czwartek, 29 listopada 2012

Życie zdalnie sterowane

Myślę, siedzę, doglądam dziewczyny. Jedno wiem. Muszę być zdalna. Zdalne kontakty. Zdalna praca. Inaczej zatonę....

Dziś rano...

Dziś rano otrzymaliśmy wiadomość, że podpisano wczoraj dekret, na mocy którego firma męża nie jest prywatna, a państwowa. Tym samym on sam podlega rosnącej we Włoszech fali cięć i ograniczeń wszelakich. Jego umowa na okres określony nie zostanie podpisana. To prawie pewne. Dziś rano ja zostałam poproszona o dane do umowy na coś, co urodziło się w pewnym sensie na zgliszczach, jako wątła niteczka łącząca mnie z tym, co latami robiłam i lubiłam robić w Polsce... Dziś rano zaświeciło przez chwilę słońce, a ja to słońce szybko złapałam i chciwie będę przetrzymywać przez najbliższe miesiące w kuchennej szufladzie.

środa, 28 listopada 2012

Wątpię...

Cały czas nurtuje mnie jedna myśl. Czy podróżując, zmieniając co jakiś czas czyt. co kilka lat miejsce zamieszkania, rodzice pozbawiają dzieci w przyszłości poczucia bezpieczeństwa, wykorzeniają je, sprawiają, że będą się czuć zagubione, nieprzynależące do żadnego miejsca czy też obdarowują je otwartym, nie znającym granic podejściem do życia, do świata, o znajomości obcych języków nie wspomnę...

wtorek, 27 listopada 2012

Wytrawne krople deszczu

Kap, kap, kap.... Otworzyłam sobie balkon na oścież. Usiadłam na zielonym plastikowym krzesełku z Ikei. Komputer postawiłam na różowym plastikowym stoliku. Mój mały domowy lounge bar w wersji ja i ja. Lubię zapach przewietrzonego pokoju. Do marchewkowo-selorowo-imbirowej zupy wlałam sobie szklaneczkę białego di Romagna docg. Relaks kontrolowany i gwarantowany. Dziewczyny najedzone mają time for tv. Ja time for me. A więc kapie tak sobie ten deszcz. Odpryskuje od blaszanej barierki, za którą apeniny tosco-romagnole drażnią się trochę z sezonową mgłą. Łyk. Kap. Od chmur dzieli mnie tylko prężna łodyga oleandru, co to się w Polsce przyjąć nie chciał, więc wrócił tej jesieni citroenem do Włoch. Tak bardzo lubię rzeźkie powietrze na twarzy...

Odpowiedzialność

Po powrocie z pracy zaparzyłam mu spokojnie miętę. Wyłączyliśmy wszystko, dzieci, telewizor, radio, żeby było ciszej, żeby nic mnie nie wybijało z moich własnych krętych przemyśleń. Najpierw skrupulatnie opisany dzień. Dzień jak co dzień. Bez sukcesów. Bez porażek. Potem, co ja o tym wszystkim myślę. Żeby mi też dał szansę. Że widzisz, rano zadzwoniła Ang w sprawie płatnego koncertu. Że dzieci są zadowolone z kursu. W grudniu będzie popis. Może ktoś się dopisze. Że czynsz opłacony do lutego 2014, więc niech Starsza skończy przynajmniej drugą do jasnej cholery klasę. Ja chcę pracować. W zawodzie. Ale to wymaga czasu. Dziś sieję, ale zbierać będę za rok, za dwa może. Rok temu nawet nie śniłam o wielu rzeczach. Potrzebuję czasu... To nie jest prowizja, szast prast, produkt sprzedany i kasa na koncie... Lubię gdy tak mnie słucha. Jedno jest pewne, słuchać potrafi. Nigdy nie przerywa, nie wchodzi w zdanie. Nie krzyczy, jak ci z telewizyjnych szoł. Potem powoli rozkręca śruby i zaczyna. I w zasadzie nie odkrywamy nic nowego. A z tym Gibraltarem to przecież tylko żartował...

poniedziałek, 26 listopada 2012

Bo...

Znam, osobiście znam ludzi, których ogromny dom z piękną działką idealną na zabawy wnucząt świeci pustkami, bo ... Znam ludzi, którzy jeszcze do niedawna opłacali rachunki dorosłej i mężatej córce, a teraz nie mogą pojechać razem nawet na tak bardzo wyczekiwany ślub syna, bo ... Znam ludzi, którzy mieli zaplanowane i rozpisane najbliższe dziesięciolecie, ciąże, raty, kontrakty, rozbudowę i tak ogromnego już domu, a teraz rozpisują już tylko grafik tygodnia, ba czasem nawet tylko dnia, bo ... Znam ludzi, którzy z dnia na dzień musieli przeorganizować swoje warszawskie życie z niańką, mieszkaniem na Wilanowie i poranną kawą za 12 złotych pitą w barze pod domem, bo ...
bo zwolenienie z pracy, bo rak mózgu, bo synowa nie taka, jak by się chciało, bo rak jąder... Większość tych 'bo' pojawia się jak komety, nagle, niespodziewanie. Kalejdoskop takich komet wybudził mnie dziś o 3:47. Dopiero nad ranem ciężki kamień wbił mi głowę w poduszkę. Teraz siedzę otulona domową ciszą, popijam gorącą miętę i zaczynam kolejny tydzień mojej włoskiej przygody. Tak. Bo to jest przygoda, za którą Ci Życie bardzo bardzo dziekuję!

niedziela, 25 listopada 2012

I co dalej...

Maj 2013. Od samego początku wiedzieliśmy, że wtedy kończy się kontrakt męża i różnie może być. Dziś rano odbyła się jedna z tych mniej miłych rozmów. Nie jest łatwo cieszyć się w pełni tym co 'tu i teraz', gdy 'jutro' owiane jest mgłą obaw i oparami niepewności...

sobota, 24 listopada 2012

Wyszło szydło z pieca

Są takie dni, gdy wszystko uwiera. Gdy druga kawa zamiast budzić zaczyna nami trzepać. Kaszel dziecka wprawia w ogólnoustrojową panikę. Okruchy na białej podłodze wytrącają z równowagi niezbędny błędnik. Nie pomaga liczenie do stu, ani od stu do zera. Nie pomaga telefon do cioci. Tak jest i już. W takie dni wykonuję nięzbędne minimum, a zasada brzmi wtedy 'nakarmić i przewinąć'. Ale czasem w takie dni, zupełnie przypadkiem, po drodze, między bezsensem a rozedrganiem coś jednak wyjdzie....
Ciasto francuskie z liśćmi boćwiny. Liście boćwiny wrzucić do gotującej się wody, posolonej, z odrobiną oleju extravergine i całym ząbkiem czosnku. Gotować około 20 minut. Dwa całe jajka wymieszać ze startym serem pecorino, solić nie trzeba, bo ser pecorino sam w sobie bywa bardzo słony. Boćwinę po odcedzeniu ostudzić i zmieszać z jajkiem. Na wyłożonym na blasze cieście francuskim rozkładamy równomiernie boćwinę. Na wierzchu układamy kawałki mozzarelli, można doprószyć serem pecorino lub parmezanem. Piec około 30 minut w 200 stopniach.

piątek, 23 listopada 2012

Joy

Piątkowa rozmowa z uniesioną nogą i białym winem. Sylwestra spędzimy w Polsce! Hurrrraaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Siedem pełnych dni w moim ukochanym szarym absurdalnym mieście!

Wątpię w

Powoli zaczynam bać się blogowania, gdy czytam to wszystko, co dzieje się wokół blogosfery... Zaczynam poważnie zastanawiać się, czy nie wrócić do pisania do szuflady...

czwartek, 22 listopada 2012

Sloł czyli fast

Zauważyłam ostatnio taką pewną prawidłowość blogową. Najpierw jest kult spowolnienia, wszystko sloł, hand-made itd, kult celebracji codzienności. Potem nieuchronnie machina się rozpędza. Zaczynają się projekty, współprace, nierzadko książki... I nagle człowieka coraz mniej. I coraz częstsze stwierdzenia 'nie mam czasu', 'nie sypiam', 'wszystko w pośpiechu'...

Nie tak...

W niedzielę miałam iść z dziewczynkami na urodziny. Miałam sobie poplotkować. Poprzegryzać zakąski. I nawet Peppę dla małej Giulii udziergałam. Cóż. Dziś jedziemy na włoskie pogotowie... Ten tydzień zdecydowanie ma pecha...

środa, 21 listopada 2012

Przyjaźń...

Jak się czuje mąż - zapytała teściowa. Ja, że dobrze, że już w zasadzie wszystko ok. Kamienie rozbite, bólu nie ma. Ona na to żartobliwie, że na wszelkie zabiegi mamy czas do końca roku, bo od stycznia ceny skaczą w górę. Tak powiedział jej lekarz rodzinny. No to jej posłuchałam i niespełna dwie godziny później z wielkim kretesem huknęłam ze schodów, zaplątana w psią smycz, dźwigając wózek z ponad dziesięciokilowym prawie trzylatkiem. Pierwsza myśl 'K....a', druga myśl 'Boże, za kilka minut Starsza wychodzi ze szkoły'. I gdy tak leżałam na półpiętrze i robiłam się chyba coraz bielsza, przypomniała mi się scena z poniedziałkowego filmu. Dzieko, które czeka pod szkołą na matkę. Dzwonię do Cri, że chyba zwichnęłam nogę i doczołgam się jakoś, ale żeby uspokoiła Starszą, niech spokojnie czeka. Doczołgałam się do szkoły. Ze szkoły przywiozła mnie już Cri. Ustalilyśmy, że napiszę jej upoważnienie na odbieranie Starszej. Na wszelki wypadek. Imię, nazwisko, adres, rola... Babcia? Sąsiądka? Nie. Wpisz 'Amica...'

Nie moje a moje

Bez aktu własności, ba nawet bez minimalnej szansy na zdolność kredytową by takowy mieć, po raz pierwszy, jak nigdy dotąd czuję, że tu jest mój dom...

Po męsku

Mąż wrócił z pracy głęboko poirytywany. Bo komuś coś się trafiło, okazyjnie, potem sprzedał i na tym sporo zarobił, a on nie... on jak zwykle życiowy nieudacznik, co to całe życie tylko tyra, a tu nic. Siędzę przy nim na kanapie, patrzę spokojnie z delikatnym politowaniem i nie wiem od czego zacząć to pocieszanie, żeby nie zabrzmieć zbyt banalnie... 'Nie wiem, co mam Ci powiedzieć', bo jak mam po męsku wytłumaczyć, że miłość i zdrowie najważniejsze...

wtorek, 20 listopada 2012

Naprawdę nie dzieje się nic

Będę nudna. A może będę nudna, bo po prostu jestem nudna i tyle. Ale.... nic sie nie dzieje. Od ubiegłego tygodnia, od tamtej chwili, ot tak po prostu przestałam krzyczeć. Zgubiłam gdzieś zapalnik i nie ma... Poziom decybeli w domu spadł nieuchronnie i oby bezpowrotnie. Jest szaro, buro, ponuro, siedzę w domu i o dziwo nic mnie nie dopada. Jakoś tak bardziej niż kiedykolwiek właśnie w tym okresie doceniam to, co mam. Dom. Istoty, które nadają temu wszystkiemu rytm. A słowo 'rutyna' wymieniam chwilowo na 'rytuały'...

poniedziałek, 19 listopada 2012

Włoska niedzielna matka

Z jednej strony kolorowe oprawki okularów idealnie dopasowane do obwódki balerinek, a z drugiej strony wszędobylski dres. I jakkolwiek 10 lat temu w Mediolanie intrygowały mnie bardzo wszechobecne trampki w zimie noszone w parze z modnym płaszczem tak teraz patrzeć nie mogę na matki przyprowadzające dzieci na niedzielne urodziny, ubrane w dres z trzema paskami, jakby dopiero co wyszły z pralki lub zmywarki... Wczorajsze urodziny to był obraz rozpaczy. Sala podzielona niemalże na dwa szczepy. Jeden świeży, szczupły, dopasowany, modny, bezdzietny... Drugi otyły, ubrany w sprany dres, z nieumytymi włosami, pożerający co i rusz tuziny małych kuszących przekąsek, dzieciaty...

Niewierna...

Pewne filmy powinny być zakazane w małżeństwie... Obudziliśmy się obydwoje wymęczeni myślami i obrazami. Maż twierdzi, że zawiniła ona, ja, że zły, starty i poszarzały układ... Wstawiam drugą kawę...

sobota, 17 listopada 2012

A w Polsce chciałabym part 1

Myślę sobie, że nie lubię planować... ale chciałabym mimo wszystko zaplanować mój kolejny pobyt w Polsce. Nie wiem, kiedy to będzie, bo odkąd mam dzieci strasznie boję się latać, więc low costy odpadają, choć w moim przypadku byłby to lot niemalże door-to-door. Ale chciałabym.... iść na koncert Kuby Badacha z piosenkami Zauchy, zrobić sobie super profesjonalną sesję fotograficzną z córkami, taką kompletnie odjechaną, piękną, niepowtarzalną, z Polską w tle (na przykład u Izy), chciałabym pójść na warsztaty kulinarne Liski Mórawskiej... a narazie popijam chianti i słucham przegłośno polskich piosenek...

Warto

Są takie spotkania, takie posiłki, takie spacery dla których warto spędzić ponad godzinę w aucie, przytyć 2 kilo tylko po przystawkach i ogólnie rozregulować sobotnie życie rodzinne...

piątek, 16 listopada 2012

Samba na stole

Piątek. Słowo magiczne. Nawet dla osoby niepracującej chwilowo zawodowo. Z naciskiem na 'chwilowo'. Pędzę po czerwone wino do zupy z cieciorki z nutką rozmarynu. W pośpiechu łapię też białe, na niedzielne krewetki. Bo w niedzielę będzie deszcz. Deszcz będzie w niedzielę, w poniedziałek i we wtorek. I już się go boję. Już słyszę jak stuka o narazie nie moje okna. Dlatego jutro pędzimy znowu nad morze. Tym razem Pesaro. Znajomi z południa, czyli włoska młodzież przed czterdziestką przyjechała bawić się do Pesaro na koncert 'Muse'. To i ja wstukuję sobie przy winie 'Muse' w youtube i już mam. Mój wieczorny koncert. Młodszej podśmierdzają lekko skarpetki. Może nawet jest jakaś kupa w pampersie. Nieważne. Na chwilę nieważne. Wino spowolniło mi reakcje... I gdy tak wracałam z tym winem przez łąki, pola i pagórki to miałam takie dziwne przeczucie, że jeszcze będę tańczyć sambę na stole gdzieś, kiedyś, może ...

Ja siama!

Lata edukacji nauczyły mnie, że bycie 'klawiszowcem' to nie tylko granie solo, ale również tzw. kameralistyka, czyli wcale niełatwe granie w zespole. Życie nauczyło mnie, że warto współpracować, być w zespole, dzielić laury, ale i doświadczenie i tak zwaną czarną robotę...

czwartek, 15 listopada 2012

Na deser dorzucam deser

Przywiozłam od teściowej kilową paczuszkę 'grano tenero' czyli pszenicy zwyczajnej. Odmiana 'bianchetta', to od koloru, białawego. Dostępna właśnie w okresie jesiennym. W Foggi, rodzinnym mieście mojego męża 'grano dei morti' jest tradycyjnym deserem przyrządzanym w Święto Zmarłych.
Jest pożywne ziarno. Są sycące kawałki orzecha włoskiego. Do tego rzeźkie w smaku ziarenka granatu i dla osłody drobno pokrojona gorzka czekolada. Wszystko polane syropem winnym 'vincotto'...

Niekrzyk to dobry stan

Od poniedziałku nie krzyczę. Zastanawiam się, czy coś wreszcie zrozumiałam, czy to się gdzieś tam we mnie jednak kumuluje, żeby na przykład w sobotni poranek porozpruwać wszystkie tynki. Jedno jest pewne, po całej dniówce jestem zdecydowanie mniej zmęczona. Mniej pary uchodzi ze mnie przy każdej drobnej czynności... Ze nie wspomnę o mężowym 'taka jesteś ładna, gdy nie krzyczysz'...

Triumf

Bycie żoną Włocha łatwe nie jest. Bycie żoną Włocha, która cierpi na chroniczne adehade przy garach, tym samym nigdy nie patrzy na zegarek, tym bardziej minutnik przy gotowaniu makaronu, zdecydowanie komplikuje spokojne funkcjonowanie 4-osobowej rodziny. Bo ileż ciepłych kolacji można wymyślać bez użycia makaronu. Ale wczoraj odniosłam swój osobisty triumf. Krótki poranny telefon do teściowej i makaron z kalamarami zachwycił, rzucił na kolana...
Sprawa jest banalnie prosta. Zresztą teściowa robi głównie takie właśnie dania. Bierzemy głęboką patelnię lub garnek. Dno zalewany olejem extravergine, sporo, bo w tym przypadku to olej jest bazą sosu. Dodajemy ząbek czosnku w całości oraz rozmrożone kalamary pokrojone w krążki. Gotujemy na niewielkim ogniu. Gotujemy, nie smażymy! Po kilku minutach dodajemy kilka łyżek białego wina, solimy. Wszystko ładnie bulgocze. Kuchnia zaczyna śmierdzieć. Po około 15 minutach dodajemy pokrojony drobno pomidor, lub ok. 3 pomidorki koktajlowe. Ja dodałam trzy malutkie pomidorki z puszki. Nie należy przesadzić z pomidorami, bo sos ma być tylko lekko zabarwiony na czerwono, a nie pomidorowy. Gotujemy tak jeszcze ok. 15 minut. Nie należy wysuszać sosu. Jeśli jest zbyt suchy, trzeba dolać wody. Potem tylko cierpliwie ugotować makaron al dente. Ja użyłam penne rigate, ale do tego typu sosu zdecydowanie lepsze są trofie, lub inny makaron bez otworu. Wrzucamy odcedzony makaron do sosu. Wszystko mieszamy. Delikatnie podgrzewamy. Na koniec dodajemy bardzo drobniutko pokrojoną pietruszkę... Potem wietrzymy porządnie mieszkanie i wychodzimy na długi wieczorny spacer. A przy jedzeniu... cierpliwości, gdy towarzystwo zaczyna wycierać patelnię kawałkami chleba. Sos jest tutaj zdecydowanie najlepszy!

Liebster blog czyli post bardzo poukładany

W gruncie rzeczy w każdym z nas drzemie małe dziecko... Pamiętam podstawówkowe zeszyty z pytaniami, wymieniane na przerwie między koleżankami, a potem czytane z rumieńcem na twarzy, bo w punkcie 33 było pytanie 'kogo z klasy lubisz najbardziej'. I choćbyśmy nie wiem jak bardzo otoczyli się dookoła nowymi technologiami, ubrali od stóp do głów w wearable computers, to i tak w środku jesteśmy tylko ludzcy, ciekawscy, czasem próżni, lubimy, gdy się nas głaszcze, wyróżnia, gdy się nam schlebia... mniej lub bardziej... I tak sobie ostatnio spacerowałam po blogowym świecie i tu i ówdzie natrafiając na akcję Liebster Blog myślałam 'a ja? a mnie nikt nie lubi? a dlaczego? co mają inni, czego ja nie mam? że candy? że giveaway?'. Trudno. Nie to nie. Aż tu nagle bum. Musiałam się z tym przespać. Nie chciałam pisać, ani odpowiadać od razu. Chciałam zachować dorosłą dojrzałą postawę. Przemyśleć. Nie po ułańsku odpisywać o północy, ze łzami wzruszenia, rumieńcem na twarzy i w ogóle. Oliwko! Dziękuję za ogromne wyróżnienie. I za Twoje piękne uzasadnienie: Za odwagę i szczerość, i do tego ładną formę. I za brak kreacji w świecie, gdzie się wszyscy kreują ;)
A teraz Twoje pytania i moje odpowiedzi: 1.Co (lub kto) Cię skłoniło do pisania bloga? W wielkim skrócie inne blogi, nadmiar wolnego 'pustego' czasu, jesienne długie dni spędzane w domu z dziećmi, brak znajomych spowodowany nagłym wyjazdem z Polski, więcej tu. 2.Jak długo piszesz i ile razy czułaś, że masz już dość? Ponad rok. Nie, nigdy nie miałam dość. 3. Kim chciałaś być, jak byłaś mała? Chciałam śpiewać lub być aktorką, w każdym razie żyć na scenie i na walizkach, 4. Co robisz kiedy masz chandrę? Idę na spacer lub na rowerową przejażdkę. 5. Potrawa-horror z dzieciństwa Gotowana młoda kapusta. 6. Książka, jaką zawsze chciałaś przeczytać, ale nigdy nie miałaś czasu. Żadna konkretna. Generalnie relacja ja-książka jest dość skomplikowana. To chyba jakiś rodzaj schorzenia. Jakaś forma adhd. Niestety nie umiem się skupić przy czytaniu, więc jesli się decyduję to zawsze wybieram krótkie formy. 7. Książka, jaką chciałabyś kiedyś napisać. Właściwie to ona już jest. Leży gdzieś w szafie i czeka na odpowiedni moment w moim życiu, jakiś impuls. Polsko-włoskie piosenki dla dzieci. 8. Czego nie umiesz, a chciałabyś się nauczyć Nie umiem profesjonalnie szyć, a bardzo bym chciała. 9, 10,11. I na koniec: twoje trzy życzenia do złotej rybki kupić dom z ogrodem, mieszkać w okolicach sieny, ważyć 52 kg A teraz moje typy i dlaczego... 1. wstrząśnięta-niezmieszana - za dużą dawkę blogowego autentyzmu i tuziny inspiracji 2. coloresdemialma - za kompletnie inny niż mój zestaw życiowych kolorów i niesamowitą energię 3. tylkospokojnie - za absolutnie piękne spisywanie codzienności 4. blog ani. m. - za blogową eksplozję poezji 5. thymka - za piękne wnętrza, biel, szydełkowe cuda 6. Paryż z lotu ptaka - za Paryż inaczej 7. włoszczyzna - za Włochy niebanalnie 8. zielone-buty - za przyjemne migawki z codzienniego życia 9. marzę-więc-jestem - za inspirację i motywację do działania, za migawki z chatki, za cudowne kadry z atelier 10. klęska urodzaju - za podkrakowski kurs spokojnego macierzyństwa 11. caramba - za bardzo rzetelną dawkę Hiszpanii A teraz moje pytania. 1. Dlaczego blogujesz? 2. Trzy nowe rzeczy, które pojawiły się w Twoim życiu odkąd blogujesz. 3. Trzy rzeczy, które uległy zmianie w Twoim życiu odkąd blogujesz. 4. Czy masz blogowe przyjaźnie w realu? 5. Czy wyobrażasz sobie swoje życie całkowicie bez blogowania? 6. Czy wśród Twoich czytelników są Twoi realni znajomi? 7. Czy blog stanowi dla Ciebie jakiekolwiek źródło dochodu? 8. Czy Twoich bliskich irytuje czasem Twoje blogowanie. 9. Ile godzin dziennie spędzasz w blogosferze. 10. Czy kupujesz produkty bezpośrednio wystawiane na blogach? 11. Czy masz jakieś marzenia związane z blogiem? Uffffff... dobrnęłam do końca. Wracam do moich krótkich form wypowiedzi...

środa, 14 listopada 2012

Introduzione

Natura wie co robi. Na trochę ponad miesiąc przed Świętami zasypuje nas pomarańczowymi bombkami.

Książka

Il bambino che non voleva andare a scuola di nome Matteo. Quando era da solo scappava via da mamma e papa' in giardino. Li' bambino si nascose dietro la casa... Od dwóch dni nie krzyczę. Spuściłam z tonu. Można. Po prostu nie daję się sprowokować. Nie schodzę do pewnego poziomu reakcji. Czytam Wasze rady. Dziękuję za nie szczerze. Dla mnie kurs macierzyństwa to jak do tej pory najtrudniejszy kurs w moim życiu. Wczorajsze popołudnie było ciche i spokojne. Starsza zaczęła pisać książkę. Po włosku:) Narazie jest okładka, jest pierwsza i ostatnia strona. Patrzę i nie mogę się nadziwić. Uwielbiam jej rysunki. Ja do dziś rysuję domki tylko z przednią ścianą, a ona już rysuje z perspektywą...

Zwykłe niezwykłości

Budzę się. Piję kawę. Robię szybki makijaż. Budzę dzieci. Mleko, ciastko, czapka, plecak, kurtki. Naciskam klamkę. Otwieram drzwi. Patrzę w lewo i widzę....

wtorek, 13 listopada 2012

Kurs trwa

Kuracja odkrzykowa trwa. Nie będę się usprawiedliwiać, bo dla warczącej non-stop o wszystko matki usprawiedliwienia nie ma. Punto e basta. Krzyk tak i owszem, jeśli powód jest. Ale jeśli powodu brak, a powodem nie jest przecież krzywo wsadzona w rajstopki stópka, albo źle wykaligrafowane małe pisane 'e', to nie daję sobie zielonego światła. Zapętlam się. Jak taki pies, co zaczyna warczeć, a potem już tylko mocniej, głośniej i wścieklej. I nie usprawiedliwia mnie nawet mój choleryczny charakter z domieszką pragmatyzmu w tle, kiedyś tak ładnie zdefiniowany podczas jakiegoś gdzieś tam szkolenia. To dziecko. To tylko małe bezbronne dziecko. Terapia na dzisiaj to igła, nitka i kwiatuszki.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Dostałam w pysk

Struta. Zła. Przejęta. Chce mi się płakać. Dostałam w macierzyński pysk. To boli chyba najbardziej. Mąż dziś rano wyjątkowo odprowadził Starszą do szkoły. Po kilku godzinach dzwoni, że musi mi to koniecznie powiedzieć. Strasznie go to uderzyło. Dziś rano się przestraszył. W naszej córce zobaczył jedno z tych dzieci, które pamięta z dzieciństwa jako te wycofane, skryte, zamknięte w sobie. Szła po schodach, a on stał i patrzył na nią. Szła kompletnie wryta w ścianę. Inne dzieciaki skakały, a ona powolutku wspinała się na kolejne schody. Zobaczysz, za chwilę zacznie się jąkać, uciekać od dzieci, wycofywać. Jesteśmy dla niej zbyt surowi. Musimy to zmienić. Musimy!!!

I kto tu rządzi?

Dziś rano sprawdzam mój fanpage na fb. I....? Nie ma. Zniknął! Kiedy? Na jak długo? Na zawsze? Bo tak. Bo błąd. Dziś mam ochotę po prostu zniknąć na stałe z tego internetowego grajdołu...

sobota, 10 listopada 2012

Pozory

Kolejny raz okazało się, że to co w internetowej rzeczywistości ma jakiś kształt, wyraz, formę, ba... nawet treść w postaci wydanej książki, w rzeczywistości jest zlepkiem nudnych historycznych informacji podanych chaotycznie i okraszonych miernymi zdjęciami... Ale poza tym było miło i przyjemnie...

piątek, 9 listopada 2012

Nature

Codziennie rano przy odprowadzaniu Starszej do szkoły patrzę na aleję z drzew. I wzdycham pod nosem, gdy widzę w jak naturalny sposób przyroda potrafi akceptować zachodzące zmiany...

czwartek, 8 listopada 2012

Hormon krzyku

Stan jakby idealny, więc zatrzymuję go pospiesznie w blogowy kadr. Młodsza skrzyczana, a potem utulona usnęła w salonie. Starsza odkrywa świat farb akrylowych. Pięć kolorów, a ile frajdy z mieszaniem i eksperymentowaniem. Znalazłam cudowną rzecz dla dzieci. Małe blejtramy z gotowymi konturami do wypełnienia kolorami. W każdym opakowaniu 5 małych tubek soczystych farb akrylowych i 3 pędzelki. Wszystko za niecałe 5 euro. 5 euro szczerej radości i bezgranicznej ciekawości. Długo czekały na odpowiedni moment. Dziś moment jest idealny. Bo spokojniej. Bo komputer-rozpraszacz myśli włączyłam dopiero około 11.00. I po raz kolejny przekonałam się, że jednak nie głupi wymyślił porządki, odkurzacz, wietrzenie pościeli, mycie wanny i inne babskie takietamy. Im czyściej w domu tym mniej hormonu krzyku. A teraz herbata z imbirem, barokowy flet poprzeczny w tle i zupa cebulowa w lodówce. A jutro.... A jutro jak za dawnych cudownych polskich artystycznych czasów pójdę, zagram, poznam kogoś nowego, mądrego, znanego, interesującego. I przejdę się sama po mieście w piątkowy wieczór...

wtorek, 6 listopada 2012

Pilnie czegoś szybkiego szukam

Przeszukuję internet. Pilne. Poproszono mnie o zastapienie pewnego znanego tutaj pianisty podczas festiwalu, który rozpoczął się kilka dni temu. Kilka utworów. Mam być akompaniamentem do rozmów. Tłem. Oczywiście koniecznie coś polskiego, bo mowa będzie o Polsce właśnie. Siedzę ostatnio sporo w baroku i 3 dni nie wystarczą na odkurzenie Chopina. Zresztą to wybór dość niebezpieczny. Wszyscy go znają, wszyscy go grają. Ma być z charakterem. Pomyślałam ... polska muzyka filmowa. Kurylewicz, Kilar, Preinser, Lorenz. Kawałki w miarę proste, ale efektowne. I gram sobie 'Polskie drogi' i ryczy mi się pod nosem. Z jednym mam problem. Ma być rożnorodnie. Szukam czegość żywego, wesołego. I nic. Smutek i melancholia...

niedziela, 4 listopada 2012

3.11.2012

Zanim wsiądę do auta, zanim zaczniemy kolejną prawdopodobnie siedmiogodzinną podróż jeszcze raz, przez moment zanurzę się we wczorajszej mimo wszystko pięknej sobocie. Wycisnęłam z niej dosłownie wszystko, co się dało. Każdą sekundę. Było kolorowo.
Było smacznie.
Było nadmorsko
i było rodzinnie...

sobota, 3 listopada 2012

Beztytulnie i bezhasłowo

Nieważne czy to blog, piaskownica, kuchnia koleżanki, kolejka na poczcie lub wyjazd integracyjny ... Babska natura i tendencja do szczekania, kłócenia się i plotkowania jest niepohamowana...

piątek, 2 listopada 2012

Początki

Wczoraj, chwilę przed zaśnięciem znowu, po raz setny chyba w tym tygodniu myślałam o Chustce. Próbowałam sobie odtworzyć dokładnie moją ścieżkę do jej bloga. Była bardzo krótka. I stanowiła zdecydowany impuls do rozpoczęcia tego tu o to mojego blogowania, spisywania rzeczywistości, niemalże dzień po dniu, dla moich córek... A było tak... Wrzesień 2011. Po wakacyjnym uniesieniu wróciłam do Włoch i zapadłam na jesienną pseudodepresję. Szukałam maniakalnie Polaków we Włoszech. Chciałam nawiązać jakieś kontakty. Brakowało mi rozmów, spotkań z ludźmi, polskiej melancholii. Szybko trafiłam na internetowy portal Nasz Świat, a tam chyba w rybryce 'żyć we Włoszech' przeczytałam wywiad z Anitą. I tu... przyznaję się bez bicia w pierwszym momencie zaczęłam płonąć z zazdrości. Jak to? Kolejna Polka w Toskanii? Własny dom. Remont. Byłam tym bardziej rozgoryczona ponieważ parę miesięcy wcześniej sprzedałam dom, który budowałam 5 lat, a w którym nigdy nie zamieszkałam właśnie z powodu przeprowadzki. Infantylne 'Jak to? Przecież to ja miałam mieszkać w Toskani!!! Patrzeć na cyprysy! A jestem gdzie? W wilgotnej Romagni z karaluchami...'. Od Anity, którą zaczęłam powoli przegryzać stopniowo wyzbywając się zazdrości trafiłam do Li, która w tamtym okresie pisała sporo o Asi. I tak trafiłam na Chustkę. Pamiętam doskonale 'mój' jej pierwszy wpis. Wtedy kompletnie nie wiedziałam z jakiego kalibru osobowością mam do czynienia. Ot po prostu zaciekawił mnie jej dość lekki język i kolega Jasia 'Niedotykajmniebociprzyleję'. Powoli, dzień po dniu wsiąkałam. Potem pojawiłam się u Asi w liście blogów. Pamiętam to doskonale, bo poczułam się tym strasznie wyróżniona... A potem już była tylko ponad roczna lekcja pokory... Myślę Asiu, że będziesz mieć tysiące apostołów...

Esencja

Czwartkowa sześciogodzinna podróż na południe była trudna. Ale ja cały czas myślałam tyko o jednym...

Sole!!!!!!!!!!!

Kolorowa Chustka zakupiona na bajecznie kolorowym włoskim targu. Kupiłam też kompletnie 'niemoje' musztardowe buty. Jutro o 9.00 wyjdę na miasto. Włożę ręce do kieszeni, zamknę oczy i pójdę przed siebie. I myślami będę żegnać Asię...