sobota, 31 grudnia 2011

Grzeszny sen

Dzisiaj śnił mi się tata przedszkolnego kolegi Starszej.
Obydwoje spacerowaliśmy z młodszymi pociechami i on jakoś dziwnie nie dawał mi spokoju.

To tylko sen...

Babska destrukcyjna natura

Czy wszystkie takie jesteśmy, czy tylko ja tak mam?
Słońce za oknem, teściowa w kuchni, komputer na kolanach, Starsza na hulajnodze, Młodsza ogląda bajki. Ostatni dzień 2011 roku. Wstaję lewą nogą.
Nie pomaga makijaż, nie pomaga kawa.
Mam ochotę się pokłócić. Ofiarą jak zwykle jest mąż.
O byle co, żeby nie powiedzieć o byle g... .
Głupia słowna zaczepka. Niepotrzebny grymas na twarzy.
Bo tak.

piątek, 30 grudnia 2011

Rodzimy

Niesamowite.
Otaczająca mnie włoska młodzież zaczyna rodzić dzieci.
Kwoli sprostowania, mówimy o osobach w wieku 35-37 lat.
To pierwsze chyba takie nasze święta, gdzie oprócz nas, biegających po restauracji za jedną czy drugą, pojawiają się powoli inni, którzy muszą przewinąć, nakarmić i inne temu podobne...
Mało tego, w konfrontacji z nimi moja Starsza to niemalże dorosły człowiek.
Sama siedzi, sama trzyma sztućce, sama je, sama się ubiera.
Młodsza trochę jeszcze w tyle, ale w porównaniu z kilkumiesięcznymi niemowlakami i tak wypada całkiem nieźle...

Dbać o wspomnienia

Gramy w karty.
W tym roku częściej niż zwykle, bo Młodsza jest już starsza, a Starsza prawie duża.
Gramy i rozmawiamy.
Wbiega teść. Zawsze dumny ze swojej pracowitej żony.
"Wiesz ile kosztują cartellate na rynku? Dziesięć euro za kilo. Niesamowite, tak drogo..."
Teściowa spogląda na mnie porozumiewawczo.
"Wiesz dlaczego od kilku lat tak niezłomnie bawię się w ich przygotowywanie? Nie dlatego, że domowe mniej kosztują... Robię je dla wspomnień, które będziecie mieć za kilka lat."

czwartek, 29 grudnia 2011

Obskurna ławka

Spacer.
Dla ducha i ciała.
Poza tym lubię, naprawdę lubię obserwować miejsca, które nigdy nie znajdą się w żadnych popularnych przewodnikach...
W przyosiedlowym obskurnym do cna parczku siedzi na ławce nastoletnia para.
Boże, jak oni się w siebie wtulają. Jak oni się obcałowywują.
Pcham wózek, potykam się o spękane chodniki i w duchu wyję z zazdrości.
Jak to jest...?
Kiedy się ma naście lat i siedzi się na takie obdartej ławce, marzy się o kluczykach samochodowych i wypadzie za miasto...
Kilkanaście lat później, z kluczykami w rękach, można pozwolić sobie nawet na wypad nad morze, a ląduje się na domowej kanapie, w milczeniu, przed telewizorem... ech...

środa, 28 grudnia 2011

Dylematów etap czas zacząć

Bliska osoba tonie w długach.
Niby się o tym dużo mówi, niby pisze.
Ale ja nie wiem, nie wiem czy pomóc i pożyczyć, czy przemilczeć.
Rozmowa może nie mieć sensu.
Długi są duże, pożyczka nie rozwiąże problemu.
Problem twki zdecydowanie głębiej, w podejściu do pewnych tematów, w nieświadomości otoczenia...

niedziela, 25 grudnia 2011

Mizena cicha wcale nie taka licha


Tu na południu goszczą w prawie każdym domu.
Małe i duże.
Drewniane i papierowe.
Z figurkami z ceramiki lub plastiku.
W Wigilię o północy do kolebki wkładamy Nowonarodzonego Jezuska.
To nic, że wszystkie owieczki zostały wcześniej dokładnie wypłukane w wodzie płynącej ze studni, a teraz leżą brzuchami do góry w grocie, obok stajenki.
To nic, że pasterze wylegują się na sianie i patrzą w oświetlany punktowo sufit.
W każdym domku światełko.
W każdym oknie firanka.
Jest nawet papierowe podziemne przejście.
Grazie nonna!

Ryba dla odważnych


Teściowa ich nie jada, ale perfekcyjnie je przygotowuje...

Błogo


Nogi otulone pomarańczowymi rajstopami oparte o bok skórzanej kanapy.
Po lewej stronie mruga choinka.
Przede mną świeci ręcznie zrobiona stajenka.
Może wieczorem zagram w karty z teściową, a może wyjdziemy z przyjaciółmi na orzeźwiający spacer...

Słodka Puglia


Puglię odkrywam na swój sposób.
Regularnie.
Trochę, rzec by można od niechcenia, bo przecież nie jestem tu już tylko jednosezonową turystką, ale poniekąd stałą bywalczynią.
Puglia to dla mnie kuchnia mojej teściowej. Na pierwszym miejscu.
Mała kuchenka z małym okienkiem wychodzącym na krzykliwe podwórko.
Z tej małej kuchenki wychodzą ogromne skarby.
Lata praktyki, zamiłowanie, umiłowanie dobrego jedzenia, produktów dobrej jakości, tutejszych specjałów.
Boże Narodzenie to przede wszystkim słodycze.
Domowej roboty.
Przygotowywane już od połowy grudnia, bo im starsze tym lepsze.

Święta bez stylizacji


Zbieram się i zbieram.
Chciałabym oddać hołd mojej teściowej i zebrać te jej specjały w jedną spójną całość.
Może kiedyś. Może ...
To takie piękne, gdy ktoś tak niesamowicie skrzętnie, ale w naturalny sposób dba o tradycję i rytuały. Bez stylizacji i podglądania najnowszych trendów desingu.
Zawsze od lat to samo. Zawsze tak bardzo przewidywalnie...

Łapię i nie wypuszczę


Łapię te chwile.
Robię głęboki wdech, trzymam powietrze najdłużej jak to tylko możliwe.
Chwilo trwaj.
Jestem gościem.
Od samego rana w makijażu.
Pstrykanie pamiątkowych zdjęć.
W wersji mama i tata, mama i córki, tata i córki, i tak w nieskończoność.
Odpoczywam...

piątek, 23 grudnia 2011

Oby nie cisza przed burzą...

Słońce. Młodsza śpi.
Prawie spakowani.
Prawie przygotowani do jutrzejszego wyjazdu na południe do teściów.
O 16.20 szkolna festa.
Trochę kaszlu i kataru, ale wszelkie normy zachowane, więc nie siejemy paniki.
Zaraz zaparzę sobie małą kawę. Doleję mleka. Otworzę na oścież okno w sypialni i wystawię twarz do słońca.
Jest cicho. Jest dobrze...

niedziela, 18 grudnia 2011

Morsko

 
Niedzielny obiad w małej sprawdzonej spelunce w Rimini.
Frittura di pesce czyli ogromny talerz smażonych ryb.
Bakłażany w oleju.
Białe wino.
Na deser tarta domowej roboty.
Tanio i po domowemu.
----
Lubię to delikatne poobiednie chwilowe odużenie alkoholowe.
Nie pijam często.
Nawet można by rzec - rzadko.
Taka potulna owieczka, z nosem opartym o samochodowe okno, wpatrująca się w mijający szybko morsko-pagórkowaty pejzaż...

sobota, 17 grudnia 2011

Belgijka wyprawiła córce urodziny.
Jak na kreatywną mamę przystało wszystko handmade, eko, prorodzinnie, zespołowo i inne takie.
Ale przyznam, było miło. Bardzo miło.
A na stole mnóstwo pyszności.
Nie dało się nie zauważyć, że jedno ciasto zniknęło szybko i do ostatniego okruszka.
Czekam na przepis...

piątek, 16 grudnia 2011

Przybieżeli...


kolejny już rok robimy stajenkę...

Magia na zawołanie

Znajoma podarowała mi ostatnio czekoladowo-pomarańczowy puder do kąpieli.
Żaden wieczór nie był odpowiedni.
Bo za wcześnie. Bo za późno.
Bo za ciepło. Bo za zimno.
Bo jakoś tak niemagicznie.
Bo przecież nie weekend.
Bo nieumyte włosy.
Bo nic szczególnego dziś się nie wydarzyło.
---
Aż któregoś dnia uświadomiłam sobie, że za magię w naszym życiu odpowiadamy my sami.
I wepchnęłam ją na siłę do mojej łazienki.

czwartek, 15 grudnia 2011

Petycja klawiszowca

Masz 6 lat.
Dobry słuch. Poczucie rytmu.
Przedszkolanka sugeruje rodzicom zapisanie cię do szkoły muzycznej.
Środek komuny, ale po zdanych egzaminach rodzice kupują piękne, nowiutkie pianino.
Do dziś jedyna znana mi wersja wydarzeń to to, że "pani dyrektor pomogła".

---
Podstawówka i liceum to istny maraton.
Ryjesz jak wół dwutorowo.
Wychodzisz o 7.00, wracasz o 21.00.
Wszystkie możliwe świadectwa z paskami, ma się rozumieć.
Potem podwójna matura.
Studia muzyczne.
Najlepszy profesor w kraju.
Jesteś dobra, nawet bardzo dobra.
Ale nie wybitna, a to zbyt mało.
Skoro barok, to pogłębiasz wiedzę zagranicą.
W dobie jeszcze nieerazmusów szukasz możliwości studiowania u źródeł.
Salti mortali i masz, prywatne stypendium w Mediolanie.
Czytasz manuskrypty. Grasz z oryginalnych wydań. Nie żadne tam PWM i Ekier czy Drzewiecki.
Raz nawet występujesz na żywo w Radio Rai 3.
Poznajesz tajniki wykonawsta zgodnego z prikazami epoki.
I co?
I gówno.

Bo pewnego dnia decydujesz się na założenie rodziny i ... chwilowe odłożenie grania na bok. I koniec. Wylatujesz z obiegu.
Bo trudna ciąża i musisz leżeć, pierwsza i druga.
Bo przecież z czegoś trzeba żyć, a nie tylko akompaniować charytatywnie.
Bo nie stać cię na twój osobisty klawesyn z dwoma manuałami.
A klawesynista bez klawesynu to jak skrzypek bez skrzypiec.
Bo to, bo siamto...


----
W poniedziałek o 18.00 mam rozmowę w amatorskim chórze.
Może dostanę się do altów. Może.
Żeby pośpiewać, pobyć znowu na scenie.
----
A córki nie zapiszę na lekcje gry na fortepianie, tylko na instrument smyczkowy...

----
Idę dorabiać i tłumaczyć specyfikacje techniczne...

Zapaść się...

Stwierdzam jednoznacznie, że po wczorajszej nocy spędzonej na spacerach między kuchnią a salonem, tej nocy zapadłam w głęboki, prawie nieprzerwany sen.
Uczucie wyspania jest takie piękne...

środa, 14 grudnia 2011

Spazi per i bambini czyli dziecioprzestrzenie

Że Włosi kochają dzieci każdy wie.
Ale na uwielbianiu i okrzykach "che bel bambino" się nie kończy.
Tu nie stolyca, a przestrzeni i inicjatyw dedykowanych dzieciom całe mnóstwo.
Zachwycają mnie te akcje miasta i popołudniowe regularne otwieranie żłobków lub przedszkoli dla matek z dziećmi. Nie ważne, czy tu chodzisz czy nie. Czy jesteś z tej dzielnicy, czy z innej.
Drzwi są otwarte. Wejdź, usiądź, odpocznij. Gdy dziecko się bawi całym mnóstwem zabawek, ty możesz przykucnąć na chwilkę i porozmawiać z innymi matkami.
Dyżurne przedszkolanki zrobią ci herbatkę lub kawę.
Dzieci dostają zawsze obfity podwieczorek.
Zajęcia są planowane na kilka miesięcy do przodu, więc na wejściu dostaniesz mały kalendarz eventów. Znajdzie się też coś dla ciebie, bo czasem prowadzone są mini warsztaty szydełkowania lub robienia zabawek z papieru.
Ile płacę?
Nic.
To rola miasta.

----

W centrum jest biblioteka.
Dzieci mają tu nie kącik, nie nawet pokoik, a oddzielny kilkupiętrowy budynek.
Jest miejsce z zabawkami, które skutecznie zaapsorbuje malucha, kiedy ty będziesz przedzierać się przez setki książek, płyt, audiobooków i gier.
Dla starszych kilka razy w tygodniu organizują pracownie, wszystkiego co tylko można sobie wymarzyć.

----

Ja się pytam, a u nas w Polsce by tak nie można?

niedziela, 11 grudnia 2011

Muzyczna wyobraźnia

Zabieram Starszą na koncert.
Muzyka poważna, ale pięknie oprawiona - chór, organy, skrzypce, flet, wiolonczela.
Jest czego posłuchać.
Na bis serwują "Stille nacht".
Szepczę Starszej do ucha, że to taka niespodzianka-zagadka, ciekawe czy rozpozna znaną pieśń.

Rozpoznała.
Dumna, po ostatniej zwrotce wyszeptała mi do ucha:
Pszczółka Maja...

Odbyło się...

Sobotni nasz włoski wieczór.
Jedenaście osób.
Sześcioro dorosłych i pięcioro dzieci.
Młyn w mieszkaniu i młyn na stole.
Z założenia miało być prosto, więc zdecydowaliśmy się na piadiny.
Do tego szynka gotowana prosciutto cotto, surowa słodka san daniele, i bardziej słona nostrana, nie mogło zabraknąć mortadelli i popularnego tutaj ciccioli, czyli ichniego salcesonu oraz równie popularnego gorzkawego sera do smarowania o pięknej nazwie squacquerone. Zaserwowałam też ozorki. Jak zwykle okazuje się, że Włochom wbrew moim obawom takie rzeczy bardzo smakują. Na dodatek była oczywiście rucola i bakłażany według przepisu teściowej czyli aglio, olio e prezzemolo znaczy się czosnek, olej i pietruszka. Na zagrychę nasze polskie ogóreczki konserwowe i grzybki w zalewie.
Belgijka przyniosła grillowane zielone papryki i cukinie.

Dla osłody michałki, kasztanki, krówki, śliwki w czekoladzie i domowej roboty cantuccini przyniesione przez Pam.

Zapomniałabym...
Wszystko zakrapiane pysznym polskim niepasteryzowanym piwem w różnych odmianach...

czwartek, 8 grudnia 2011

Potęga niemocy

Po nocnym kursowaniu ostatecznie budzę się w łóżku Młodszej.
Z salonu dochodzą mocne promienie słońca.
W myślach planuję już cały dzień. Będzie słońce. Będzie pięknie.
Zaparzam kawę, wstawiam mleko.
Nagle z pokoju dziewczynek dochodzi przerażający płacz Starszej.
Nie może wstać. Boli ją noga.
Pierwsze kilka minut głaskania nic nie daje.
Leją się poważne łzy.
Przynoszę ulubione ciasteczka w gwiazdki.
Nic to nie daje.
Starsza leży jak kłoda, nie chce się w ogóle ruszyć.
Płacze.
Robi się poważniej.
Ból w pachwinie. Twardy brzuch.
Kilkanaście razy na minutę powtarza, że boli.
Zaczynam się niepokoić. Panika.
Zaczynam z nią rozmawiać. Opowiadać o dzieciństwie.
Ból ewidentnie mija i powraca.
W chwilach ataku krzyczy, że nigdy już nie wstanie, że zawsze będzie już w łóżku.
Ta dziecięca szczera rozpacz jak sztylet wbija się w moje serce matki.
Przypominam sobie moje ataki wyrostka i bóle reumatyczne, które dostaliśmy z bratem w genetycznym prezencie od mamy.
Pamiętam wieczorne masowanie kolan. Jedno przy jednym dziecku, drugie przy drugim.
Zastrzyki co trzy tygodnie. Zawsze, regularnie, przez kilka lat.
Czy to rok szkolny, czy wakacje, czy zielona szkoła.
Mijają trzy godziny, a ona cały czas we łzach.
Dzwonimy po lekarza.
W międzyczasie mąż przenosi ją do łazienki...
I nagle wszystko mija.
Dochodzi lekarz.
Starsza wstaje i jakby nigdy nic zaczyna bawić się wózkiem z lalkami.
Tańczy, śpiewa. Opowiada.

Wychodzimy na przewrażliwionych rodziców.
Przez telefon naopowiadaliśmy, że dziecko nie wstaje z łóżka.

Lekarz stwierdza prawdopodobnie kolkę.
Radzi tak czy siak przebadać.

Mnie dopada ból głowy.
Po kilku godzinach wychodzi przerażenie, że mogło skończyć się w szpitalu.
Że wróżki z czarodziejską różdżką nie istnieją.
Że...

Wszystko wraca do normalności.
Jemy spóźniony obiad.
Usypiam Młodszą.
Mąż wystawia w sypialni twarz do słońca.
Starsza ogląda bajkę.
Uciekam na rower.
Wyrzucić gdzieś w pole strach i niemoc.
Pod blokiem zatrzymuję się na dosłownie chwilę.
Patrzę w nasze okna.
Dociera do mnie, że tam, za tą kilkucentymetrową warstwą nieocieplanej ściany jest cały mój świat. Mój wszechświat.
Kruchy ja butelki, które wrzucam do żółtego kontenera.
Trwały jak trwałe może być słowo "na zawsze".
---

A może bolało, ale większa niż ból była radość z zawłaszczenia sobie mnie na ponad trzy godziny, gdy przykuta do łóżka po raz pierwszy od długiego czasu bez pośpiechu czytałam, opowiadałam, rozmawiałam...

środa, 7 grudnia 2011

Dać się ponieść

Od maja do sierpnia tego roku byłam z dziewczynami sama na wsi.
Co kilka tygodni, żeby nie zwariować brałam auto i jechałam do miasta na ciuchowe zakupy. Moje modowe szaleństwa kończyły się zawsze bezpieczną bielą, standardową czernią, stonowanym beżem lub szkolnym granatem.
Wokół lato, zieleń, błękit nieba, a mnie w efekcie przybyło między innymi około 5 nowych białych quasi-maturalnych koszul.
Z każdym kolejnym wypadem obiecywałam sobie, że muszę kupić choć jedną bardzo kolorową rzecz, taką, której na pierwszy rzut oka nigdy bym nie założyła.
Nie udało się. Brałam, przymierzałam, na twarzy pojawiał się grymas dezaprobaty i odstawiałam.
To samo jest teraz z meblami.
Patrzę i podziwiam te purpury, karmazyny i kanarki.
Skończy się pewnie na białych bezpiecznych koszulach...

Winzer delice kaltbach

16 euro za kilo.
Więcej niż za parmezan.
Ucztujemy. Mąż wynalazł gdzieś na sklepowej półce.
Pyszny ser o słodkim smaku...

Blokada

Zawsze tak było.
Jako dziecko i dorastająca już dziewczyna zawsze miałam ten sam problem.
Pół roku solidnej pracy, a na tydzień przed występem siadała koncentracja, wszystko się sypało. Totalne przeciwieństwo sportowego ducha, co to spidu dostaje właśnie, gdy widzi metę.
Ostatecznie wybraniałam się muzykalnością, pięknym dźwiękiem, wrażliwością, ale kiksy, jak to je nazywała moja Pani Profesor zostawały gdzieś w uchu na długo.

Ostatni mój poważny publiczny występ odbył się w 2004 roku, potem już tylko koncerciki przy okazji prowadzenia szkoły.

Moje życiowe "hamowanie" przeniosło się za to na inne obszary.

Za kilka miesiący mamy wejść do nowego domu.
Zaczęło się wertowanie katalogów, szukanie rozwiązań.
Wiem, co mi się podoba, a czego nie chcę.
To już dużo.
To będzie nasz "domowy" debiut i ta właśnie świadomość kompletnie mnie przyblokowała.
W głowie ma chaos.
A co, jeśli wyjdzie jeden wielki kicz i jarmark... ?

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Groch z kapustą

Przyjechali.
Przywieźli choinkę, groch z kapustą, z podradomskiej wsi mięsiste udko.
Krokiety i ozorki.
Zrobiło się świątecznie, nostalgicznie.
Wyjątkowo jakoś bez kłótni o byle co i byle kiedy.
Było miło, bardzo miło.
A dziś rano po ich odjeździe poczułam delikatny ścisk w gardle.
Uciekłam na szybki poobiedni spacer.
Uratować makijaż...

sobota, 3 grudnia 2011

Szaro-buro i zielono


Starsza i Młodsza w wersji szmaciano-wełnianej.

Jak narkotyk

Wiedziałam, że tak będzie.
Wiedziałam.
Znam się na wylot.
Od ponad trzydziestu lat.
Dlatego sama przed sobą schowałam głęboko w szafie kolorowego Łucznika.
Wiedziałam, że jak już go wyciągnę to się wciągnę tak, że mąż będzie sobie musiał na kolacje podgrzewać fasolkę z puszki.
Dobrze, że wszystko zbiegło się z jakimś ogólnie panującym wirusem żołądkowym, więc od kilku dni kolacje nie są mile widziane.
Szyć nie umiem, ale zawsze lubiłam sobie coś wydziergać.
Pamiętam jak przez mgłę mamę, która szyła mi sukienki.
Pamiętam kosze wiklinowe z kłębkami wełny. Leżały zawsze na górze na meblościance.
W ukryciu przed nami. My i tak wchodziliśmy na krzesła i w efekcie mama miała wszystko powybebeszane i poplątane.
Każda z nas ma więc chyba w życiu taki etap.
Etap silnej potrzeby kreowania. Czegoś...

piątek, 2 grudnia 2011

Pusto

 
Posted by Picasa

Tak było w ubiegły weekend.
Puste plaże w mieście Felliniego.
Wrócę tam niebawem.
Ze Starszą.

Mamuś, jesteś wróżką, która czaruje pyszne ciasteczka

 
Posted by Picasa


Tak, oto jestem wróżką. Biszkoptową z kremem cytrynowym.

Stara, a się bawi


Siedzę grubo po północy.
Popękanymi od ścierania cytryny opuszkami palców szyję i doszydełkowuję.
Powoli mi się zasypia, ale skoro już zaczęłam, to chcę skończyć.
Nie ma piękniejszej nagrody od porannego niedospanego uśmiechu dziecka na widok ulubionego bohatera...