środa, 29 lutego 2012

Wcale się nie dziwię

Wcale się nie dziwię, że chciałeś tu wrócić.
Wcale. Ani trochę.
Co z tego, że z ekranu uśmiecha się zawadjacko Paolo.
A w stylowym piśmie uroczo czaruje Tessa.
I że w co drugiej pizzerii prawie pizza z pieca opalanego drewnem.
Że nie wspomnę o obecnej już nawet w osiedlowym sklepie szynce crudo, karczochach, sałacie radicchio czy orzeszkach piniowych.
Mamy wszystko. Prawie...

Tempo moderato

Życie nabrało tempa.
Aż nie chcę zapeszać.
Powoli wychodzę z zimowego letargu.
Nie znaczy to, że krzyczę mniej.
Jest jednak we mnie o wiele więcej energii.
I już nie odpycha mnie na widok brudnej podłogi w łazience.
Radośne zginam się w pałąk i fru.
Przy okazji zahaczam ze szmatą o salon, sypialnię, pokój dziewczynek, a nawet kuchnię.
Z uśmiechem.
Kalendarz naścienny wypełnił się kolorowymi wpisami, na które czekam z motylkami w brzuchu.
Warzywa strączkowe i zielenina czekają na kolejne kulinarne moje eksperymenty...
W piątek 20 stopni!

wtorek, 28 lutego 2012

Podniebnie

Wiosna. Świeżo. Cieplej. Dynamicznie.
Jeszcze tydzień temu tonęliśmy w śnieżnych zaspach...

Ażurowo

Beztytulnie

Ze zdrowiem jest jak z zusem.
Nie wystawia rachunku od razu.
Zawiadomienie o wszczęciu postępowania często przychodzi po latach.
Wtedy przeważnie przegrywamy.
Zusowi frycowe za popełnione w młodości błędy zapłaciłam.
Ze zdrowiem igrać nie będę, nie mam zamiaru, przynajmniej świadomie dokładać się do rosnącego wobec życia długu...

---

W sobotę telepatycznie pożegnałam wujka.
Odszedł zdecydowanie za wcześnie.
Klasyka. Tu tusza, tam papieroski, gdzieniegdzie alkohol.
Ciśnienie, wylew, krwiak.
Nie ma faceta.
Nie ma młodego człowieka.
Ojca dwójki wchodzących w dorosłe życie dzieci...

poniedziałek, 27 lutego 2012

Stało się...

Wiem, wiem. Niestaranne i mało żurnalowe.
Ale mamy! Wreszcie! Udało się!
Nasze pierwsze domowe sushi! Zbiegałam dziś za składnikami całe miasto.
Efekt powalił mnie na kolana.
Wynagrodził wszystkie dzisiejsze wylane poty i wykrzyczane brednie.
A Tobie moja droga za inspirację dziękuję i kłaniam się po pas!

Zbieranie informacji

Wchodzę na wyższy stopień zaawansowania w kuchni.
Mąż chce w trakcie postu całkowicie odstawić mięcho.
Ja się cicho przyłączam, cicho, bez trąbienia, bo nie wiem, czy nie wymięknę przy udkach, skrzydełkach i innych pulpecikach przygotowywanych dla dziewczyn.
Poza tym bardzo, ale to bardzo chciałabym nauczyć się robić w domu sushi.
I tak oto w weekend zamejlowałam do jednej z włoskich absolutnie tutejszych z dziada pradziada mam, że może wie co, gdzie i jak, świeże, dobrej jakości i w ogóle.
W pierwszym mailu, że nie wie, bo u niej w domu to co najwyżej podaje solę.
W drugim, obszernym i pełnym praktycznych informacji napisała, że ona co prawda nie wie, ale skontaktowała się z kilkoma znajomymi na fb...
Taa...

niedziela, 26 lutego 2012

Niczego więcej

Błogo mi. Niczego więcej nie chcę.
Niedzielny żółwi poranek.
Niezobowiązujące pranie, które nie prosi od razu o powieszenie.
W kuchni panuje mąż, specjalista od makaranu, bez dwóch zdań.
Pytam dlaczego?
Odpowiada zwięźle, bez zbędnych egzaltacji, że on, jak gotuje to gotuje i basta, a ja robię coś innego i przy okazji biorę się za gotowanie.
Racja...
Makaron nie lubi, gdy w tym samym czasie przecieramy łazienkę lub segregujemy pranie...

sobota, 25 lutego 2012

Chwila dla duszy

Ułamek dzisiejszego popołudnia spędzony sam na sam z Vivaldim i Telemannem...

Niebo


Niebo. Piękne, spokojne i przeniebieskie. Takie jest moje dzisiejsze włoskie niebo, pod którym toczy się moje życie...
---
Jeden tylko tydzień, ale tydzień istotny, w pewnych kwestiach poczyniliśmy niemalże milowe kroki.
Znaczy się, rzecz to względna, ale po ostatnim wysiadywaniu jaj w domu przez 6 tygodni, ten tydzień minął co najmniej tak szybko jak "fashion week" w Mediolanie.
Umowa podpisana.
1 marca dostajemy klucze.
Mieszkanie przed czwartkiem zostanie wysprzątane na koszt firmy. Nie powiem, miło to było usłyszeć. Bo o ile nie będzie to stan, jak mawia mój tata, piko-belo (teraz tak myślę, że to pewnie od piccolo i bello:), to świadomość, że ktoś jednak machnie ścierą po polerowaniu parkietu przed nami jest pocieszająca, łagodząca ogólną panikę, jaka zapanowała w mojej głowie.
To już.
Już tuż tuż.
Wchodzimy. Wybieramy meble. Zamawiamy. Zasłony. Poduchy. Pokój dzieczyn. Mansarda.
Rośliny na balkonie. Dwóch balkonach! Wbijanie gwoździ na zdjęcia, gdzie chcę i jak chcę.
Na skutek tego nagłego zwrotu akcji (nie liczyliśmy na klucze tak wcześnie, wstępnie miały być 1 kwietnia) przeprosilismy się z feralnym sklepem. Tym razem sie udało. W torbie miałam zapas zabawek, kredek, ciastek.

I tak o to jest już chyba końcowa koncepcja...
Zobaczymy. Tych końcowych było już wiele...

Domowych inspiracji miejskie poszukiwania

Już nie wiosna, a lato wyjrzało zza rogu.
Na ulicach widać jeszcze odzieżowe niezdecydowanie, ale w powietrzu zdecydowanie zagościły letnie aromaty...

środa, 22 lutego 2012

No to pościmy


Bez popołudniowych ciastek, bo te poranne przy kawie to jak Bolek i Lolek, nie da się tak jedno bez drugiego. No więc bez tych popołudniowych, no i bez chleba. Całkowicie.
Dam radę. A jakże...

Obiadem zaskoczyłam sama siebie. Trzy sałatki.
Moje numero uno, które mogłabym jeść codziennie przez 12 miesięcy w roku czyli grillowane bakłażany polane olejem extravergine, posypane natką pietruszki, z kawałkami czosnku.
Gotowane brokuły z pestkami dyni, orzechami włoskimi i peperoncino, to ostatnie na trawienie.
I na zapchanie typisz-połlisz twarożek, rzodkiewka, szczypiorek, czosnek...

Potem popołudniowa komputerowa kawka.

W brzuchu zaczyna burczeć i ssać. Dam radę.
Tylko zakupy w centrum, powrót, kolacja i spać. Dam radę.

-----------

Wpadamy wszystkie trzy do domu.
Dziewczyny w kuchni jak zwykle robią raban.
Dopierają się do ciepłej bagietki.
Kroję małe pajdki, smaruję ślicznym białym masłem.
Niosę do pokoju.
Wracam do kuchni.
I pękam.
Rzucam sie na bagietkę.
Najpierw wersja z samym masłem.
Jest ok. Już mi lepiej. To przecież wspomnienie dzieciństwa. Wolno mi.
Potem z masłem i dżemem truskawkowym. Wolno, bo to uruchamia wspomnienia wycieczek i śniadań kontynentalnych.
Zaczynam się sama wstydzić przed sobą.
Ale nie potrafię się opanować.
To takie pyszne i uruchamia wspomnienia z pierwszych włoskich wakacji i pracy we włoskim barze.
Na stół wjeżdża przygotowana w ekspresowym tempie pasta z tyńczyka, majonezu i kaparów.

----
Koniec pierwszego dnia mojego postu.

wtorek, 21 lutego 2012

Z perspektywy krasnoludka

Posiadanie dzieci sprawia, że chwilowo wracamy do świata skrzatów, pluszu, szmatek, włóczek i oczu z guzików. Jednocześnie uświadamiamy sobie, jak wiele z małego dziecka drzemie jeszcze cały czas w nas samych...

Inauguracja

Dziś nastąpiła inauguracja okresu spacerowego.
Młodsza odsypia właśnie przedreptane dwa kilometry.
Ja włączyłam funkcję "wiosennego odrodzenia".
Wypuszczę się dziś popołudniem gdzieś na miasto z moimi dziewczynami, w końcu tłusty wtorek trzeba jakoś wyróżnić od innych szarych, długich wynudzonych wtorków...

poniedziałek, 20 lutego 2012

Teściowa

Dobrze mieć teściową, z którą, pomimo odległości, można ot tak po prostu porozmawiać mądrze przez telefon. Dziś ta rozmowa była mi potrzebna. I muszę przyznać, że jest ona jedną z tych rzeczy, które bardzo mi się udały w moim małżeństwie...

Waż słowa swoje

Starsza, wczoraj wieczorem, po powrocie z feralnego sklepu:
- Mamusiu, pamiętasz jak ostatnio mówiłaś, że chcesz być bez dzieci? No, to teraz już wiesz, jak to jest być bez dzieci...

niedziela, 19 lutego 2012

Strach ma sucho w gardle

Zastanawiam się, czy owoce, czy warzywa.
Patrzę na jakość materiałów, kolory, szycie.
Na rękach Młodsza.
Mąż kontrolnie zerka na Starszą, buszującą między regałami wypełnionymi zabawkami.
Nagla Starsza znika.
Panika.
Multum ludzi.
Jescze większe multum dzieci.
Ja czuję jak zaczyna mi skakać ciśnienie.
Robi mi się słabo.
Puls rośnie z sekundy na sekundę.
Rozdzielamy się, on do tyłu, ja do przodu.
W kierunku toalet i baru.
Dzwonię, nie ma. Nie ma jej. Boże mój. Gdzie jest moje dziecko, moja córunia?
Lecę do personelu. Zgłaszam zaginięcie pięcioletniej dziewczynki w niebieskim golfie, dżinsach, o kasztanowych włosach.
Wszystko staje w miejscu.
A jeśli ktoś już ją gdzieś wyprowadził.
Pani uspakaja mnie, że właśnie blokują wyjścia, że już zawiadomili ochronę.
Czuję jak schnie mi w gardle.
Ostatni raz tak gardło wyschło mi podczas porodu.
Wszystko wiruje.
Jestem w takim stanie, że nie panuję kompletnie nad sobą.
Biegam, przysiadam na chwilę, Młodsza zsuwa mi się z rąk.
Nagle milknie, jaby rozumiała powagę sytuacji.
Dzwonię do męża.
Jest strasznie głośno, przerywa, nic nie słyszę.
Po paru sekundach dociera do mnie, że ma ją.
Została zatrzymana przez personel, który też już uruchomił odpowiednie procedury.
Wszystko trwało około 10-15 minut.
Świat mi się zatrzymał na kwadrans...

piątek, 17 lutego 2012

Się wtrącę...


Magazyn wnętrzarski.
Co kupuję? Oczywiście, że kupuję ten, w którym są piękne stylizacje, czasem absurdalne, czasem niepraktyczne, nieprzystające w ogóle do rzeczywistości, no bo kto w małym przedpokoju, pośród kilkunastu ubłoconych par butów stawia dzbanek z papierami ozdobnymi w tonacji współgrającej z kolorem ściany. Kupuję, bo to inspiracja, pobudzenie, przyjemność dla oczu, relaks...

W kuchni to samo. Czy tradycyjny kotlet schabowy ma się obrazić na chwilowo częściej fotografowaną minimalistyczną potrawę z kiełkami z bógwico polanym octem balsamicznym?
Albo zwykła przepyszna drożdzówka z serem lub makiem, czy ma usychać z zazdrości na widok beztłuszczowego ciasteczka, wykonanego z ekomąki, ekotłuszczu, upieczonego w ekopiecu przez ekokucharkę?

Mniej więcej tak samo postrzegam temat macierzyństwa.
Nie dziwi mnie wcale, że tak promuje się lukier, cukier puder, kogel mogel i inne dodatki.
Nie sprzeciwiam się radosnej, wypoczętej twarzy świeżo upieczonej matki, pod palmą, w bikini, w objęciach ukochanego, z małym zawiniątkiem w ramionach.
Mało tego - to mi daje kopa, to mnie nakłania do przemyśleń, do zrzucenia zbędnych kilogramów, do zweryfikowania diety, szafy, opinii. Co w tym złego...?
Zwykłości i normalności mamy na placach zabaw, w centrach handlowych i na przystankach pod dostatkiem. A branie mają skrajności, piękne, zgrabne, pachnące i pracujące w 3 dni po porodzie, względnie historie bezzębne, siwiejące, grube, z cieknącym dachem i ósemką dzieci do wyżywienia za marną rentę. Liczą się surowe prawa rynku, oglądalność i wyniki sprzedawalności, a nie troska o równowagę psychiczną przeciętnej matki. Oczywiste, żeby nie powiedzieć banalne.
Chwilowo macierzyństwo to temat bardzo na czasie, co zresztą dość zrozumiałe w kontekście ostatnich wydarzeń, kotrowersyjnych wypowiedzi celebrytów oraz coraz częściej zachodzących i rodzących gwiazd małego i dużego ekranu.
Trzeba sobie to tylko wszystko potem przefiltrować przez własne, prywatne osobiste sitko, najlepiej z małymi oczkami...

czwartek, 16 lutego 2012

Spokój znaczy pustka

Młodsza jeszcze słodko dosypia.
Nadrabia nocne wyszeptane mi do ucha "mama meko".
Starsza dziś w wersji róż-błękit-róż pognała do szkoły.
Po trzech tygodniach wekowania w domu.
A ja...
A ja spokojnie wysyłam poranne maile, czytam poranną prasę, spokojnie...
I to jest dokładnie to, czego mi trzeba.
Zwykłej, naturalnej równowagi między robieniem a nie robieniem.

środa, 15 lutego 2012

I tak rośnie nam załoga

Się dopieszczamy kulinarnie

Gdybym...

A gdybym tak jednak miała już ten wymarzony domek na wsi z suszącymi się na płocie emaliowymi garnkami, kanką na mleko i zapachem maciejki wieczorem...
I gdybym tak miała znowu rozkręconą firmę i zajęcie od rana do wieczora...
I gdybym tak miała wreszcie szafę ze wszystkimi mast hevami i top tenami...
I odchowane samodzielne dzieci...
I zwiedzone najważniejsze stolice świata...
To co robiłabym przez następne pięćdziesiąt lat mojego życia...?

Rzeczy niewidoczne

Kilka miesięcy temu polubiłam bardzo mieszankę orzo-farro-riso, czyli jęczmień, orkisz i ryż.
Za każdym razem gotowałam na oko, bo na opakowaniu nie było żadnych wskazówek.
Bardzo mnie to dziwiło, bo opakowanie kolorowe, marka znana, żeby tak bez żadnej informacji, żeby tak sobie zawsze musieć język parzyć podczas sprawdzania, czy to już, czy jeszcze nie teraz...
Dziś wyciągnęłam po raz kolejny to samo opakowanie, w między czasie domyłam filiżankę po kawie i ... i z pewnej odległości zobaczyłam wielki jak kiwi, niebieski napis "in soli 12 minuti".

Czasem trzeba chyba stanąć trochę obok naszego własnego życia i poczytać to, czego nie dostrzegamy gołym płytkim zmęczonym znudzonym okiem...

niedziela, 12 lutego 2012

Stan pogodny

Cisza.
Śpią.
Pochrapują.
Moje nogi lekko w górze.
Poduszka wygodnie współpracuje z mięśniami pleców.
Stan chwilowego wytchnienia.
Jest mi dobrze.
Z kuchni dochodzi delikatny zapach smażonego masła.
Młodsza odzyskuje apetyt.
Starsza ma śliczne betakarotenowe rumieńce.
Zerkam znad laptopa na męża.
Jest taki spokojny, taki zdystansowany.
Dobrze, że go mam.
Dobrze, że trwa przy mnie.
Wierzę, że to moja pierwsza połowa.
We wtorek pewnie nie dostanę żadnych kwiatów, bo nigdy o niczym nie pamięta.
Ale nadrobimy to ciepłym objęciem w o wiele szersze od moich ramiona.
Więcej mi nie potrzeba...

Moje miasto

Oblężenie trwa nadal.
Zdrowiejemy, ale świat zewnętrzny cały czas niedostępny.
Jeszcze kilka dni, kilkadziesiąt godzin i ... wyjdzie słońce.
W tych dniach, częściej niż kiedykolwiek zdarzało mi się uciekać od codzienności prosto pod kołdrę. Zamykać oczy i przypominać sobie miejsca i sytuacje.
Dziś myślałam o moim mieście.
Jakże ono dziwne.
Bez rynku, ale gdy chcesz kupić świeże cięte kwiaty lub wełniane góralskie skarpetki idziesz na rynek właśnie.
Sklep złoty róg leży przy jednej z bardziej szarych ulic.
Miasto industrialne, ale pełne ludzi sztuki lub za sztuką tęskniących.
I te wieczne wyrwy w ulicach, które powinny być proste jak blat, bo przejeżdżają przez nie dziesiątki tramwajów dziennie.
Tego lata obiecuję, że podaruję sobie kilka samotnych spacerów.
Schudłam sporo więc wysilę się i włożę kolorową sukienkę.
Może nawet zostanę na wieczornego drinka.
Tak, pojadę do centrum autobusem.
Jak za dawnych licealnych czasów.
Pobłąkać się...
Jestem przecież taka młoda...

piątek, 10 lutego 2012

Niech...

Niech się coś zadzieje bez mojego chcenia.
Niech mnie wezmą do szoł i wymalują, odchudzą i zrobią mi mistrzowski kalendarz, taki co będzie wisiał nie rok, nie dwa, a zawsze. Dopłacę.
Niech ktoś napisze za mnie grafik i wypełni go zdarzeniami.
Niech ktoś mnie wypatrzy w tłumie i powie "to ty".
Niech ktoś zapuka, zadzwoni, wyciągnie na siłę.
A dam się ponieść, obiecuję...

Impreza

Może ktoś wie o imprezie gdzieś w pobliżu...
Niezbyt daleko, tak żebym mogła w każdej chwili wrócić do zanoszących się od płaczu dzieci.
Takiej z alkoholem, ale nie za słabym, żeby trochę mnie poniosło, ale też niezbyt mocnym, żebym następnego dnia mogła od samego rana stanąć na posterunku.
Koniecznie z tańcem, ale bez szczupłych, naturalnie wyginających się świeżych gwiazd parkietu.
Z fajnymi energetycznymi ludźmi, tylko bez szału modowego, bo u mnie w szafie ostatnio zima miesza się z latem, i żeby nie było tylko rozmów o tym jakie mieszkanie i za ile i w jakim banku kredyt.
Nie, nie chcę samych buraków, ale też niezbyt do przodu intelektualnie, żebym nie popadła w kompleksy, bo owszem prasę ślędzę, ale nie zagłębiam się w szczegóły i dłuższej rozmowy to już chyba nie poprowadzę. Żadnych doktoryzujących się młodych matek, ani wschodzących gwiazd biznesu online bez wychodzenia z domu. Nie, nie, dziękuję.
To.... gdzie ta impreza?

Wzór


Jestem kochającą matką.
Wypełniłam plan kilkuletni.
Matura, bo bez niej nie ma przyszłości.
Studia, bo bez nich nikt nie weźmie.
Mąż, bo potem będzie za późno i nikt nawet nie spojrzy.
Dzieci, bo z fizjologią kobiety lepiej nie zadzierać, lepiej przed trzydziestką, kariera poczeka, rodzina najważniejsza.
Kocham swoje dzieci nad życie.
Tylko niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego obwiniam je o czekoladopochodne pryszcze na twarzy,
o swędzącą nieumytą głowę i niezmyty czasem wieczorny makijaż.
O dodatkowy kilogram, co to uciekł spod kontroli.
O niewyrzucone cuchnące śmieci i kudły uciekające do wszystkich stupięćdziesiętu domowych kątów.
O ceratę, co miała być wiecznie czysta, a już zachodzi plamami prozaicznej powtarzalnej pomidorowo-kawowej codzienności.
O wiecznie brudne kafle łazienkowe.
O to, że niespodziewanie, bez zapowiedzi skończyła się w tym samym czasie i szminka i fluid.
Ale kocham bez opamiętania...

czwartek, 9 lutego 2012

Ptaszarnia

Dziewczyny tańczą w pokoju do muzyki Morricone, pobrzebierane w moje szale i chusty.
Ja siedzę sobie jak Kopciuszek w kuchni i w mroźnym słońcu dziergam...
Już nawet nie rozkładam maszyny, bo zaraz przybiegną i będą wtykać palce pod igłę.
Dziergam sobie po ciuchutku, bezszelestnie, żeby zabić czas.
Jak tak dalej pójdzie, będę mieć w domu scenerię iście z Hitchcoka...

Mąż

Mężowi też dostało się wczoraj trochę z mojego garnka goryczy.
Tak to jest...
Niby kolacja gotowa, niby łazienka umyta, uprasowana koszula na jutro, dzieci spokojne przed bajką, niby czysto wszędzie, cicho wszędzie, a tu gdzieś zza kołnierza wychodzi nagle pani gorycz.
I się rozlewa na blacie kuchennym. Cieknie po bokach. Dostało mu się.
Widziałam, że zbaraniał. Że nie spodziewał się takiego monologu podczas mycia naczyń, po całym dniu pracy.
I to monologu przepełnionego gorzkim samokrytycyzmem, że zła matka jestem, że zła żona, że jak tylko mogę uciekam z pokoju dzieci i robię swoje, że tak nie można, że nie umiem z nimi ot tak poprzebywać, że dlaczego mi nikt nie odradził macierzyństwa, że dlaczego w ogóle się ze mną żenił, dlaczego nie rzucił po pierwszym roku bycia razem, że nie powinnam mieć rodziny, bo nie umiem o nią dbać, że bać się o kogoś to nie wszystko, to nie wystarcza, że trzeba umieć wychowywać, że jak to ma tak wszystko wyglądać przez następnych kilka lat, to ja zwariuję w tych garach, wywiozą mnie, zamkną...

Tata

Wczoraj porozmawiałam sobie z tatą.
Już nie pamiętałam, jak dobrze mi to robi.
Ten jego optymizm.
Ta wiara w "będzie lepiej, córusiu".
To przekonanie, że "zdrowie jest najważniejsze".
Udaję taką dorosłą, taką niezależną, mamuśkę, żonę, gospodynię domową, a siedzi we mnie nadal mała dziewczynka, która zajadała się w sobotnie poranki w barze mlecznym przed zajęciami z pianina bułkami z masłem popijanymi kubkiem z kakao.
Ja tak potrzebuję pogłaskania. Przytulenia. I pocieszenia.
Rodzice od tego są.
Przyjadą może za miesiąc, na drugie urodziny Młodszej.
Potrzebuję ich.
A siebie się pytam.... "czy ja kiedykolwiek dorosnę?"...

wtorek, 7 lutego 2012

Późny start

Dzisiaj wstałyśmy o 11.35.
Czy to w ogóle możliwe przy dwójce dzieci.
Ano możliwe.
Po tygodniu wykańczającej grypy jesteśmy tak osłabione, że tracimy poczucie czasu.
Zresztą... a co mi tam. Wszystko pozamykane, szkoły też, mąż wybył na wtorkowy maraton.
Generalnie ma się wrażenie, że wszystko stanęło w miejscu, a my siedzimy w bunkrze, gdzie dostarczane są zapasy żywności.
Przetrwamy!

poniedziałek, 6 lutego 2012

Niegadatliwy typ

Mąż w piątek zrobił zakupy.
Kupił nam na osłodę gotowe rogaliki.
W sobotę i niedzielę rano włączał piekarnik i szykował śniadanie.
Wszędzie pachniało piekarnią.
Wczoraj, przy takim porannym stołowaniu puściły mi emocje.
Zaczęłam płakać jak bóbr.
Podszedł.
Przytulił.
Pomogło..

Teleportacja


Zamykam oczy i widzę to właśnie.
I nic na to nie poradzę, że właśnie zawsze tam wędruje moje skołatane serce...

niedziela, 5 lutego 2012

Apogeum


W tym tygodniu odbył się w naszym domu konkurs na to, czyja grypa będzie bardziej nieobliczalna i ostrzejsza. Kaszel, katar, zawroty głowy, brak łaknienia, biegunka, wysoka gorączka... Było wszystko, u każdego, w każdej konfiguracji.... Młodsza dostała ostatecznie antybiotyk, bo jako jedyna nie potrafiła poradzić sobie przez kilka dobrych dni z dość wysoką powracającą gorączką.
Za oknem pejzaż absurdalnie zimowy, arktyczny, śnieżno-słoneczny...

czwartek, 2 lutego 2012

Refleksja

Patrzę na uśmiechniętą twarz Szymborskiej.
Wyobrażam sobie jej starość.
Lektury, muzyka, miłe towarzystwo, spokój. Czyli tak, jak być powinno...
I przypomniał mi się taki epizod.
Szkoła muzyczna I lub II stopnia, chyba jeszcze pierwszego.
Ja i moja ówczesna przyjaciółka zostajemy poproszone o występ w pobliskim klubie trzech pokoleń.
Poszłyśmy raz. Poszłyśmy drugi. I trzeci.
Było nam miło patrzeć na uśmiechnięte twarze starszych ludzi, którzy traktowali nasz występ niemalże jak wyjście do La Scali. Wystrojeni, wyperfumowani.
Potem klub zamknięto.
Powstała apteka, a potem gabinet stomatologiczny.
Dla wielu pewnie skończyły się podwieczorki i pogaduszki, a zaczęła szara samotność w przedwojennych zasikanych kamienicach...

DOM

W takich momentach, pomimo mojej ukrytej głęboko pod naskórkiem chęci niezależności, marzy mi się wielopokoleniowy dom, z dziadkami, rodzicami, gdzie gdy chorujesz, ci z dołu przynoszą energetyczny rosół, ci zgóry zabierają dzieci do siebie, a ty otulona pierzyną majaczysz skulona w gorączce...

środa, 1 lutego 2012

Dzyń dzyń dzyń


Spadło trochę śniegu.
Pięknie za oknem.
Włosi spanikowali i oficjalnie do piątku zamknęli na przedszkole.