdejmujemy szaliki. Rozpinamy swetry.
Po zabawie docieramy do straganu. Dziś targ. Mercato.
Nie miałam żadnych planów zakupowych, ale gdy zobaczyłam stos szalików i czapek - oszalałam...
Wieczorem domowa pizza zamiast mięcha.

środa, 9 listopada 2011

Rozpiera mnie duma



Jestem tak dumna z mojego murzynkowego debiutu, że dziś bez budzika wstałam sama o 6:58, aby sobie z wielką rozkoszą zafundować moje spokojne śniadanie.
Potem wszystko mogło być już tylko różowe!

1 kaki = 1 kg di kaki

Spacer. Na ulicy leży piękny okaz kaki.
Obok w ogrodzie ktoś zrywa właśnie owoce z drzewa.
Jeśli nie podniosę, auto za kilka minut rozjedzie kaki na żółtopomarańczowy dżem.
Podnoszę i oddaję ogrodnikowi.
Nie mówi, ale gestami ewidentnie zaprasza mnie do podejścia do płotu.
Podchodzę więc.
Otwiera garaż, a w nim kilkanaście palet skrzętnie ułożonych owoców.
Bierze siatkę i bez opamiętania wrzuca co dorodniejsze okazy.
Wzruszyłam się. Gęsia skórka przeszła mi po całym ciele.
Podana przez płot siatka zabrzmiała w tamtej chwili jak głośno wypowiedziane "grazie"...

Za-mądre dzieci

Mamy za sobą pierwsze odwiedziny koleżanek Starszej w naszym domu.
Spontanicznie, wesoło, bez wielkiego sprzątania. Egzamin zdany - można powtórzyć.
Tymbardziej, że dziewczynki padły jak betki i po raz pierwszy przespałam całą noc w małżeńskim łożu.

Ja z belgijką herbatkowałyśmy, do mojego cynamonowego murzynka.
Pierwsze takie moje tutaj herbatkowanie.
Miło, fajnie tak, trzeba powtórzyć.

Nagle do salonu wpada jedna z koleżanek. Wygadana.
Rodzice Wygadanej mają ok. pięćdziesiątki.
Tata jest dyrektorem tutejszego teatru, a mama panią doktor czegośtam. Poważni ludzie zatem.
- A wiecie, ja się wyprowadzam do Grecji, bo tam wszystko mało kosztuje, bo jest bieda. Ale musimy poczekać, aż babcia umrze, bo tam nie ma wind, a babcia nie umie chodzić po schodach...

Mnie łzy stanęły w oczach. Belgijka zaniemówiła.
I pomyślałam sobie wtedy o Starszej, o jej stosunku do w sumie młodych jeszcze dziadków, młodych na warunki włoskie. O tym, jak wiele miejsca w jej malutkim życiu zajmuje rozmowa z nimi, opowiadanie o nich, o tym, jak często mówi mi, że za nimi tęskni, że kocha, o tym, jak często coś dla nich rysuje...
Piękne to.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Kiedyś


Wygrzebałam w zasobach mojej internetowej chmury.
2008 rok, marzec, w oczekiwaniu na wiosnę i Wielkanoc.
Starsza miała 2 lata.
Chciało mi się.

Za dużo naraz

Klasyka. Chcesz dobrze - robisz źle.
Wczorajszy dzień nabity po brzegi wydarzeniami.
Najpierw przedobiedni spacer.
Potem tradycyjna już pasta fresca robiona przez Starszą i męża.
Po obiedzie wyskok na miasto.
Wzięliśmy udział w przetargu na zakup starych mebli wyprzedawanych przez urzędy kilku okolicznych miast. Przetarg był niejawny. Powrzucaliśmy kilka ofert.
W najgorszym wypadku, jeśli wszystko zgarniemy, będziemy musieli kupić biały motor bmw używany przez włoską policję, olbrzymi kuchenny kredens, dwa gigantyczne biurka i stół kuchenny...
Potem spacer po mieście i degustacje. W mieście w sobotę rozpoczął się coroczny festiwal kulinarny.
Na koniec szybka wizyta w muzeum i wystawa lutnictwa.
Zachciało nam się jeszcze do tego wszystkiego koncertu, którego ostatecznie nie zobaczyliśmy, bo dziewczyny same dały ekstremalny popis.
Wróciłam do domu kompletnie wykończona.
Młodsza staje się koszmarnie nieznośna.
Za całokształt obrywa starsza.
Nocna rozmowa z mężem.
Postanawiam poprawę.
Od dzisiaj.
Obiecuję.
Będzie spokojniej.
Bez darcia, krzyków, pośpiechu.
Obiecuję.
Zaczynam się starać. Od zaraz.

niedziela, 6 listopada 2011

Przedobiedni pomarańczowy spacer

Niedzielnie = rodzinnie



Inspirowane rodzinką P.

Sobota na medal

Wczoraj było bosko.
Najpierw przedpołudniowy rodzinny spacer.
Potem poobiednie, wspólnie ze Starszą zagniatanie ciasta na wieczorną pizzę.
Popołudniowy wypad do centrum handlowego, zgodnie z planem w asyście Starszej, w celu spokojnego bezstresowego rozejrzenia się za czymś sensownym na zimę, a sprawa ta jest dość trudna, bo w tym roku modny jest kolor "ruggine" czyli rdza. Mnie się ta rdza bardzo podoba, ale jak to zwykle bywa obawiam się zbyt dziwnych kolorów, bo z czym i do czego to potem założę. Pewnie znowu skończy się na czerni lub brązie.
Wieczorem domowa pizza. A pod sam koniec ulubiona ostatnio przez dziewczynki zabawa w przebieranie czyli otwieramy szafę mamy, wyciągamy, zakładamy i do salonu na pokaz mody połączony ze wspólnym tańcem.
O 22.00 padamy wszyscy.
Ale padamy szczęśliwi i wyjątkowo bez krzyków i kłótni...

piątek, 4 listopada 2011

Zielono mi dziś


Słońce dziś rano zapukało w balkonowe okno i zaprosiło na spontaniczny spacer po mieście.

Listopadowy widok z okna

Mnie to urzeka...


Chodzę i patrzę, i podziwiam, i wzdycham, i zachwycam się...

Puglia i moja ulubiona "kuchnia uboga"



Moja teściowa jest na wagę złota.
Jak zwykle moje zdolności kulinarne kończą się liście zakupów.
Dziś boćwina, ziemniaki i stary suchy chleb.
Zdrowo i tanio.
Reszta podyktowana skrupulatnie przez telefon...











A sprawa jest bardzo prosta.
W posolonej wodzie, z dodatkiem ząbka czosnku, gotujemy pokrojone na kawałki ziemniaki. Ugotowane ziemniaki wyciągamy.
W tej samej wodzie gotujemy niezbyt długo, około 20 minut, boćwinę.
Pod sam koniec gotowania wrzucamy kawałki suchego chleba i czekamy, aż rozmięknie.
Potem wszystko mieszamy, starając się, żeby nie zgnieść za bardzo ziemniaków i aby uniknąć efektu "papki".
Polać olejem extravergine i wcinać!

Listopadowy włoski mój chodnik pod blokiem

Trudne pytanie

Za dwa tygodnie przylatuje znajoma.
"Zapytaj go co mu przywieźć z Polski, czego mu najbardziej brakuje...".
Zapytałam.
Mąż milczy. Odpowiedzi brak.

czwartek, 3 listopada 2011

Grano dei morti czyli czym zajadają się w listopadzie mieszkańcy Foggi i okolic



Puglia urzekła mnie od pierwszego wejrzenia.
Moja miłość trwa już ponad 10 lat.
W tym roku kolejne odkrycie.
Święto Zmarłych dla mieszkańców Foggi upływa pod znakiem "grano dei morti" czyli "zboże zmarłych".
Proste, sycące i pyszne. Wszystko polane moim ulubionym "vincotto".

Czapka i bakłażany

Gastronomia uliczna



Południe Włoch, Puglia, na rogu ulicy krzykliwy pan przygotowywuje codziennie "peperoni arrostiti" czyli pieczone papryki, dla zaganianych, wracających późnym popołudniem żon i matek.

A w to się bawi mama

Moje włoskie październikowe niebo

Kawa

"Człowiek jest zwięrzeciem stadnym" - mawia często mój tata.
Jest. Przyznaję.
Kto ma ochotę zatem wypić ze mną dzisiejszą poranną kawę?
Puk, puk!

Prosta zależność

Zauważyłam pewną zależność.
Za każdym razem, kiedy przed przebudzeniem dziewczynek uda mi się wstać ciut wcześniej i ... wypić spokojnie kawę, wyprasować mężowi zaległą koszulę, powiesić pranie, zrobić kilka wiszących na skrzynce tłumaczeń i oczywiście przygotować śniadanie - jestem jakby spokojniejsza i szczęśliwsza... Pozostawiam bez komentarza.
Nie chcę sobie psuć takiego właśnie dzisiejszego poranka.

środa, 2 listopada 2011

Strach przed milczeniem

Piccoli progressi czyli małe postępy.
Tak, robimy małe postępy.
Ostatni długi weekend spędziliśmy u teściów, na południu Włoch.
Po raz pierwszy od ponad dwóch lat czyli od początków drugiej ciąży udało nam się wyjść i to aż trzykrotnie w wersji "ja i mąż".
Młodsza po raz pierwszy spędziła wieczór, ba! trzy wieczory beze mnie.
Wychodzimy, jest cicho, nie muszę sprawdzać czy śmierdzi kupa, nie muszę zaciągać czapki na uszy, nie muszę uważać na krawężnik, nie muszę podnosić smoczka i szukać czegoś nagłego do przegryzienia. Jest dziwnie.
Nie rozmawiamy. Nie mamy o czym. Ostatnie kilka lat to głównie wydawanie komend.
Podaj! Przynieś! Przesuń! Daj!
I zaczynam się bać tej ciszy.
Czy naprawdę nie mamy sobie już nic do powiedzenia poza technicznymi rodzicielskimi zwrotami. Czy jesteśmy aż tak zmęczeni codziennością, że chwile ciszy spędzamy tylko na jej celebrowaniu.
Zaczynam się bać.
Zaczyna wracać licealna obawa. Jestem pusta?
Nie mam tematów do rozmowy?
Nie jestem interesująca?
Pamiętam jak w liceum i na studiach każdy wieczór miał totalnie inny koloryt.
Jak faszerowałam się filmami Greenawaya i Jarmuscha w studyjnym kinie w samym centrum miasta, w lekko przycienionej uliczce.
Pamiętam koncerty, po koncertach spacery.
Pamiętam kino pod gołym niebem.
Pamiętam, że podróże planowałam tylko na tydzień lub dwa przed.
Czas nie istniał.
Nie istniały obowiązki.
W Mediolanie wsiadałam do przypadkowego tramwaju lub metra.
W Sienie lubiłam wsiadać do małego autobusu i wysiadać dopiero na końcowym przystanku.
W Dublinie szwędałam się całymi dniami bez jakiegoś większego celu.
W Barcelonie podobnie.
Wiele było w tym wszystkim przypadku.
Byłam ciekawa świata.
Taką właśnie poznał mnie mój mąż...

Strach przed nadaniem imienia

Obawiam się, że mimo pięknego krajobrazu i otoczenia zaczynam powolić cierpieć na dość typową polską przypadłość - jesienną depresję.
Odpycham ją rękami i nogami.
Łapię się jak tonący każdej oznaki entyzjazmu, ale nie ma co się oszukiwać.
Wkroczyłam w ten etap mojego życia, mojego macierzyństwa, mojego małżeństwa, który przypomina trochę jedzenie codziennie kanapki z żółtym serem na śniadanie, ubieranie się codzienne w tę samą bluzkę, oglądanie codziennie tego samego serialu o tej samej porze, itd itd.
I trudno mi sobie wyobrazić, że kiedyś bywało kolorowo...

Objawy

Nie ma to jak 5-dniowy wypad z mężem i dziećmi, w kosmetyczce głęboko schowane 4 sztuki i przywiezione z powrotem całe, nietknięte wszystkie cztery.
Wolę się nie zastanawiać nad tym, czego są to objawy...

czwartek, 27 października 2011

Ekonomia ruchu

Moja ukochana Pani Profesor z fortepianu zawsze powtarzała mi na lekcjach to, jak ważna jest u pianisty ekonomia ruchu czyli piękny dźwięk bez zbędnego ruszania łokciami czy ramionami, o głowie nie wspominając.
Od tamtych czasów minęło ponad dziesięć lat.
Moja ukochana Pani Profesor jest nadal moją ukochaną Panią Profesor.
Spotykamy się często. Kiedy tylko możemy.
Ostatnimi czasy jednak, zamiast o ekonomii ruchu na klawiaturze rozmawiamy o ekonomii ruchu w wersji domowej i tak przy jednej z ostatnich wizyt zostałam poinstruowana jak i dlaczego unikać "pustych kursów".
Kursuję zatem między kuchnią a salonem, zawsze z pełnymi rękami, zbieram kubki z niedopitym mlekiem, półbrudnawe serwetki, okruszki z porannego śniadania, wczorajsze skarpetki.
Pani Profesor, a miała być Pani od tego roku na emeryturze!

środa, 26 października 2011

Sama

Dzisiaj jest dzień,w którym czuję się koszmarnie sama.
Bez rodziców, bez teściów, bez koleżanek, i koleżanek tych koleżanek, bez znajomych i bez bliższej, dalszej i tej przyszywanej cioci.
Fatalnie mi z tym.
Wysilam się, żeby się ubrać, umalować i wyjść z Młodszą po Starszą do przedszkola.
Po przedszkolu idziemy do bawialni.
A gdzie w tym wszystkim, pytam się, bawialnia dla mnie?

Domek z płotkiem

Deszcz. Siedzimy w domu. Młodsza ogląda Misia Uszatka.
Porządkuję rysunki Starszej, zakładam segregator, wpinam, przeglądam.
Przeważa motyw rodziny w komplecie i domku z płotkiem.
Puszczam sobie Soplicowo i ryczę.
Bo wczoraj podpisaliśmy kolejną życiową umowę "o dom", a ja już wiem, że zawsze serce będzie mi pękać na pół z tęsknoty za...

wtorek, 25 października 2011

Donna delle pulizie czyli czyścimy lodówkę

Kolacja barokowa.

Z wczorajszego rosołu zrobionego na nóżce z grzebiącego kurczaka zrobiłam zupę cebulową. Grzanki z razowego chleba upieczonego przez męża niedzielną porą.
Swoją drogą dzisiaj pomyślałam sobie, skoro tak oboje przepadamy za zupą cebulową to czy nie powinnam zainwestować w dobrej jakości okulary do nurkowania. Po drugiej cebuli nadaję się do kompletnego demakijażu.

Gateau di patate czyli lodówkowy odkurzacz, oczywiście ziemniaki z rosołu.

Rustico con le bietole - przywiezione z Puglii, prosto od teściowej, czyli chleb nadziewany boćwiną duszoną z pomidorami.

Z resztek ciasta dla dziewczynek kilka małych pizzette typu margherita oraz podgrzane kawałki wczorajszego kurczaka z pokrojoną na plasterki marchewką, zapieczoną, posypaną bułką tartą. Marchewka też z wczorajszego rosołu oczywiście.

Mąż znokautowany.
Aż z wrażenia i uznania powiedział przed wyjściem na judo (po raptem 10 godzinnej nieobecności), żebym zostawiła wszystko na stole, a on zajmie się tym jak wróci.

taaaa..... a karaluchy tylko czekają...

Dylematy

Po dzisiejszym wieczorze zastanawiam się, czy szrama na dupie dziecka uchroni go przed przyszłymi batami od życia.

Ławka z maciejką

Marzę o drewnianym domku z ławką przy drodze i maciejką pachnącą wieczorem...

Społeczne skrzywienie

Dziś rano. Centrum. Wypełniam jakieś druki. Podaję dane.
Pada pytanie: Czym się Pani zajmuje?
Jakże ciężko przechodzi mnie, dumnej, spełnionej do jeszcze niedawna zawodowo-rodzinne Polce przez gardło włoskie "casalinga" czyli po prostu kura domowa. Przebieram oczami, szybki rachunek sumienia, myślę "przecież mam jeszcze jakieś namiastki tłumaczeń między zmianą pampersa, myciem podłogi, cedzeniem makaronu i zabijaniem karaluchów".
Odpowiadam "libera professionista".
Tak, tak lepiej, wolny zawód. A jaki, to już moja babska sprawa...

poniedziałek, 24 października 2011

Hania

W liceum była pewna dziewczyna.
Dziwna. Ekscentryczna. Z gatunku zakręconych.
Mnie nie lubiła.
Ja ją podziwiałam. Miała piękny głos. Była absolutną amatorką, typowym naturszczykiem, obdarowanym po prostu w linii prostej przez Boga.
Pomiędzy nami stanął, jak to zwykle bywa, facet.
A szkoda.
Raz lub dwa wystąpiłyśmy gdzieś razem. Między innymi właśnie z tą piosenką.
I na tym koniec.
A szkoda.
Dziś, po ponad dziesięciu latach nie mamy absolutnie ze sobą kontaktu.
A szkoda.
Ona jest matką, ja jestem matką.
Nasze starsze dziewczynki urodziły się prawie w tym samym dniu.

A głos miała taki... Mireille Mathieu - My life

Medytuję

Siadam. Zamykam oczy.
Myślę. Nie, nie, już nie myślę.
Płynę...
Na powolne długie wieczory.
Miłego słuchania.
II część koncertu Ravela w wykonaniu pianisty Arturo Benedetti Michelangeli.

Muzyczny portet, czyli emocje na zawołanie

Jeśli kiedykolwiek zdarza mi się przeklinać na swój los lub zapominać, jakim skarbem jest życie, samo w sobie... słucham Yasmin Levy - Gracias a la vida. Płacze mi się przy tym całymi litrami.

Gdy chcę zobaczyć zimę w moim rodzinnym mieście, poczuć płatki śniegu na policzkach, poczuć pod nogami błoto, to nawet w sierpniu działa Tak jak śnieg - Badach, Stankiewicz i Szcześniak

A wieś? Moja kochana polska wieś, z lasem na horyzoncie, z rolnikiem, który zawsze skina głowę przejażdżając koło płotu, z rosą o poranku i przed wieczorem, z polem i zoraną ziemią - Turnau i Sojka w Soplicowe

Lekcje śpiewu i pianina, popisy moich uczniów, moi mali bohaterowie, ich występy... Oleta Adams - Get Here

Gdy chcę przypomnieć sobie naszą historię miłosną, nasze początki w najpiękniejszym mieście Toskanii, zawsze, nieodwołalnie Alex Baroni i piękne Cambiare.

To powiem tylko na ucho, szeptem...tak, żeby nikt nie słyszał... Ennio Morricone - Deborah's Theme

i Morricone po raz drugi, tu się docieramy, żeby niebawem wystartować w długą wspólną piękną życiową podróż.... Gabriel's Oboe

a to, gdy chcę się tak po prostu banalnie po babsku poprzytulać ... Button Huckers i Między nami

cartoleria

Jestem z pewnością typem karteczkowym, notesikowym, notatkowym, typem spisującym...
W sklepie z artykułami biurowymi to ja pierwsza kupiłabym kredki, ołówki, pióra, notesy.
Mam takie wspomnienie z liceum.
Centrum miasta. Jedna z głównych ulic.
W podcieniach cuchnącej bramy mała hurtownia artykułów biurowych.
W środku wysokie, sięgające aż po sufit regały.
To było moje małe królestwo...

Kolory miałam też w nutach.
Pamiętam etiudy Chopina całkowicie pokolorowane.
Piękne czasy.

Kolorów chcę! Kolorów!

la TiWu

Jestem z tych, którzy nie mają telewizora.
Wolę radio i słuchowiska.
Dziewczynkom wyszukuję do słuchania "Plastusiowy Pamiętnik" i inne, które przeżyły z rozmachem wiele śmieciowych chałtur i innych wyrobów dzieciowych.

Koncert marzeń

Chciałabym pójść z dziewczynkami na koncert, gdzie swoimi dziełami dyryguje sam Ennio Morricone...

Kradzież mienia

Mam swój "zawór bezpieczeństwa" - przetestowany, sprawdzony, działa.
Ubieram palto, na głowę chabrowa wydziergana czapka i sunę rowerem w stronę słońa, dosłownie. O zachodzie słońce jest w pobliżu castello sforzesco.
Zgodnie z ostatnimi ustaleniami z mężem biorę Starszą, żeby z nią pobyć trochę sam na sam, żeby Młodsza nauczyła się funckjonować beze mnie. Jedziemy za miasto.
Dobrze, że to miasto takie niewielkie. Że centrum graniczy niemalże ze wsią.
A tam kolory i zapachy. Nadgniłych jabłek i przeoranej ziemi.
Przy drodze głównej, blisko ogrodzenia rośnie orzech włoski. Zatrzymujemy się pośpiesznie. Wpatrzona w trawę szukam czarnych kulek. Jest, mamy! Mamy dwa orzechy włoskie, nie straganowe, a podniesione z ziemi, wypatrzone!
Pędzimy więc radośnie do domu rozbić je młotkiem. Starsza po zjedzeniu pyta: Mamuś. a jak smakują orzechy polskie?".

niedziela, 23 października 2011

Sobota w wersji slow

Już dawno wiedziałam, że jesteśmy rodziną typu "slow life" i "slow food".
Słowa typu "pospiesz się", "szybciej", "co się tak wleczesz" powodują u męża absolutną furię. Odpuściłam sobie więc już kilka dobrych wspólnych lat temu.
Kolejne slow, którego muszę się nauczyć to "slow sobota".
Nici moja droga ze sprzątania, ogarniania całotygodniowych zaległości, absolutnie zapomnij o planowaniu wczesnoporannej wycieczki lub sobotnich porannych wspólnych zakupów - próbowałam - nie wychodzi. Sobota u nas to piżama do dwunastej, niepościelane łóżka, ogólny rozp....ol sytuacyjny. Niech i tak będzie. Jak zwykle - dostosuję się Panie władzo!

Dreszcz emocji...

Odkryłam przez przypadek, że ktoś polubił mój blog.
Ależ przyjemny dreszcz i prawdziwy rumieniec na twarzy...

Chwila ciszy przymusowej...

A jednak jest tam ktoś u góry, kto tym wszystkim steruje.
Przez ostatniotygodniową delikatną formę depresji jesienno-matczynej przybył jeden kilogram. Zaczęło się zrzędzenie, wieczorne wybuchy frustracji i inne z serii "wylejmy żale na biedne dziecko". I buch - odezwała się czwarta ósemka. Ból zęba, ból całej szczęki, ból głowy i ból chyba węzła chłonnego doszczętnie mnie znokautował.
Jestem potulną milczącą niejedzącą owieczką...

Zatrzymał się czas...

Nie umiem pogodzić macierzyństwa z beztroskim funckjonowaniem.
Odpowiedzialność za zdrowie i życie dziewczynek powaliła mnie z nóg.
Artystyczna dusza zamieniła się w pragmatyczną gospodynię domową.
Szczerze przyznam, nie najlepiej mi z tym.
Staram się ile wlezie, ale nadmiar matczynych obowiązków deklasuje kompletnie ulotne marzenia, zachcianki i wszelkie "chętnie zrobiłabym...".
Czy to minie?

poniedziałek, 17 października 2011

5 minut na youtube

Od kilku dni Młodsza ogląda bajki.
Już potrafi wytrzymać nawet 5 minut, czyli tyle ile trwa mniej więcej jeden odcinek Świnki Peppy, którą aktualnie ją faszeruję.
Ja natomiast sprawdzam, co można w ciągu takich cennych pięciu minut zrobić.
Można na przykład przerobić na szydełku niedługi rządek oczek.
Można całkiem spokojnie skorzystać z toalety, bez wprowadzania spacerówki do łazienki.
Można wstawić kawę, picie przy kolejnym odcinku.
Można... coś można, a to już coś!

Świnka Peppa

Yes, mummy.
Mummy, please.

Od kilku dni puszczam sobie na miły początek dnia.
Taki różowy skrawek bajkowego angielskiego, sielskiego rodzinnego życia.
Dziewczyny, uczcie się!

Październikowe słońce

Takie uwielbiam najbardziej.
Do niego wystawiam twarz, bez uciekania do byle cienia.
Takie słońce, które ogrzewa długie jesienne dżinsy i ciepły jesienny sweter.
Za takim słońcem biegam po całym mieście.
Ono wyznacza kierunek mojego porannego spaceru i wieczornej przejażdki rowerem.

Mop

Kto by pomyślał, że jednym z najbardziej wyczekiwanych zakupów tego miesiąca będzie... zwykły mop.
Mop stał się ostatnio moim wielkim marzeniem. Po miesiącach codziennego przecierania ciemnego parkietu w salonie w wersji "na kolanach" małą szmatką, zakup mopa urósł do rangi przedmiotów z kategorii "must have".
Ale kupno mopa nie jest takie proste.
Nie kupię go przecież w osiedlowym markecie, bo po pierwsze 4 razy droższy, a po drugie dziecko, wózek, mop raczej mało wykonalne.
Zakup mopa natomiast podczas wypraw do podmiejskiego hipermarketu nie za bardzo realny, bo tego rodzaju wypady praktykujemy w wersji "full" czyli Starsza i Młodsza w wózku zakupowym, jedno z nas w roli spychacza, drugie w roli guardiana, który podnosi wszystkie wylatujące z wózka zakupy. Mop raczej by się tam nie zmieścił.
W tę sobotę nastąpił jednak przełom.
Mąż został sam z dziewczynami, a ja pojechałam sama na zakupy.
Mop kupiony. Misja spełniona. Jestem szczęśliwa.

piątek, 14 października 2011

Miłość

Kocham Cię kruszynko tak bardzo, że ostatnio przy porannym uścisku tak zacisnęłam z tej miłości zęby, że odprysnął mi kawałek lakieru na szkliwie.
W tej chwili jednak potrzebuję dosłownie 20 minut na drzemkę, żeby odespać Twoje dzisiejsze nagłe nocne nie-wiedzieć-dlaczego przebudzenie.
Kocham Cię, ale błagam o chwilę tylko dla mnie...

Dobrze ujęte

- Mamuś, a wierz, że tam gdzie dzisiaj dostałam koszulkę z lekkoatletyki były też koszulki dla dużych dzieci, takich młodych.

- To może ja też dostanę?

- Nie, one były dla młodych.

- A ja to jaka jestem?

- Ministara.

czwartek, 13 października 2011

Stół i sport

Dwie najważniejsze aktualnie rzeczy w naszym nowym włoskim życiu.
Jedzenie i ruch.
Zakupy i spacery.
Kuchnia i rower.
Dziś dla odmiany "i finocchi con la besciamella".
Sos beszamelowy to zdecydowanie mój słaby punkt.
Odzwierciedla mój odwieczny i notoryczny brak cierpliwości.
Mąka prawie zawsze tworzy grudki.

środa, 12 października 2011

Czekam...

Czekam, nadal czekam.
Dziewczyny jak nigdy bawią się same w pokoju. Bez zbędnej interwencji.
W eterze radio, na jazzowo.
Na stole olej, ocet, rozmaryn i świeczka.
W kuchni parzę earl grey.
Choć wiem, że nigdy nie będzie tak samo dobra jak u Pani Profesor...

Crema di patate

Mąż się spóźnia.
Dziś kolacja będzie o czasie.
W kuchni jakby grzybowy zapach kremu ziemniaczanego.
Do tego malutkie grzanki z rozmarynem i solą.
Czekam na werdykt.

Lekcja muzyki

Dzisiejsza pierwsza poważna lekcja muzyki Starszej uruchomiła flesze z przeszłości.
Tak, chcę być wreszcie tą mamą wyczekującą na korytarzu.
Tak, chcę przystawiać ucho do drzwi i wsłuchiwać się w pokraczne narazie dźwięki wiolonczeli.
Tak jak kiedyś wytrwale czynili to moi rodzice!

Mam czas

Mam czas na wszystko.
Na świeże owoce kupowane na bazarze z dala od domu.
Na codziennie świeżą zupę.
Na przejażdżkę rowerem wzdłuż rzeki.
Na spacer, na zrobienie kanapek, na drzemkę.
Na posłuchanie muzyki.
Mam czas.
Jestem szczęśliwa.

wtorek, 11 października 2011

Zuppa cipollowa

Udała się. Przeudała.
Pyszna.
Mąż, gdy tylko wszedł do domu i poczuł zapach przesunął świętą godzinę kolacji z dwudziestej na osiemnastą...

poniedziałek, 10 października 2011

Babskie poświęcenie

Starsza zakochana po uszy w przedszkolnym Diego.
Sobotnia przejażdżka rowerem, tylko z nią.
Bo ostatnio jest dla mnie głównie bokserskim workiem krzyczeniowo-upomnieniowym.
Młodsza i tak przecież nic nie rozumie, więc obrywa Starsza.
Więc postanowiłam tylko z nią, na rowerze, trochę po mieście, trochę poza.
Nagle z pełną powagą mówi: "Wiesz, jak będę duża i będę jeździć z Diego na rowerze, to oddam mu to siodełko z tyłu, żeby mu było wygodnie. Ja mogę jechać na ramie."

Jemy

Miał być zwykły rosół.
Wyszedł rosół, zupa cebulowa dla męża oraz gateau ziemniaczano-marchewkowe z serem pecorino i rozmarynem.
Kuchenna inauguracja jesieni!

piątek, 7 października 2011

Cieńkie plasterki

Starsza wybywa do przedszkola.
Młodsza pogodna, spaniowo-jedzoniowo dość podręcznikowa.
Sporo mam więc momentów absolutnej ciszy, idealnych na przemyślenia.
Często ostatnio dopadają mnie flesze z przeszłości.
Tak na przykład kanapka z cieńkimi plasterkami pomidora zawsze przywołuje wspomnienie przedszkola, blaszane muchomory na podwórku, górka do zjeżdżania zimą na sankach.
Takie, właśnie takie były te kanapki, wszystko cieniutkie, cieńka kromka chleba, cieńka warstwa masła i cieńki plasterek pomidora...

czwartek, 6 października 2011

Elio

Przypomniał mi się wczoraj mój mediolański uczeń, a właściwie pewna historia z nim związana.
Wtedy, gdy to się wydarzyło miałam bodajże lat 22.
Studiowałam w Mediolanie.
Już wtedy marzyłam o założeniu rodziny, ale oczywiście nie było to ani miejsce, ani czas, więc pędziło się od uczelni do pracy jednej i drugiej i tak w kółko.
Elio mieszkał w pięknej mediolańskiej kamienicy, w pięknym mediolańskim "appartamento".
Marzeniem mamy Elio było, aby chłopczyk grał na pianinie.
Marzenie to było o tyle trudne do zrealizowania, że pomimo tego, że pianino w domu Elio stało od dawna, nie za bardzo wiedział do czego ono właściwie służy.
Skakał po nim, uderzał pięścią, rysował, pluł. Zaznaczam, że miał wtedy lat około pięć - czyli tyle ile moja Starsza córka.
Nauka rozpoczęła się w październiku.
Kontakty z mamą ograniczone były do otwierania mi drzwi wejściowych, doprowadzania do pokoju i płacenia za zajęcia. Pomimo tego zawsze była bardzo miła, czasem nawet zadawała jakieś pytanie.
W styczniu, po dłuższej przerwie świątecznej wróciliśmy do nauki.
Tamtego dnia mama Elio otworzyła drzwi w milczeniu. Do dziś pamiętam jej szaroburą twarz i podkrążone oczy. Bez słów odprowadziła mnie do pokoju, gdzie jak zwykle buszował radośnie Elio.
Pod koniec lekcji przy okazji opowiadania mi o pierdzeniu, bekaniu i innych interesujących go zjawiskach powiedział mi: "A wiesz co się stało jeszcze w Święta? Zmarł mój tata."

Czasem zastanawia mnie, co siedzi w głowie takiego 5-latka.
Czy moja Starsza będzie pamiętać w ogóle ten cały zamęt, który się nam teraz przydarza?

Cały ten kramarz

Codziennie wspólna kolacja, koniecznie z przynajmniej jednym ciepłym posiłkiem.
Sprzątanie pokoju, mycie rączek.
Na stole codziennie ten sam kramarz - woda, olej, ocet balsamiczny, papierowe serwetki.
Codziennie obrus.
A przecież możnaby tak po naszemu chapnąć szybko zimną parówkę jedyneczkę z lodówki, przegryźć bułą z masłem i kolacja gotowa...

Scarafoggiani

Od wczorajszego wieczoru mamy najazd karaluchów.
Zostały prawdopodobnie czymś spryskane i jak oszalałe uciekają po fasadzie budynku do mieszkań.
Wczoraj po raz pierwszy karaluch wlazł czyt. uciekł mi po prostu na nogę.
Jestem tym absolutnie sparaliżowana.
Siedzę dziś cały dzień w domu.
Mam pozamykane okna.
Na obydwu balkonach i wszystkich parapetach widzę je leżące na plecach i wymachujące nogami.
Czekam na męża z odsieczą!

Pinolata

Odkrycie tygodnia czyli lody o smaku "pinolata" z całymi orzeszkami piniowymi.
Polecam!

Maestra di dzapiekanki

... nazwał mnie Mąż podczas wczorajszej kolacji.

Miała być "panzanella", biedna toskańska sałatka na bazie suchego moczonego chleba, cebuli, pomidorów. Suchego chleba miałam jednak dość sporo i wyszło jak wyszło.
Nie pomógł ani olej, ani sól - kompletnie bez smaku.
W akcie desperacji dodałam trochę tuńczyka i starłam ser owczy "pecorino romano".
Zasadę "smażona dobra jest nawet podeszwa" zmieniłam na "pieczone dobre jest prawie wszystko" i stało się. Mąż był zachwycony. W dodatku absolutnie nie był w stanie zrozumieć z czego powstało to rewelacyjnie chrupiące na zawnątrz i papkowate, lekko gumiaste w środku.
Wpisuję na listę "zjadliwe".

wtorek, 4 października 2011

Czarne skarpetki

Wszystko zniosę ze względną pokorą.
I ugotuję coś z niczego.
I uprasuję codziennie rano koszulę do pracy.
I posprzątam, setny raz to samo w to samo popołudnie.
Ale nie toleruję, po prostu głęboko nie toleruję segregowania męskich skarpetek - wszystkich, zaznaczam wszystkich, w kolorze czarnym...

Milczenie na wagę złota

W kwestii domu oficjalnie nabieram wody w usta.
Milczę. Przed nami kilka tygodni czekania.

Poczucie bezpieczeństwa

Mąż dzisiaj mnie zaskoczył.
Nie poszedł do pracy.
Okazało się, że w dniu Św. Petroniusza - patrona miasta, biura są zamknięte!
Podobno ostatni taki rok, od przyszłego nie będzie już tak miło.
Wykorzystaliśmy ten dzień na porządne zakupy w wersji 2+1, czyli bez Starszej, która z grupą przedszkolaków zrywała w tym czasie dzielnie winogrona na niedalekiej wsi.
Mamy chyba jednak coś zwierzęcego w sobie. Za każdym razem, gdy sowicie wypełniam spiżarkę i kuchenne półki, mam takie błogie poczucie bezpieczeństwa, że wyżywię rodzinę, że nie grozi nam głód, tak jak gdyby zrobione zakupy starczyć miały co najmniej na rok. Lubię to uczucie.

poniedziałek, 3 października 2011

Kolacja była udana...

Kolacja się udała.
Mieszkania też zrobiły na nas bardzo dobre wrażenie.
Z kilku propozycji obydwoje z mężem postawiliśmy na to samo rozwiązanie - to dobry znak.
Jutro dzwonimy i rezerwujemy.
Oby do jutra.

ZUS gate

Amen!
Właśnie zapłaciłam zusowi frycowe za prehistoryczne błędy mojego byłego księgowego!
Dwa lata procesów, stres itd, a teraz odsetki w wysokości prawie 100% należności.
Biorę to na karb braku doświadczenia w dobieraniu współpracowników.
Zamykam ten rozdział. Oby.

Uroczysta kolacja

Bodajże trzy lata temu, w sierpniu, po podpisaniu umowy z firmą wykonawczą poszliśmy z mężem na uroczystą kolację do chyba najdroższej restauracji włoskiej w mieście. Dom miał być gotowy w trzy miesiące. Mieliśmy tam zamieszkać, szczęśliwi, z dala od miasta, z własnym ogromnym ogrodem i grządkami z pomidorami, ogórkami itd.
Reasumując tamto wydarzenie, już absolutnie archiwalne, jedzenie było do kitu, firma dom budowała prawie 2 lata, a my w domu, który skończyliśmy systemem gospodarczym nigdy nie zamieszkaliśmy.
Dziś kolację robię sama. Zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie!

niedziela, 2 października 2011

Wczorajszy wkurw

Wczorajszy wkurw minął.
Dopomogła endorfina wydzielona po porannej przejażdżce rowerem, która pomimo tego, że skończyła się uszkodzeniem mężowi tylnich przerzutek na skutek gwałtownego hamowania i wpakowania mu się w cztery litery (i w wersji polskiej i włoskiej), to jednak była szalenie udana. Primo - bo okazało się, że kolejne lokum, które mamy na celowniku wcale nie jest tak daleko od miasta, jak myśleliśmy. Secondo - piękne widoki, wspaniała przedpołudniowo-rzeźka temperatura to dokładnie to co lubię.
Jutro oglądamy wszystko na żywca. Oboje mamy przeczucie, że to to. Zobaczymy.
Gdzieś w końcu musi być ten nasz dom...

Mąż

Zadowolony mąż to połowa drogi do sukcesu.

sobota, 1 października 2011

Ogólny wkurw

Dziś jest ogólny wkurw.
Że nie pracuję, że nie zarabiam, że tylko dom i dzieci i tak w kółko macieju.
Że w Polsce byłam kimś, coś robiłam, tworzyłam, grałam, śpiewałam, zarabiałam.
To pewnie po tej dzisiejszej lekcji, na której byłam jako obserwator.
Robią to, co ja, prawie....
Nic to. Trzeba przeczekać. Przejdzie. Samo. Taką mam nadzieję.

środa, 28 września 2011

czwartek, 22 września 2011

Grzeszę

15.00, czas na kawę, kusi mnie też ciastko, nasze ulubione, z Puglii.
A co tam, popełnianie małych grzeszków czasem chroni mnie przed popełnianiem wielkich przestępstw...

środa, 21 września 2011

Startujemy

Zaczynamy! Startujemy!
Będzie chaos.
Musi być chaos, skoro tyle chcę powiedzieć, a zaczynam dopiero dziś.
Ale zacząć nie było łatwo.
Tym razem tak oficjalnie, legalnie, bez ukrywania.
15:21, mam jeszcze kilka minut na pisanie.
Zacznę bardzo schematycznie, jak najprościej.
Dlaczego blog?
Bo jestem tu już od ponad pół roku, a nie dorobiłam się żadnej kawowej koleżanki.
Gdzie?
Włoskie miasteczko w regionie Emilia-Romagna, my już Romagna.
Dlaczego?
Mąż po kilku latach znoszenia 30 stopniowych mrozów w industrialnym mieście w południowej Polsce znajduje prace w Bologni. Następnego dnia po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi od pracodawcy wsiada do naszej kochanej czerwonej toyoty i jedzie do Rzymu do centrali firmy po odbiór wszelkich dokumentów. W listopadzie 2010 zaczyna nowy rozdział w swoim, przepraszam naszym życiu.
Co ze mną?
Ja i dwie nasze córki Starsza (5 lat) i Młodsza (1,5 roku) dobijamy do niego po kilku miesiącach.

Idę budzić Młodszą.