wtorek, 31 stycznia 2012

Strażnik

Lekko drży lewa powieka.
Wiem, niedobory magnezu parwdopodobnie. Zbyt mocne kawy. Wiem.
Boli lekko klatka piersiowa.
Bolą mięśnie, wszystkie prawie.
Pobolewa brzuch.
Nie, to nie post o narzekaniu.
To post o tym, jak choroba dzieci stawia matki na nogi.
Młodsza dziś oscylowała między 39,2 a 39.4.
Nieruchoma.
Nie było skakania.
Wołania o meko.
Nie było biegania tam i nazat.
Nie było niczego.
Był przekrwoniony blagalny wzrok.
Stoję tu malutka, jestem przy Tobie, jeśli zajdzie taka potrzeba, nie zmrużę oka.
Chucham i dmucham na Ciebie. Będę nosić na rękach w ciemności.
Sogni d'oro...

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Jak w bajce

Czuję się jak w bajce o muminkach.
W domu ciepło, przytulnie, a zaraz za progiem mróz, zimno i mrok.
Dziś będzie koktajl owocowy, bo znów coś krąży w powietrzu.
Są dobre wieści.
Miło dostać pozytywne wiadomości w poniedziałkowy poranek.
Psiapsióła dostała główną rolę w serialu.
Będzie się działo...!

niedziela, 29 stycznia 2012

Właściwy shabby port

Powiem tak... to jest to.
Ten styl odzwierciedla dokładnie moje emocje i moje wyobrażenia o domu.
Zawsze był gdzieś obok, tylko ja nie potrafiłam go nazwać, bo nie miałam ku temu narzędzi.
Cztery kąty i pies piąty, które kupowali swego czasu moi rodzice serwowało wszystko, a mój umysł nie ma funkcji selektownego przeglądania gazet, wszystko zatem było git, ładne, fajne, byle by pasowało głównie kolorystycznie.
Tu w internetowym zagajniku doznałam olśnienia.
Kilka tygodni temu, w sferze jeszcze mentalnej, zaczęłam moją pierwszą samodzielną podróż.
Wczoraj wieczorem po raz pierwszy, namacalnie, założyłam kopak i wsiadłam na mój statek.
Płynę... i tego nie da się cofnąć. Niech nikt nie próbuje...

przed i po

piątek, 27 stycznia 2012

Co ja k... robię?

Narysowałam ptaszka.
Na początku wyszła kijanka.
Ale nie została zaakceptowana.
Spazmy dochodzące z pokoju przekonały mnie do podjęcia kolejnej próby przymocowania dzioba.
Mąż zadyrygował, że po raz ostatni je kolację w wersji on z talerzem -
ja z maszyną do szycia...

Ostro

Gdybyśmy mieszkali w Szwecji, po dzisiejszym poobiednim darciu pewnie sąsiedzi wezwaliby odpowiednie służby...

Niewiadomoco

Nie ma gorszego chyba uczucia niż ścisk w gardle i strach matki, której dziecko mówi, że boli, gdy nie wiadomo co boli i dlaczego...

czwartek, 26 stycznia 2012

Ochota na świństwa

Od kilku dni łazi za mną jak cień ochota na zjedzenie jakiegoś świństwa.
Maka, hamburgera, czegoś-nie-wiadomo-co chińskiego, smażonego, słodko-kwaśniego.
Wczoraj wieczorem już prawie skończyło się wyskokiem w pojedynkę do pobliskiego fastfoodu.
Wytrzymałam.
Chęci poddusiłam dawką jogurtu z otrębami.
Kilka minut temu dzwoni mąż.
Wraca z trasy i .... zamawia dla mnie chińszczyzne.
Mój slow-foodowy mąż grzeszy dla mnie z miłości ...:)

Czas


Mieć czas na niewyczerpaną ilość okrążeń karuzelą.
Mieć czas na nieskończoną ilość zjazdów ze zjeżdżalni.
Mieć czas na przedreptywanie przez ulicę z dwulatkiem ściskającym kurczowo matczyną dłoń.
Mieć czas...
Ja mam czas...

środa, 25 stycznia 2012

Magiczny świat ukryty pod chustą

Mąż odwiózł Starszą do przedszkola.
Posiedzę w domu, myślę, przeraził mnie bowiem poranny szron na boisku.
Posiedzę, myślę dalej, poodkurzam, ugotuję zupę z ciecierzycy, poskładam pranie.
Dziś mam dobry humor.
Muszę go jakoś wykorzystać.
Wczorajsza próba chóru i informacja o planowanym na 11 maja koncercie zrobiła swoje.
Coś jednak nie daje spokoju.
Moja środa jest przecież dłuższa od pozostałych dni.
Myślę sobie dalej, że przecież pranie nie ucieknie, a kurz nie zniknie, poczeka.
Robię sobie drugą, wyjątkowo dziś, kawę.
I z buta.
Nie mogę oprzeć się temu słońcu.
Idę. Młodsza nie protestuje. A to dobry znak.
Idę do biblioteki.
Niech poskacze po półkach. Niech potarza się z innymi dziećmi na podłodze. Poczekam.
Dziś mi się nie spieszy.
Jestem ja i młoda muzułmanka z małym synkiem.
Druga kawa nie przynosi efektu, więc lekko zaspana nie koduję nic poza wzrokowym nadzorem drzwi wyjściowych z bawialni.
Muzułmanka jest młoda. Miła. Coś szepcze do syna. Ma ciepły głos.
Nagle słyszę wyraźne po polsku "to jest gruszka". Patrzę na małe dłonie chłopczyka.
Trzyma gruszkę.
Momentalnie się przebudzam. Mija poranne ospanie...
Zaczynamy rozmawiać.
Rozmawiamy. Bardzo długo.
Przechodzimy do sedna sprawy.
Nagle musi iść po starszego syna. Wychodzę z nią.
Idziemy przez miasto.
Niesamowita dziewczyna.
Niesamowita historia.
Tylko 2 lata różnicy między nami.
Dzieci w podobnym wieku.
Pochodzimy z miast oddalonych jakieś 30 kilometrów.
Babcie mamy na tym samym radomsko-kieleckim ukochanym zadupiu.
Wracam do domu grubo po 13.00.
Bez zakupów. Młodsza usnęłą gdzieś po drodze ściskając w dłoni kruche grissini, które Ż. wcisnęła mi u siebie w domu. Odprowadziłam ją pod blok, na drugi koniec miasta. Szkoda. Bo dziś wylatuje do Polski na prawie miesiąc.
Zaściankowy ojciec pozwala jej przyjeżdżać tylko zimą, bo latem wstydzi się córki z chustą na głowie...

wtorek, 24 stycznia 2012

Gioco...

"Gioco" to po włosku zabawa.
Wtorki i środy są kryzysowe.
Mąż wraca ni mniej ni więcej na kolację...
Odpowiedni rozkład sił.
Głęboki oddech.
Drzemka. Kawa. Spacer. Nic na siłę.
Nie będzie krzyku.
Bo i nie ma o co.
Wtorki i środy zwykle kończą się odwiedzinami koleżaneczek.
Albo u nas, albo u nich.
Belgijka ma pełne ręce roboty, więc biorę M. do siebie.
Dziewczyny się bawią.
Skaczą i szaleją do muzyki z dzwonnika z notre dame.
Nie interweniuję. Czuwam.
Za ścianą.
Szykuję kolację, bo dziś mój dzień.
O 21.00 próba chóru.
Spontaniczna zabawa zza ściany co jakiś czas wywołuje u mnie spontaniczny grymas na twarzy, nazwijmy go uśmiechem...
I tak oto przychodzi mi do głowy tekst przeczytany gdzieś w jakimś centrum zabaw, autorstwa Bruno Tognolini:

Fammi giocare solo per gioco
senza nient’altro, solo per poco,
senza capire, senza imparare,
senza bisogno di socializzare,
solo un bambino con altri bambini,
senza gli adulti sempre vicini;
senza progetto, senza giudizio,
con una fine ma senza l’inizio,
con una coda ma senza la testa,
solo per finta, solo per festa,
solo per fiamma che brucia per fuoco.
Fammi giocare solo per gioco.


Moja absolutnie luźna taka sobie wersja:

Pozwól mi na zabawę dla samej zabawy
bez zbędnych rzeczy, na krótko,
bez pojmowania, bez uczenia,
bez konieczności uspołecznienia,
samo dziecko z innymi dziećmi,
bez dorosłych będących zawsze w pobliżu,
bez planu, bez oceniania,
bez końca, ale i bez początku
bez ogona, ale też bez głowy,
tak na niby, dla zabawy,
dla płomienia, co płonie dla ognia.
Pozwól na zabawę dla samej zabawy.

Nowa cerata


takie nic, a tyle radości

Martwa pora

Między 12.00 a 15.00 panuje w domu martwa pora.
Mała śpi,a ja albo mogę odespać nocne przygotowywanie "meka", albo popracować, jeśli coś mi podesłano do tłumaczenia, albo po prostu poczytać...
Czasem udaje się i jedno i drugie. Szczególnie ostatnio.
Młodsza wydłużyła nieco drzemkę.
Nie wiem, czy to za sprawą montowania się w łóżku Starszej pod ciepłą ponykową kołderkę, czy po prostu kolejna zmiana przyzwyczajeń.
Dla równowagi zmieniła również sposób wieczornego zasypiania.
Do tej pory na hasło "śpimy" wskakiwały obydwie do swoich łóżek.
Po kilkunastu minutach usypiały.
Od tygodnia Młodsza zanoszona jest na rękach w wersji drąco-płaczącej.
Często zmienia jednak zdanie i po omacku szuka drzwi, a następnie krąży po domu.
Mnie po 22.00 wyłączają usługę "cierpliwość"...

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Bez tytułu

Biegam myślami po kuchniach shabby, artykułach o acta, blogach 2011 roku.
Nasłuchuję czujnie, czy Młodsza jeszcze sapie.
W brzuchu kotłuje się zupa z soczewicy z kawałkami kiełbasek z ziarnami kopru włoskiego.
Weekend było bardzo pozytywny. Zwyczajny. Dospany. Nie za głośny.
Dziewczyny spisały się na medal podczas niedzielnego out-obiadu.
Kilka miesięcy domowej pracy u podstaw dało efekty.
Za rogiem widać wiosnę.
Narazie jest jeszcze bardzo nieśmiała.
Wstaje późno i szybko chodzi spać...

sobota, 21 stycznia 2012

Pobudzone zwoje myślowe

Robię faworki.
Na dzisiejszą kolację u P. zaniesiemy ulubione wino i polskie "chiacchiere".
Ugniatam ciasto i odpływam myślami do odległych już czasów aktywności mentalno-werbalnej.
Mam niecałe dwadzieścia lat. Ówczesna miłość-mojego-życia namawia mnie do opublikowania moich wypociń w jakimś bardzo na czasie magazynie dla młodzieży. Potem nagrywam kilka moich piosenek w lokalnym radio. Jest nawet okołopółnocna audycja. Kaseta krąży po liceum. Jest moment osobistego triumfu.
Na fali tego triumfu proponują mi przeprowadzenie wywiadu ze znanym polskim kompozytorem.
Przygotowuję się bardzo dokładnie. Po kilku miesiącach znam wszystkie kompozycję, te i Tamte.
Dzień jest bardzo szary, brzydki, zimowy.
Jego willa jest obrośnięta chabeziami, zaniedbana.
W środku muzeum.
Rozmawiamy.
W zasadzie plotkujemy.
Opowiada dużo, nie zawsze dobrze, o kolegach z branży. Padają znane nazwiska.
Początkowy stres mija, ale nagle zamiast pytać tylko o Te kompozycje, zaczynam krążyć wokół tych bardziej znanych. I tu współpraca się urywa.
Pełen oburzenia nazywa mnie dzieckiem pokolenia myszki miki.
Krytykuje. Łzy kręcą mi się w oczach. Tyle osób czekało na ten wywiad.
A on, że mogę sobie dalej nagrywać, ale on i tak nie zgodzi się na publikację.
Lato spędzam na odsłuchiwaniu trzygodzinnej przygody.
Zapisany cały zeszyt.
Nie zgadza się nawet na kilka linijek.
Dzień po tej informacji w teleexpresie pokazują go odbierającego dumnie nagrodę za te właśnie kompozycje.
Te, którymi podczas rozmowy tak strasznie wzgardził.
Tamtego dnia zrozumiałam na dobre, że to co na ekranie nigdy nie jest tym samym co w zachabezionych willach celebrytów.
Idę smażyć faworki...

piątek, 20 stycznia 2012

W zasadzie czemu ja się dziwię

Ostatnio przypomniała mi się taka historia.
Podstawówka. A jak podstawówka to i podstawówkowa przyjaciółka.
Wyższa i mądrzejsza.
Prawie jak starsza siostra.
Dziesiątki odprowadzań po szkole, tam i z powrotem, ja ciebie to teraz ty mnie, do rzeczki, do mostku, no weź, jeszcze tylko do sklepu...
I tak codziennie.
Wspólne ulubione kolory, muzyka, gadżety.
Rozmowy przede wszystkim o niespełnionej miłości.
O planach. O tym co będzie, jak będzie i gdzie...
Potem liceum.
Trach.
Kontakt się urywa.
Nie ma maili, nie ma komórek.
Jest co najwyżej stacjonarny.
Ale po co, skoro w liceum obydwie zachłystujemy się nowym towarzystwem.
Spotykamy się po latach, przypadkiem w autobusie.
Streszczamy sobie nasze nowe życia.
Wymieniamy się mailami.
Potem regularnie dostaję pocztówki.
Na święta, urodziny, często w wakacje.
Miło.
Mija znowu kilka lat.
Pewnego dnia otwieram skrzynkę internetową i czytam, że teraz to ona mi to może wreszcie napisać, że całe życie żyła w moim cieniu, że czuła się zawsze gorsza, niespełniona, ale teraz już się spełniła i może mi to wszystko ot tak nawrzucać.
Z grubsza mówiąc mail pełen nienawiści i zawiści.
Nie pamiętam co odpisałam.
Maila wyrzuciłam.
A teraz, gdy samo życie zrobiło mi taką wyrwę w moich wieloletnich, pielęgnowanych znajomościach myślę sobie o tym ile z nich chętnie wysmarowałoby mi taką notkę...
Przykre...

Cmentarz

Wczoraj mieliśmy powtórne odwiedziny pani z agencji i jej klientów.
Śmieszne, bo dokładnie rok temu to my oglądalismy to mieszkanie.
To my zachwycaliśmy się ogromnym salonem i dwiema ogromnymi kanapami.
I tak jak nowi klienci wyobrażaliśmy sobie przemiłe kolacje przy ogromnym niskim stole.
Wstyd mi było tylko za moje zaniedbane cmentarzysko na balkonie.
Przy następnym przypływie dobrej energii wezmę się i za to.
Obumarłe zamienię na nowe i kolorowe...
Taaa....

Bawełna 100%

Nie będę owijać w bawełnę, ani nawet akryl, ani inny tam poliester.
Chyba nie jest ze mną tak do końca najlepiej w tym ostatnim zimowo-mroźnym okresie.
Nie pomógł wyczyszczony wczoraj słoik nutelli, nie pomaga chowanie się pod pierzynę wraz z południową drzemką Młodszej. Apatia...

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wryta w krzesło

Siedzę tu taka wryta w to krzesło.
Chciałoby się wiele.
Chciałoby się organizować, wzruszać, tworzyć.
A tu jutro znowu 13 godzin bez męża do zagospodarowania, sam na sam, z dziećmi.
Dzieci kocham nad życie.
Jestem przeszczęśliwa.
Rodzina, szczęśliwa rodzina to był jeden z moich projektów życiowych.
Dostałam pozwolenie na budowę i na użytkowanie.
Czego chcieć więcej...
Ale będzie dobrze.
Już jutro ma być słońce.
Promyk albo dwa.
Będzie spacer wzdłuż rzeki.
Będzie świeża rukola w sałatce.
Może zadzwoni A, polubiła długie przechadzki ze mną.
Kondycyjnie pada po pierwszej godzinie, ale skoro dzwoni już któryś raz z kolei, znaczy, że polubiła. Miła. Pochodzi z Neapolu.
Lubię to dawkowanie informacji o kimś.
Znam i nie znam osoby. Co spacer to nowe informacje.
Taka książka.
Lubię czytać takie właśnie życiowe książki.
Do tych papierowych nigdy nie miałam cierpliwości.
W podróży zawsze czytanie kończyło się aviomarinem.
Nie, przepraszam, pamiętam...
Czytanie na wsi. W polu. Koc i mocne słońce.
Za mocne.
Teraz czytam dużo w internecie.
Przyznaję.
Wycofałam się na dobre z fb.
I mam teraz więcej czasu na treść, a nie tylko formę.
Straciłam masę kontaktów, bo po resecie okazało się, że w skrzynce mam niewiele adresów.
Nic to.
Kto szuka, ten znajdzie.
Jestem w absolutnie oficjalnej i pełnej wersji na skajpie.
---
Myślę o dziewczynach.
O tym, co mają w głowie.
O tym, że płynnie przechodzą z języka polskiego na język włoski.
Dbam o to.
Starsza pięknie mówi po polsku.
Basta.
Idę przygotowywać kąpiel...

Styczeń okazji

Niesamowita okazja.
Sukienka dla pięcioletniej dziewczynki tylko za 110 pln.
Proszę? Że co przepraszam?
...

Styczniowe kredki

Starsza odstawiona do instytucji.
Młodsza w ogromnym szoku organizacyjnym, bo cóż można robić w szary bury dzień bez starszej siostry. A ja?
Ja porządkuję zakamarki.
Strugam kredki.
Dojadam wczorajsze ragu'.
I myślę.
Myślę o tym, że pamiętam dokładnie styczeń 2011.
Pamiętam, bo Starsza po raz pierwszy w życiu została zaparkowana u teściów na południu Włoch ze względów czysto logistycznych, Młodsza uczyła się siadać, pies rodziców zasrywał sukcesywnie ich małą działkę, którą miałam się opiekować, a oni szczęśliwi i zrelaksowani pływali na promie costa bodajże smeralda. Wrócili rozpromienieni, bo oto odkryli nowy sposób na podróżowanie. Bezpieczny, komfortowy, zorganizowany, pic błuin...

niedziela, 15 stycznia 2012

Słoma i siano


Rzeźkie, żeby nie powiedzieć mroźne, niedzielne powietrze.
Rower, koszyk wiklinowy, pędzę przez miasto.
Zachciało nam się dziś właśnie "tagliatelle paglia e fieno" czyli na żółto-zielono, jak słoma i siano. Ragu' mężowej roboty. Czerwone negroamaro.
Starsza od kilku dni kompletnie wsiąknęła w ścieżkę dźwiękową dzwonnika z notre dame, muzyka bardzo teatralna, idealna na jej pokojowe skoki i tańce...
Kocham niedzielne rallentando...

Concordia

Dziewczyny usnęły.
Dziś pobiły wszelki rekord. 24.00.
Oglądam relacje ze statku Concordia.
Jest taki moment. Dwójka rodziców trzyma na rękach śpiące, spore już dzieci.
Ludzie w panice pchają się do wyjścia.
Patrzę na nich i łzy dosłownie tryskają mi z oczu.
--
Dobrze, że mam je tutaj, przy sobie, kaszląco-sapiące.
Proszące o łyka wody o drugiej w nocy i butelkę mleka o czwartej nad ranem...

piątek, 13 stycznia 2012

Nic się nie dzieje, naprawdę...


Młodsza śpi. Wymęczyłam u niej drzemkę.
Po godzinie usypiania usłyszałam kojące moje uszy równomierne sapanie.
Starsza wycina coś i chodzi z taśmą klejącą i tymi cosiami obkleja wszystkie meble.
Twierdzi, że to dla przyjaciół, jak nas odwiedzą. Nech klei. Niech wycina.
Jest taka kochana. Stara się być cicho.
Na kanapie w salonie podchrapuje mąż.
Sąsiedzi obok jak zwykle robią swoje włoskie casino, bez jakiegokolwiek respektu dla pory siesty.
Inna rzecz, że te ściany naprawdę mają uszy.
Tylko ja czuję się jakoś nie fer.
Ostatnie wieczory minęły pod znakiem mięsa.
Mięsa rzucanego we wszystkich możliwych kierunkach i we wszystkich możliwych dla mnie kombinacjach językowych. Mam do siebie ogromne pretensje o to, że wystarczy kilka dni w zamknięciu, i puszczają mi nerwy. Mam do siebie żal, że starcie kurzy, umycie łazienki i garów, zrobienie kolacji na czas i odczytanie maili stało się ważniejsze od przykucnięcia w pokoju z dziewczynami i chwilowego nic-nie-robienia. Stwierdzam, że nie umiem się bawić z własnymi dziećmi. Nie umiem. Nie potrafię...

środa, 11 stycznia 2012

Zaczęło się...

Mierzę, wymierzam, przemierzam.
Oglądam, przeglądam, zapisuję, notuję, myślę.
Co to będzie? Co to będzie?
Mam juz wstępną wizję.
Jest też sklep - punkt odniesienia.
Zawstydzają mnie tylko wspaniałe blogi wnętrzarskie i nie wiem, czy nie wyjdzie mi z tego wszystkiego jedna wielka kupa...

wtorek, 10 stycznia 2012

Wezwanie

dziś przyszedł list od miasta.
Wzywają moją Młodszą do przedszkola!
Bo urodzona przed kwietniem 2010.
To już? Tak szybko mija to niemowlęctwo?

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Mój kurs języka włoskiego

Tak sobie dziś pomyślałam, że ponieważ dość często mam ochotę na wplątywanie włoskich wyrażeń do moich blogowych wpisów, stworzę sobie na tę okazję oddzielny blog.
Taki praktyczny blog z niektórymi mniej lub bardziej potrzebnymi wyrażeniami.
A co mi tam.
A może jeszcze ktoś na tym skorzysta...
---
Przypomniało mi się dzisiaj, że był taki okres w moim życiu, gdy na pytanie koleżanki Włoszki "che fai? (co robisz?) odpowiadałam często: fancazzismo totale!
Nie, nie musi być wcale takie totale. Może być minimo.
Ale trochę fancazzismo poproszę!

Wieża z kart

Młodsza śpi snem głębokim i spokojnym.
Od prawie dwóch lat usnęła beze mnie tylko 2, słownie dwa razy.
Etap usypiania przy jednoczesnym masowaniu mojego przedramienia bezpowrotnie chyba minął.
Za to zaczął się nowy, zdecydowanie bardziej skomplikowany dla mnie, a mianowicie, żeby usnąć trzeba obydwie rączki wsunąć do maminego rękawa, lewą do lewego, prawą do prawego, na szczęście.
Zatem usypiam ją w szlafroku, bo halka rękawa nie ma.
Do tego, gdy chcę już się ewakuować, ostatnio nasuwa mi się takie skojarzenie, że muszę robić to co najmniej tak samo sprawnie, jak sprawnie należy wysunąć dolną kartę, żeby misternie układana konstrukcja nagle w ciągu jednej sekundy nie runęła.

niedziela, 8 stycznia 2012

Klik i pstryk

Szara niedziela.
Inkubacja trwa nadal.
Inkubujemy się dziś wszyscy, bo ta szarość za oknem wbiła mnie w kanapę.
Pomykam sobie jak polny konik po blogach wnętrzarskich.
I gdy oczy wpatrzone są w stały punkt, przez głowę przetacza się mnóstwo przemyśleń.
Ale to wszystko dziwne.
Do niedawna, pomieszkując z rodzicami, szczególnie pod sam koniec naszego pobytu w Polsce, nazywana byłam przez mojego tatę "internetowa mama".
To była oczywiście nagana.
Bo jak to, budzisz się rano, zaparzasz kawę i już pstryk.
Potem co chwilę klik.
Komputer włączony cały prawie dzień.
A no tak.
Tu terminy zapłaty zus, tu podatki, tu vat, tu wypłaty, tu wyniki przesłać księgowej, tu odpowiedzieć na 30 maili, tu dzwoni kontrahent na skypie, tu nowy content na strone www, tu zdjęcia nowe na stronę z ostatniego eventu, tu przeliczyć to, napisać tamto.
Komputer był, owszem, ale z doskoku.
Cały czas włączony, na jadalnianym stole, bo w ostatnim okresie prowadziłam firmę niemalże z domu. Czasem tylko, późnym wieczorem, i to nawet nie codziennie, zerkałam na jakieś wiadomości.
We wrześniu tego roku dopiero, ja internetowa mama rzekomo, odkryłam blogowanie.
Znaczy się blog prowadziłam, dla włoskich dziadków wklejałam zdjęcia dzieci. Nieregularnie, z wielkimi opóźnieniami. Ale nie był to blog otwarty, taki album.
Blogowanie jako takie, regularne, z obserwowaniem, komentowaniem, czytaniem z zapałem innych życiowych prawdziwych historii spadło na mnie przypadkiem, znienacka, niechcący.
I teraz siedzę sobie i myślę jaka ja byłam zaściankowa, tyle mi umknęło, tyle pięknych inspiracji, kulinarnych, wnętrzarskich i około-życiowych.
Siedzę i myślę sobie, że wpadłam jak śliwka w kompot.
Ja, pozornie internetowa-mama, generalnie sceptycznie nastawiona do internetowych znajomości.
A tu wchodzę przez internet do czyjegoś domu, piję herbatę, płyną mi prawdziwe internetowe łzy, albo pieję z zachwytu z prawdziwym internetowych uśmiechem na twarzy.
I chyba próżnie zapytam, czy ktoś mnie też internetowo polubił?

sobota, 7 stycznia 2012

Bez ceregieli

Pierwsza taka naprawdę odczuwalna nasza rocznica.
Rok temu on był tu, ja tam.
Dwa lata temu leżałam z brzuchem jak foka na lodowej krze.
Trzy lata temu nie pamiętam.
Cztery i pięć lat temu też nie.
Nie czujemy sie wszyscy zbyt dobrze.
Nie było więc żadnej wymyślnej kolacji, bo moje dzisiejsze zakupy były bardzo pragmatyczne czyt. tak zrobić zakupy, żeby na wypadek rozwinicięcia się choroby (narazie jeszcze nie ustaliliśmy co komu jest, ale, że coś wisi w powietrzu to oczywiste) móc wyżywić rozsądnie i zdrowo całą czteroosobową rodzinę przynajmniej do piątku.
A że Młodsza ma kryzys żywieniowy i co i rusz woła "meko" i w zasadzie na tym "meku" jedzie już grubo od tygodnia, capnęłam smakowicie wyglądające kiełbaski, a nuż się skusi.
Potem wino Nero d'Avola i obowiązkowo ser Winzer Delice, a na deser moje ukochane creme caramel. Tyle w temacie kolacji.
Po kolacji, z kieliszkami wypełnionymi winem przenieśliśmy się przed ekran, żeby po raz pierwszy chyba obejrzeć film ze ślubu.
Szczerze nie chcieliśmy filmu, miały być tylko zdjęcia, i to tylko do momentu zaślubin.
Ktoś tupnął mocno i powiedział, że film ma być. I powstał.
Nakręcony przez absolwenta wydziału radia i telewizji wyszedł oszałamiająco.
Pamiętam, że gdy pierwszy raz zobaczyłam niektóre kawałki, zrozumiałam dlaczego ludzie ciągną do hollywood. To takie próżne patrzeć na siebie upięknioną, w odpowiednim świetle, ujęciu, spowolnieniu, z muzyką w tle.
Starsza oniemiała. Gdy zobaczyła moją suknię i welon, uwierzyła, że księżniczki z bajek istnieją. A mnie w głowie zaszumiało.
Wielu osób już nie ma. Wielu związków już nie ma.
Liczba wypadniętych włosów męża równoważy się z liczbą moich nabytych kilogramów.
Przez głowę przemknął mi mały bilans.
W zasadzie niewiele rzeczy udalo nam się w te 6 lat zrobić.
Wiele się po prostu nie udało.
Bo brakło odwagi.
Bo cisnęli rodzice, a pępowina była jeszcze nie do końca odcięta, tudzież labirynt zależność był tak skomplikowany, że nie można było postawić do końca na swoim.
W zasadzie jedyne, co nam wyszło naprawdę to dzieci...

piątek, 6 stycznia 2012

Blond-mądrość

Sama jestem blondynką.
Często plotę bzdury.
Krąży też wiele anegdot z moim udziałem.
Ale to, czego dzisiaj byłam świadkiem, zdziwiło nawet moją Starszą.
---
Pod domem mamy taki magiczny kiosk z czterema automatami z produktami eko.
Wrzucasz ełrasa i wyskakuje mleko, albo cebulka, ziemniaki lub jajca.
Wszystko eko-miko-bio.

Podchodzi do mnie blond-mądrość i pyta jak to się robi. Stoimi przed automatem z jajkami.
Wrzuca się monetę, mówię, i wybiera odpowiedni numer, a potem wyciąga dany produkt.
Jajka za 1 euro.
Ok.
Zrozumiała.
Przechodzi dalej.
Pyta o automat z ziemniakami.
Wrzuca się monetę, mówię, i wybiera odpowiedni numer, a potem wyciąga dany produkt.
Ziemniaki za 1,50 euro.
Myśli...
Nagle pyta patrząc na automat z ziemniakami:
To jak wrzucę 2,5 euro to wyskoczą mi i jajka i ziemniaki?

Banalnie


tyle w temacie, po prostu moje kochane stópki

7.01.06 czy 6.01.07?

Nigdy nie pamiętam naszej daty ślubu... Szczególnie zdziwiony był pan podczas tegorocznego włoskiego spisu powszechnego.
A tu nagle okazuje się, że jutro kolejna rocznica!
Zacznie się nasz 7 małżeński rok...

Krochmalę to wszystko

Uwięzieni w domu.
Starszej wyskoczyło kilka dziwnie zapowiadających się kropek na brzuchu.
Czyżby ospa?
Przezornie Epifania minęła nam w domu.
Dużo myślałam dziś o moim dzieciństwie...
I dla uczczenia tych wspomnień właśnie domowym sposobem krochmalę pranie ...

Rodzice też ludzie

Zastanawiam się dziś, w tym wyjątkowym dla nas dniu, kiedy zaczyna się postrzegać własnych rodziców jak normalnych ludzi... Czy potrzebne są właśnie takie życiowo-trudne sytuacje?
Dla naszej rodziny to prawdziwa próba.
Dla moich córek to będzie prawdopodobnie zwykła, szara rzeczywistość.
Oby ...

czwartek, 5 stycznia 2012

Do Grande Fratello

Kochany, trzymam za ciebie jutro kciuki.
O 11.30, za oceanem, staniecie się rodziną.
I pomimo tego, że nas nie będzie, ani mnie, ani rodziców, jesteśmy z Tobą...
Będzie dobrze. Musi być dobrze.
Kocham Cię.
Wiesz o tym doskonale.
Patrzę na moje dziewczynki i widzę nasze dzieciństwo.
Będzie dobrze.
Trzymaj się.
Mam tylko nadzieje, że On na Ciebie zasługuje...

Cud-miód

Gardło wydaje się być już zdrowe.
To niesamowite, jeden tylko dzień porządnej dawki wszystkiego, co jest w miarę naturalne i ma witaminę C i po nieprzyjemnym pieczeniu nie ma śladu.
Przezornie robię sobie rozgrzewającą dawkę miodowej mikstury.
Dla uporządkowania porannych myśli zapodaję mozartową-playlistę, leci Horowitz, Gulda...
Dziewczyny dalej mają małe fuso orario i dosypiają gdzie popadnie po znikomej dawce śniadania.
Wystraszone słońce zaprasza na poobiedni spacer.
Może się skusimy...

środa, 4 stycznia 2012

Małe wielkie rzeczy

Gardło. Boli gardło. Piecze w zasadzie.
Może nic z tego się nie rozwinie.
Za poradą przyjaciółki śpiewaczki oprócz tabletek robię siemie lniane, mielone.
Wczoraj coś mnie pokusiło, żeby na wieczorną próbę chóru pojechać rowerem.
Tak. Byłam na próbie.
Po grudniowej rozmowie z dyrygentką zostałam zaproszona na próbę generalną do sobotniego koncertu.
W dłoni nuty, obok piękny czarny Steinway, mili ludzie, chętni do rozmowy, to lubię...
24 stycznia zaczynamy nowy program, kantata Telemanna.
Będę grać basso continuo - nazwijmy to po prostu "akompaniowaniem".
Czyli jednym słowem mam swój mały, wtorkowo-wieczorny comeback do zakurzonego świata muzyki.
Ale niech sobie i będzie zakurzony, późno-wieczorny i raz-tygodniowy.
Ważne, że jest...
No i jeszcze jedno ważne ... Gdy wróciłam, grubo po 23.00 dziewczyny spały w swoim pokoju.
Dodam, że to wieczorno-kąpielowo-usypianiowy debiut mojego męża.
Sama nie wiem, która z wczorajszych prób była ważniejsza ...

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Obuchem w łeb

Dziewczyny moczą tyłki w wannie pod nadzorem taty.
Ja włączam Możdżera i piszę, ostatnich kilka minut przed etapem "zasypiamy razem", który ze względu na świąteczne rozregulowanie przedłużył się wczoraj do północy.
Wpisuję możdżer na youtube, biorę pierwsze z brzegu.
God bless you youtube.
Więc, od czego zacząć.
Obuchem w głowę dziś dwa razy dostałam, raz wirtualnie, raz realnie.
Rak.
Dotknął osobę, którą znam.
Męża mojej bardzo bliskiej przyjaciółki.
Za kilka dni poród.
A ostatnie trzy miesiące jak w matriksie.
Trzymam wszystkie możliwe kciuki.
Musi być jakoś. Niech nie będzie super, niech po prostu będzie.
Bo być musi, bo są dzieci, nie jedno, a dwoje, za chwilę.
Przemknął gdzieś w tle, w kamerze skype'a, kiwnął głową, uśmiechnął się do kamery,
ze łzami w oczach wydukałam, żeby się trzymał, że ma wsadzić cały ten 2011 do kosza i wyrzuć, że teraz nowe nadchodzi, nowe życie ich czeka, i dosłownie i w przenośni.
Człowiek wygląda głupio. Głupio patrzeć w takich sytuacjach na swoją kretyńską gębę w kamerze skajpowej.
Pytam, dopytuję, bez analizy sytuacji, czy takt, czy nietakt.
Na szczęście i nieszczęście to bliska mi osoba, więc wali prosto z mostu.
Opowiada, rozmowę telefoniczną, jak płakał po wizycie u lekarza, jak dziecko, jęczał do słuchawki. Że podobno komórek rakowych już nie ma.
Nie ma. Nie ma...

---
Drugie - wirtualnie.
Mogłabym powiedzieć za byłym-poetą "nie wiem, nie znam".
Ale powiem "nie znam, a jednak mnie dotknęło".
Trzymaj się Kochana. Apeluję.
Nie na Twoim blogu, bo tam już cała lista apeli.
Apeluję tu, w moim ogródku.
Modlę się.
W jakimś sensie Cię polubiłam.
Nie jesteś filmem czy serialem, jesteś prawdziwa, choć wirtualna dla mnie.
Twoje to życie prawdziwe, z prawdziwym synem i partnerem.
Prawdziwym kotem i prawdziwym bólem i strachem.
Brak słów, brak liter na klawiaturze.
Można pomóc?
Można.
Trzeba.
Dziś będę o Tobie myśleć całą noc.
Nie tylko ja.
Dziesiątki, setki innych, którzy Cię spotkali na wirtualnym spacerze.
Będzie dobrze mała.
Trzymaj się.
Będzie dobrze.
Twoje succes story czeka na kolejne akapity...

Powoli do pionu

Dziewczyny kompletnie rozregulowane.
Tydzień na południu pozbawił je wszystkich wypracowanych przez nas nawyków.
Młodsza usnęła po północy.
Kurw z moich ust posypało się tej nocy conajmniej pięć, bo conajmniej pięć razy wstawałam do piciu, siusiu, smoczka, przytulania i przykrywania.
Jedenasta godzina upływa przy dosypiających dzieciach i stygnącej pobudzającej kawie.
Sprawdziłam pogodę - ma padać.
Psychicznie nastawiam program na domowe przedszkole w wersii full-immersion, bo w tym kraju do szkół i przedszkoli wraca się po Święcie Trzech Króli...

Podróż-widokówka

Wczorajszy powrót do domu był jak oglądanie filmu z serii national geografic.
Piękne słońce i porażająca widoczność.
Zaraz po opuszczeniu Gargano stanęła przed nami niespodziewanie ośnieżona ściana masywu Gran Sasso.
A po naszej prawej stronie na błękitnej adriatyckiej tafli po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat, jak na dłoni, podano nam wszystkie trzy Isole Tremiti.
Piękna ta autostrada trzeba przyznać.
Szczególnie w wersji południe-północ, bo wtedy bliżej do morza...
I w pewnym momecie uświadomiłam sobie, że owszem urlop się kończy i my wracamy do domu, ale tym razem nasz dom to nie obskurne przejście graniczne w Chałupkach i szare deprymujące śląskie wsie.
I pomimo naprawdę szczerego umiłowania ojczyzny cieszę się, że nasz aktualny dom to Włochy...