środa, 30 listopada 2011

Morze w listopadzie

Było pięknie.
Za to Ci Kochana dziękuję.
Za tych parę chwil nad morzem, za kieliszek wina, zza którego prześwitywała mi pusta listopadowa plaża.
Ale dziękuję przede wszystkim za pierwszą chyba taką w życiu lekcję życia.
Za to, że wiem, jakiego błędu mam nie popełniać.
I za to, że po Twoim wyjeździe jeszcze bardziej rozkochałam się w moim mężu...

piątek, 25 listopada 2011

Drutów brak

Poranna droga do przedszkola.
Opowiadam dziecku o tym, dlaczego tylu panów siedzi na drzewach i od tygodni tnie gałęzie. Gałęzie mogą spaść na Ciebie, na drogę, na ... I nagle, po ponad pół roku mieszkania znowu we Włoszech odkrywam, że nie ma siedzących na przewodach elektrycznych ptaków! Nie ma, bo nie ma wiszących kabli i przewodów! I przez chwilę niebo wydało mi się takie puste...

Imieninowo tak jakoś

"Wszystkiego najlepszego , dużo zdrowia, żeby cię mąż kochał i
dzieci dobrze chowały i języka ojczystego nie zapominały- życzą
rodzice."

czwartek, 24 listopada 2011

Czekam...

Czekam z utęsknieniem na moment, kiedy będę mogła skulić się w kłębek na chwilę po zarwanej rozmową nocy. Kiedy będę mogła zaplanować najbliższą godzinę i zrealizować wzystkie punkty co do joty. Kiedy z beztroską zostawię igłę na stole w salonie, wiadro z wodą w łazience i otwarty balkon w kuchni po smażeniu kalafiora. Kiedy wrzucę ot tak do kosza puszkę po tuńczyku, bez chowania jej głęboko na dnie i kiedy położę otwarty makaron na drugiej półce od dołu, a nie ostatniej od góry
Kiedy na dwór wyjdę nie tylko na zakupy, do przedszkola lub ze śmieciami.
Czekam na powrót do w miarę aktywnego życia zawodowego, nawet nie w miarę, jakiekolwiek.
Czekam...

Zadra

Budujemy sobie wszystko na fundamencie, który przy świadkach błogosławi jakiś ksiądz w jakimś kościele.
Pewnego dnia, w pewnym momencie, kiedy wszystko i wszyscy udają się do snu, pojawia się mała wątpliwość, bzdurna informacja, która jak piorun trafia w betonowe podłoże i wprawia całość w drganie.
Drży ręka, która myje naczynia po kolacji.
Drży oko, które nie chce usnąć nawet po północy.
Rozmowa, krzyk, krzyk, rozmowa, przepraszanie, cofam, nie chciałam, wierzę, chcę wierzyć...

wtorek, 22 listopada 2011

Słońca, więcej słońca proszę

Via Emilia, wytyczona przez Rzymian, antyczna droga łącząca Rimini i miasto Piacenza biegnie przez sam środek naszego miasta. Bardzo lubię ten specyficzny szmer rozmów i trzaski szklanek, kubków i talerzyków, który słychać zawsze o tej samej, przedpołudniowej porze w okolicach głównego placu. Takie specyficzne mormorando.
Potem wszyscy znikają, miasto się wyludnia, pora obiadu.
O szesnastej znowu wychodzą na ulice, jedni tylko po to, żeby pogadać, inni mają sklepy, butiki, bary.
Tylko brak mi jakoś światła, ciepłego promyka słońca na twarzy...

Sukienka za 30.000 pln

Sklep był pełen pięknych egzemplarzy.
Szukałam z wtedy jeszcze nie-mężem jakiejś ładnej sukienki na nadchodzący bal.
To były te czasy, kiedy talię miałam jak osa.
Za sukienkę oczywiście zapłacić mieli rodzice.
Wszystko ładne i zgrabne, ale zawsze coś nie tak, nie ten kolor, albo nie ten fason, albo za krótka.
I nagle wpadam na czarną, długą, prawie prześwitującą...
Zakładam i ... to jest to. Jestem jak nimfa.
Wszyscy biorą głęboki oddech.
Patrzę na cenę, a tam 30.000 pln.
Mama zawsze uważała, że za jakość trzeba zapłacić.
Pomimo moich protestów - bierzemy.
Tata wyciąga kartę i płaci.
----
Balu się już nie doczekałam, bo o 6.45 zadzwonił budzik męża...

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jesienne remedium










W zasadzie gotowaniem, celebrowaniem gotowania, leczę trochę jesienną pustkę...

Znowu przy garach



Poniedziałek zimny jak jasny gwint.
Nie idę na spacer.
Chrzanię dotleniane Młodszej.
Wracam do ciepłego domku, do ciepłej podłogi, do ciepłej herbaty i ciepłych grubych skarpetek. Na balkonie cała siata boćwiny i cykorii.
Zrobię tartę.
Mąż prosił o cykorię, to ją będzie miał.

90 minut w skupieniu

Wyszperałam na stronie miasta informacje o organowej lekcji-koncercie.
Organy niczego sobie, bo z 1671 roku.
Godzina 16.00, idealnie.
Nie za późno, nie za wcześnie.
Biorę Starszą, skoro ma być lekcja, będą młodzi ludzie, będzie gadka-szmatka, więc nawet jeśli trzeba ją będzie upominać, nikt nie zwróci uwagi.
Idziemy!
---
Muzeum Diecezjalne. Średnia wieku 85 lat.
Na 90 minut lekcji, 60 minut wykładu, 30 minut grania.
Głównie muzyka średniowieczna.
Starsza nie dała plamy. Siedziała jak trusia i obserwowała wyrzeźbione aniołki.
Po koncercie ludzie zamiast z gratulacjami do organisty, podchodzili do mnie pogratulować mi córki...

Ciepła piadina w zimną niedzielę



Ciepłe pieczywo w niedzielny wieczór.
Właściwie nie pieczywo, substytut pieczywa.
Piadina romagnola.
Uwielbiam, Dziewczyny uwielbiają.
Robię dosłownie kwadrans przed kolacją. Ciasto ugniatam wcześniej.
Do środka wrzucamy szynkę San Daniele i rukolę.
Jest bosko!

---
Przepis, ten ostatni, bo jest ich niezliczona ilość, dostałam na piątkowym spotkaniu w "Tana degli orsetti", osiedlowym klubiku dla mam i dzieci.
Smalec zastąpiłam olejem extravergine.
500 gr mąki pszennej
80 gr smalcu
250 gr mleka
1 opakowanie proszku do pieczenia
sól wg uznania

Wszystko ugnieść, włożyć do plastikowego woreczka na 1 godzinę.
Smażyć bez tłuszczu na bardzo gorącej patelni, w oryginale żeliwnej.
Mnie piadina "puchła", tworzyły się w trakcie smażenia duże "bąble powietrzne" w środku. Przewracałam na druga stronę i bąble albo same pękały, albo delikatnie przebijałam je widelcem.
Najlepiej spożywać chwilę po przygotowaniu, gdy są jeszcze ciepłe!

niedziela, 20 listopada 2011

Idealna para


Ziemniak i rozmaryn to po prostu jak Bolek i Lolek. Para nierozerwalna. Jedyna w swoim rodzaju. Na całe życie.
A do tego dziś wreszcie zrobiliśmy naszą podradomską, grzebiącą, biegającą kaczkę.

Dzikie zimno



Weekend należy do mnie.
To już powoli staje się regułą.
Mąż lubi jak kura wymościć się w domu i pichci, bawi się z dziećmi, bałagani.
Ja wymykam się na miasto.
Dziś przegrałam z zimnem.
Miało być długo i kreatywnie, a było krótko i najszybszą drogą do domu...

Mielimy

Wczoraj zastanawiałam się nad wyższością włoskich polpette nad polskimi mielonymi.
Jako dziecko mielone były czymś, czego szczerze nienawidziłam.
Niby chrupiąca skorupka na zewnątrz, a w środku zapach niedogotowanego mięsa i do tego te kawałki cebuli, które gdzieniegdzie wchodziły mi w zęby, takie mam wspomnienie.
Wczorajsze pulpeciki zniknęły tak szybko, że nie zdążyłam znaleźć wciśniętego gdzieś aparatu.
Dopisuję kolejną rzecz do listy "Je Młodsza - można robić".

sobota, 19 listopada 2011

Strajk czyli scioperujemy

Wczoraj zastrajkowałam.
Buchnęłam na łożko w ubraniu i pełnym makijażu,
z kuchią pełną cuchnących od piątkowej ryby talerzy...
Taki strajk to najbardziej efektywny budzik następnego dnia...

piątek, 18 listopada 2011

Alarm

No i mamy pierwsze nadzwyczajne zebranie w przedszkolu, bo ktoś komuś pokazał siusiaka...

Wirtualna haja

Smutno mi się zrobiło.
Ucichłam na chwilę.
Przeraziłam się wirtualnej walki stoczonej gdzieś obok.
Strach, bo za słowami stoją przecież prawdziwi ludzie...

środa, 16 listopada 2011

Się zmienia


Szron, krople wilgoci, czerwony nos, lodowate dłonie.
Zmienia się wszystko, zmieniają się kolory.
Szykujemy się na zimę.
Buty zaniesione do szewca.
Nadchodzi czas na zimowe przytulanie...

wtorek, 15 listopada 2011

R jak risotto z radicchio


Uwielbiam. Kocham włoską kuchnię za to, że jest tanio, szybko i zdrowo.
I w miarę prosto.
Patelnia, olej i cebula. Czyli początek 80% potraw, które znam.
Potem duszenie radicchio, podlewanie winem.
Dodanie ryżu i stopniowe zalewanie bulionem.
Do smaku będzie pecorino.

Jest kanał


W okolicy, niedaleko bloku płynie kanał.
Z daleka wygląda ładnie.
Ogrodzony.
Z mostkiem.
Wokół drzewa. Obok parczek.

Z bliska podśmierdza.
Latem, gdy wysychała woda wystawały z niego wyrzucone krzesła.

Teraz - jesienne kolaże.

Strategia marketów na pchlim targu

Targ jest we wtorki, czwartki i soboty.
Ustawienie straganów za każdym razem inne.
Dobry chwyt.
Dziś miały być tylko szale do nowej kapoty, a są dwa swetry...

Magia w powietrzu


Wchodzę dziś rano do przedszkola i zapach mandarynek.
Idę na miasto i zawieszone między kamienicami, jeszcze nie uruchomione, łańcuchy z lampkami.
Robi się magicznie.
Z daleka nadchodzą powoli Święta...

Uśmiecham się do znaków

Mieszkamy tu już ponad pół roku, ale dalej nie mogę przestać się uśmiechać, gdy na skrzyżowaniu widzę znak drogowy: Florencja 99km, Bologna 30 km, Rimini 80km.

Cappotto czyli mam nową kapotę

Jesteśmy jednak, my kobiety, dość proste w użyciu.
Tyle wywodów, że się poprawię, że obiecuję, że będzie lepiej.
A tu wczoraj... miła, wesoła, niekrzycząca. A wszystko za sprawą nowej kapoty.
-----
Samotny mój shoppingowy wyskok.
Generalnie ciuchy noszę do zdarcia i najlepiej podkradane mojej modnej mamie.
Trochę ostatnio jednak ewoluuję, bo mamy daleko, a włoska ulica wyostrza mi smak modowy.
Jadę sobie zatem naszym nowym czerwonym włoskim autkiem.
Szczęśliwa, że mam chwilę tylko dla siebie. Że muzyka może być na full.
Parkuję, jak zawsze na samym końcu parkingu, w miejscu, gdzie mógłby zaparkować nawet kombajn do koszenia zboża.
I frunę w stronę kapot.
I mierzę, i kucam, i siadam, przysiadam, zmieniam sklep, wracam, bo w innym taniej, ale kołnierze jakieś wygięte, pomięte i z bliska widać mnóstwo wystających nitek.
Wracam. Ochroniarz sklepu ma mnie chyba za kleptomankę. Uśmiecham się więc szeroko i uprzejmie mówię po raz trzeci chyba 'buonasera'.
Biorę, to nic, że eska, emki nie ma, pasuje to biorę. W myślach już wirują mi bezmączne kolacje, żeby broń boże tej jesieni nie przytyć w ramionach.
Dzwonię jeszcze do męża, po radę.
On, że mam wziąść to, co mi się bardziej podoba, nie patrzeć na cenę.
Bo 'chi sparagna spende' czyli chytry płaci podwójnie.
A we mnie aż wrze. Przecież tyle to ja wydaję na 2 tygodniowe zakupy, i to zdrowe zakupy, dla mojej 4-osobowej rodziny.
Z drugiej jednak strony robi sie coraz zimniej, a grunt to przecież zdrowa mama.
Zdrowa i szczęśliwa mama.
Niech to, biorę.
Dziś idę na miasto.
Będę przeglądać się w każdej możliwej witrynie.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Włoskie listopadowe cięcia


Rzeźki poranny 3-godzinny spacer.

Wyjątkowy esemesse

Niedzielna siesta. Usypiam Młodszą.
Nagle sygnał otrzymanego smsa.
Dziwne.
Przecież od trzech miesięcy jedynym smsem, który do mnie przychodzi na mój włoski numer to sms mojego operatora, zawsze w piątki, gdy odlicza mi kolejne euro.
Serce zaczęło mocniej bić.
Kto to? Co to?
W niedzielę?
Rodzice by zadzwonili, gdyby coś ważnego się wydarzyło.
Po cichu wymykam się do salonu. Na palcach.
Otwieram. I jak miło.
Belgijka pyta, czy nie spotkamy się w parku.
Jasne. Oczywiście. Moment, chwila, już lecę, tylko wytargam za fraki Starszą. Biegnę. Pogadać. O niczym.
Oczywiście!
----

Wracamy późnym wieczorem.
Po parku idziemy do Belgijki.
Na herbatę. Na własnej roboty chleb z miodem.
Na gadkę o tym i o siamtym.
Na pokazy zrobionych przez Belgijkę różności wszelakich - jest z wykształcenia kostiumologiem. Szyje. W domu istne laboratorio.
Powtórzymy! A jak!

niedziela, 13 listopada 2011

Rozejm po włosku czyli krewetka bruzdowata


Manzancolle z makaronem trofie.
Proste i zdrowe czyli mąż w kuchni.

Rodzina po włosku

Rosalba ma około 60 lat.
Urodziła się w Neapolu.
40 lat mieszkała w Manfredonii, nadmorskim mieście w Pugli.
Tutaj mieszka od dwóch lat.
Wypatrzyłam ją już w marcu.
Zaraz po przyjeździe.
Od razu wiedziałam, że jest z południa.
Miła, serdeczna, otwarta.
Rosalba i jej mąż zostawili wszystko, znaczy się sprzedali, i przyjechali tutaj.
Do córki. Kupili u mieszkanie w sąsiednim bloku.
Żeby być blisko, żeby pomagać przy kolejnym potomku.
Takich osób jak Rosalba i jej mąż jest tu bardzo dużo.
Jest to wręcz standardem.
Najpierw emigrują dzieci, a po czasie dołączają do nich rodzice.
Bo rodzina ajest najważniejsza.
Mnie to głęboko wzruszyło.

Niedzielne zawieszenie broni

Od czwartku do wczorajszego wieczora trwała nasza mała wojna polsko-włoska.
Jak zwykle poszło o nic.
O małe spóźnienie.
O takie zaplanowanie sobie popołudnia, że po raz kolejny zostałam gdzieś w terenie z wózkiem i dwójką dzieci, o chłodzie i głodzie.

Dwa dni milczenia i wybuch. Standardowo.
Potem, jakby na załagodzenie sytuacji ja upiekłam ponownie murzynka, a mąż zrobił zupę z dyni i upiekł kasztany.
Wszystko odbyło się przy oklaskach i okrzykach włoskiej młodzieży, radującej się w Rzymie z nieuniknionego odejścia Cavaliere.

Nie lubię takiego milczenia.
Nie lubię takich wojen.
Zawieszam broń.
Dziś rano uśmiecham się zatem do kompletnie zabrudzonej wczorajszym gotowaniem kuchni.
Do wszędobylskich okruchów. Do karalucha, który wyszedł spod nocnika Młodszej.
Do usyfionego po łokieć zupą z dyni rękawa piżamy dziecka.
Do rozwieszonych nocą po męsku naszych majtek, które miały poczekać spokojnie do rana w pralce, a tymczasem sterczą na suszarce w nie do końca określonych kształtach.
Dziś będzie miło.
Damy radę.

piątek, 11 listopada 2011

Dzień w tonacji molowej


Dziś słońca brak.
W dodatku ukochane radio cały czas o Polsce, z zresztą wiadomych względów.
I odzywa się nuta nostalgii.
Więc na brązowo dziś u mnie.
Udało mi się uciec od smutnawego bezsensownego podjadania.
Sucharki z soczewicą. Popijane zieloną herbatą.
Prosto a treściwie.
Czekam na rozwinięcie dnia, bo w muzyce często utwór w tonacji molowej kończy się akordem durowym!

czwartek, 10 listopada 2011

Sen czy jawa?

Śniłam.
Jestem z mężem i dziewczynkami.
Nagle podchodzi do mnie mój mąż, ale w wersji sprzed 10 lat.
Piękne, kręcone długie włosy, błysk w oku.
Woła mnie. Ja nie podchodzę.
Przecież mój mąż to ten obok, włosy już tylko krótkawe, siwiejące.
Twarz o wiele bardziej zmęczona.
Ale szkoda mi odejść od kogoś, z kim już tyle przeżyłam, kto się sprawdził, do kogo przywykłam.
Ze snu wyrywa mnie Młodsza i o czwartej nad ranem mówi do mnie "Peppa".

Moje małe radości


Słońce. Niespodziewane, darowane, ciepłe listopadowe słońce.
Pakujemy z Młodszą do wózka Bolka. Lolek chwilowo gdzieś się zgubił.
Gnamy przed siebie. Byle twarzą do słońca. Byle grzało.
Zdejmujemy szaliki. Rozpinamy swetry.
Po zabawie docieramy do straganu. Dziś targ. Mercato.
Nie miałam żadnych planów zakupowych, ale gdy zobaczyłam stos szalików i czapek - oszalałam...
Wieczorem domowa pizza zamiast mięcha.

środa, 9 listopada 2011

Rozpiera mnie duma



Jestem tak dumna z mojego murzynkowego debiutu, że dziś bez budzika wstałam sama o 6:58, aby sobie z wielką rozkoszą zafundować moje spokojne śniadanie.
Potem wszystko mogło być już tylko różowe!

1 kaki = 1 kg di kaki

Spacer. Na ulicy leży piękny okaz kaki.
Obok w ogrodzie ktoś zrywa właśnie owoce z drzewa.
Jeśli nie podniosę, auto za kilka minut rozjedzie kaki na żółtopomarańczowy dżem.
Podnoszę i oddaję ogrodnikowi.
Nie mówi, ale gestami ewidentnie zaprasza mnie do podejścia do płotu.
Podchodzę więc.
Otwiera garaż, a w nim kilkanaście palet skrzętnie ułożonych owoców.
Bierze siatkę i bez opamiętania wrzuca co dorodniejsze okazy.
Wzruszyłam się. Gęsia skórka przeszła mi po całym ciele.
Podana przez płot siatka zabrzmiała w tamtej chwili jak głośno wypowiedziane "grazie"...

Za-mądre dzieci

Mamy za sobą pierwsze odwiedziny koleżanek Starszej w naszym domu.
Spontanicznie, wesoło, bez wielkiego sprzątania. Egzamin zdany - można powtórzyć.
Tymbardziej, że dziewczynki padły jak betki i po raz pierwszy przespałam całą noc w małżeńskim łożu.

Ja z belgijką herbatkowałyśmy, do mojego cynamonowego murzynka.
Pierwsze takie moje tutaj herbatkowanie.
Miło, fajnie tak, trzeba powtórzyć.

Nagle do salonu wpada jedna z koleżanek. Wygadana.
Rodzice Wygadanej mają ok. pięćdziesiątki.
Tata jest dyrektorem tutejszego teatru, a mama panią doktor czegośtam. Poważni ludzie zatem.
- A wiecie, ja się wyprowadzam do Grecji, bo tam wszystko mało kosztuje, bo jest bieda. Ale musimy poczekać, aż babcia umrze, bo tam nie ma wind, a babcia nie umie chodzić po schodach...

Mnie łzy stanęły w oczach. Belgijka zaniemówiła.
I pomyślałam sobie wtedy o Starszej, o jej stosunku do w sumie młodych jeszcze dziadków, młodych na warunki włoskie. O tym, jak wiele miejsca w jej malutkim życiu zajmuje rozmowa z nimi, opowiadanie o nich, o tym, jak często mówi mi, że za nimi tęskni, że kocha, o tym, jak często coś dla nich rysuje...
Piękne to.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Kiedyś


Wygrzebałam w zasobach mojej internetowej chmury.
2008 rok, marzec, w oczekiwaniu na wiosnę i Wielkanoc.
Starsza miała 2 lata.
Chciało mi się.

Za dużo naraz

Klasyka. Chcesz dobrze - robisz źle.
Wczorajszy dzień nabity po brzegi wydarzeniami.
Najpierw przedobiedni spacer.
Potem tradycyjna już pasta fresca robiona przez Starszą i męża.
Po obiedzie wyskok na miasto.
Wzięliśmy udział w przetargu na zakup starych mebli wyprzedawanych przez urzędy kilku okolicznych miast. Przetarg był niejawny. Powrzucaliśmy kilka ofert.
W najgorszym wypadku, jeśli wszystko zgarniemy, będziemy musieli kupić biały motor bmw używany przez włoską policję, olbrzymi kuchenny kredens, dwa gigantyczne biurka i stół kuchenny...
Potem spacer po mieście i degustacje. W mieście w sobotę rozpoczął się coroczny festiwal kulinarny.
Na koniec szybka wizyta w muzeum i wystawa lutnictwa.
Zachciało nam się jeszcze do tego wszystkiego koncertu, którego ostatecznie nie zobaczyliśmy, bo dziewczyny same dały ekstremalny popis.
Wróciłam do domu kompletnie wykończona.
Młodsza staje się koszmarnie nieznośna.
Za całokształt obrywa starsza.
Nocna rozmowa z mężem.
Postanawiam poprawę.
Od dzisiaj.
Obiecuję.
Będzie spokojniej.
Bez darcia, krzyków, pośpiechu.
Obiecuję.
Zaczynam się starać. Od zaraz.

niedziela, 6 listopada 2011

Przedobiedni pomarańczowy spacer

Niedzielnie = rodzinnie



Inspirowane rodzinką P.

Sobota na medal

Wczoraj było bosko.
Najpierw przedpołudniowy rodzinny spacer.
Potem poobiednie, wspólnie ze Starszą zagniatanie ciasta na wieczorną pizzę.
Popołudniowy wypad do centrum handlowego, zgodnie z planem w asyście Starszej, w celu spokojnego bezstresowego rozejrzenia się za czymś sensownym na zimę, a sprawa ta jest dość trudna, bo w tym roku modny jest kolor "ruggine" czyli rdza. Mnie się ta rdza bardzo podoba, ale jak to zwykle bywa obawiam się zbyt dziwnych kolorów, bo z czym i do czego to potem założę. Pewnie znowu skończy się na czerni lub brązie.
Wieczorem domowa pizza. A pod sam koniec ulubiona ostatnio przez dziewczynki zabawa w przebieranie czyli otwieramy szafę mamy, wyciągamy, zakładamy i do salonu na pokaz mody połączony ze wspólnym tańcem.
O 22.00 padamy wszyscy.
Ale padamy szczęśliwi i wyjątkowo bez krzyków i kłótni...

piątek, 4 listopada 2011

Zielono mi dziś


Słońce dziś rano zapukało w balkonowe okno i zaprosiło na spontaniczny spacer po mieście.

Listopadowy widok z okna

Mnie to urzeka...


Chodzę i patrzę, i podziwiam, i wzdycham, i zachwycam się...

Puglia i moja ulubiona "kuchnia uboga"



Moja teściowa jest na wagę złota.
Jak zwykle moje zdolności kulinarne kończą się liście zakupów.
Dziś boćwina, ziemniaki i stary suchy chleb.
Zdrowo i tanio.
Reszta podyktowana skrupulatnie przez telefon...











A sprawa jest bardzo prosta.
W posolonej wodzie, z dodatkiem ząbka czosnku, gotujemy pokrojone na kawałki ziemniaki. Ugotowane ziemniaki wyciągamy.
W tej samej wodzie gotujemy niezbyt długo, około 20 minut, boćwinę.
Pod sam koniec gotowania wrzucamy kawałki suchego chleba i czekamy, aż rozmięknie.
Potem wszystko mieszamy, starając się, żeby nie zgnieść za bardzo ziemniaków i aby uniknąć efektu "papki".
Polać olejem extravergine i wcinać!

Listopadowy włoski mój chodnik pod blokiem

Trudne pytanie

Za dwa tygodnie przylatuje znajoma.
"Zapytaj go co mu przywieźć z Polski, czego mu najbardziej brakuje...".
Zapytałam.
Mąż milczy. Odpowiedzi brak.

czwartek, 3 listopada 2011

Grano dei morti czyli czym zajadają się w listopadzie mieszkańcy Foggi i okolic



Puglia urzekła mnie od pierwszego wejrzenia.
Moja miłość trwa już ponad 10 lat.
W tym roku kolejne odkrycie.
Święto Zmarłych dla mieszkańców Foggi upływa pod znakiem "grano dei morti" czyli "zboże zmarłych".
Proste, sycące i pyszne. Wszystko polane moim ulubionym "vincotto".

Czapka i bakłażany

Gastronomia uliczna



Południe Włoch, Puglia, na rogu ulicy krzykliwy pan przygotowywuje codziennie "peperoni arrostiti" czyli pieczone papryki, dla zaganianych, wracających późnym popołudniem żon i matek.

A w to się bawi mama

Moje włoskie październikowe niebo

Kawa

"Człowiek jest zwięrzeciem stadnym" - mawia często mój tata.
Jest. Przyznaję.
Kto ma ochotę zatem wypić ze mną dzisiejszą poranną kawę?
Puk, puk!

Prosta zależność

Zauważyłam pewną zależność.
Za każdym razem, kiedy przed przebudzeniem dziewczynek uda mi się wstać ciut wcześniej i ... wypić spokojnie kawę, wyprasować mężowi zaległą koszulę, powiesić pranie, zrobić kilka wiszących na skrzynce tłumaczeń i oczywiście przygotować śniadanie - jestem jakby spokojniejsza i szczęśliwsza... Pozostawiam bez komentarza.
Nie chcę sobie psuć takiego właśnie dzisiejszego poranka.

środa, 2 listopada 2011

Strach przed milczeniem

Piccoli progressi czyli małe postępy.
Tak, robimy małe postępy.
Ostatni długi weekend spędziliśmy u teściów, na południu Włoch.
Po raz pierwszy od ponad dwóch lat czyli od początków drugiej ciąży udało nam się wyjść i to aż trzykrotnie w wersji "ja i mąż".
Młodsza po raz pierwszy spędziła wieczór, ba! trzy wieczory beze mnie.
Wychodzimy, jest cicho, nie muszę sprawdzać czy śmierdzi kupa, nie muszę zaciągać czapki na uszy, nie muszę uważać na krawężnik, nie muszę podnosić smoczka i szukać czegoś nagłego do przegryzienia. Jest dziwnie.
Nie rozmawiamy. Nie mamy o czym. Ostatnie kilka lat to głównie wydawanie komend.
Podaj! Przynieś! Przesuń! Daj!
I zaczynam się bać tej ciszy.
Czy naprawdę nie mamy sobie już nic do powiedzenia poza technicznymi rodzicielskimi zwrotami. Czy jesteśmy aż tak zmęczeni codziennością, że chwile ciszy spędzamy tylko na jej celebrowaniu.
Zaczynam się bać.
Zaczyna wracać licealna obawa. Jestem pusta?
Nie mam tematów do rozmowy?
Nie jestem interesująca?
Pamiętam jak w liceum i na studiach każdy wieczór miał totalnie inny koloryt.
Jak faszerowałam się filmami Greenawaya i Jarmuscha w studyjnym kinie w samym centrum miasta, w lekko przycienionej uliczce.
Pamiętam koncerty, po koncertach spacery.
Pamiętam kino pod gołym niebem.
Pamiętam, że podróże planowałam tylko na tydzień lub dwa przed.
Czas nie istniał.
Nie istniały obowiązki.
W Mediolanie wsiadałam do przypadkowego tramwaju lub metra.
W Sienie lubiłam wsiadać do małego autobusu i wysiadać dopiero na końcowym przystanku.
W Dublinie szwędałam się całymi dniami bez jakiegoś większego celu.
W Barcelonie podobnie.
Wiele było w tym wszystkim przypadku.
Byłam ciekawa świata.
Taką właśnie poznał mnie mój mąż...

Strach przed nadaniem imienia

Obawiam się, że mimo pięknego krajobrazu i otoczenia zaczynam powolić cierpieć na dość typową polską przypadłość - jesienną depresję.
Odpycham ją rękami i nogami.
Łapię się jak tonący każdej oznaki entyzjazmu, ale nie ma co się oszukiwać.
Wkroczyłam w ten etap mojego życia, mojego macierzyństwa, mojego małżeństwa, który przypomina trochę jedzenie codziennie kanapki z żółtym serem na śniadanie, ubieranie się codzienne w tę samą bluzkę, oglądanie codziennie tego samego serialu o tej samej porze, itd itd.
I trudno mi sobie wyobrazić, że kiedyś bywało kolorowo...

Objawy

Nie ma to jak 5-dniowy wypad z mężem i dziećmi, w kosmetyczce głęboko schowane 4 sztuki i przywiezione z powrotem całe, nietknięte wszystkie cztery.
Wolę się nie zastanawiać nad tym, czego są to objawy...