czwartek, 31 stycznia 2013

Pion osiągnięty

Wróciłam ewidentnie do pionu.
Wizualnie jestem jeszcze na chorobowym, ale fizycznie już po.
Jest jeszcze parę rzeczy, które trzeba dokurować, ale nie ma co porównywać z początkiem tygodnia.
Jest względna forma, jest robienie zaległego prania, wietrzenie pokoi.
Dziś nawet pokusiłam się o domowej roboty oponki, ale wyszły mówiąc bardzo delikatnie 'kompletnie do dupy'.
Nawet mi się nie chce na nie patrzeć, tym bardziej fotografować.
Nie będę pisać od kogo i skąd, bo blog się stara bardzo w wyścigu po trofeum.
Ale może to ja się nie znam. Może... Pewnie tak.
Za oknem mgła. Typowa dla tego regionu Włoch. Taka mgła, która dosłownie wchodzi przez okno i prosi się o zrobienie z niej bitej śmietany.
Trudno mi uwierzyć w to, że za kilka dni ma być lepiej. Bo, że ma, to wynika jasno i wyraźnie z rysunków i tabelek, na które klikam z uporem maniaka...
Nieźle to wszystko wykombinowane. Doprowadzić ludzkość do stanu kompletnego pozimowego wykończenia, a potem wodzić za nos byle promykiem słońca i powiewem cieplejszego wiatru... A my i tak co roku się na to nabieramy...

środa, 30 stycznia 2013

Moje pieprzne życie


Łaknienia brak. Poczucia smaku - nie stwierdzono.
Objawy zdrowienia - śladowe ilości.
Dzisiejsza zupa brokułowo-porowo-ziemniaczana, na imbirowym bulionie - do wylania.
Z uwagi na topniejące zapasy w lodówce postanawiam jednak tego nie zrobić.
Zresztą szkoda mi tylu witamin, minerałów i innych dobrych teoretycznie dla organizmu rzeczy.
Sypię zatem garść pieprzu i polewam wszystko obficie przepikantnym olejem extravergine, spreparowanym przez męża.
Płonę. Mam ochotę skoczyć z balkonu. Ale nie mam wyjścia. Muszę trwać na posterunku.
I jak najszybciej wrócić do podręcznikowej formy.
Rzadko mi się to zdarza, ale w takich momentach żałuję, że nie należę do tej grupy społeczeństwa, którą stać na opiekunki, guwernantki, sprzątaczki i inne pomoce życiowo-domowe.
Wpisuję machinalnie stronę pogody dla mojego miasta i widzę przyszłą niedzielę, a obok słońce i 12 stopni na plusie...
I zaczynam marzyć, ....że kupię hiacynty i może jakieś pierwsze nasiona do wysiania na balkonie, zmyję wreszcie namalowane na oknach choinki, wypiorę firanki, wezmę Starszą na spacer po mieście, przypomnę sobie, w którym pomieszczeniu sypia mój mąż...


Mały kibic



Sama sms wysłać nie mogę. I już.
Ale to, co mogę to zachęcić te dobrych kilkaset osób, które codziennie tu zaglądają do zagłosowania na świetny
i bardzo potrzebny blog.
Blog pełen inspiracji i trafnych przemyśleń.
Blog osoby niebanalnej i poszukującej.
Blog wbrew wybranej kategorii nie tylko o 'moim życiu' i nie tylko o 'ja'...
Warto...



Się zdarza...



Mam takie nieostre wspomnienie z dzieciństwa...
Mama-inżynier, bardzo aktywna zawodowo, często wieczorami eksperymentuje z ciastami.
Stara się. Naprawdę. My z bratem klasycznie wylizujemy wszystkie miski i łyżki.
I.... i to by była najlepsza część ciasta.
Bo mama niestety często robiła cudownej urody zakalce.
Po latach stwierdzam, że najlepiej wychodzą jej improwizowane sałatki.
Tata jest mistrzem od zup.
A od ciast w rodzinie jest zdecydowanie siostra mamy.
Ale pomimo to, wpierniczaliśmy te zakalce przez dobrych kilka dni.
Pamiętam.
Powrót ze szkoły i rzucanie plecaka w kąt.
Następnie, póki nie ma rodziców, fru przed telewizor, najlepiej z całą brytfanną, bo tego typu ciasta nie dało się normalnie kroić i kulturalnie jeść na talerzyku. To ciasto trzeba było wyrywać, tak po kawałku. Niektóre części były z lekka gumowe, inne momentami surowe. Rzadko kiedy ciasto bywało słodkie. Przeważnie lekko kwaskowate. I może właśnie dlatego można je było jeść i jeść i jeść...
A dlaczego o tym...
Bo mam przed sobą cudowny, nieplanowany zakalec.
Efekt nagłej wieczornej kulinarnej chęci wymieszanej ze stanem ogólnej słaboty...
I może właśnie dlatego, że nie jest ani zbyt słodki, ani zbyt kwaśny, lekko gumowaty, momentami chrupiący, został już prawie cały zjedzony...


wtorek, 29 stycznia 2013

Dzień udawany

Dziś mnie oficjalnie nie ma.
Są tylko piękące oczy i ból gardła.
Rozkazałam pulpetom, żeby się same zrobiły, a sokom, żeby się same wycisnęły.
Teraz idę poudawać, że zadania domowe ważną rzeczą są.
A potem poudaję, że jestem zatroskaną żoną.
Dziś udaję, że jestem...

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Ząb za ząb

Ona we mnie bólem i gorączką, a ja w nią zieleniną i czosnkiem....
Ratunku!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Dla Was ode mnie

A teraz czas na obiecaną niespodziankę.
Wiem, że olej do Majkabally doszedł. W całości.



Już od pewnego czasu chodził za mną pewien pomysł.
Taki mój mały podarunek dla wirtualnych towarzyszek w realnej codzienności.
Z akcentem włoskim oczywiście...
Nie każdy wie, że we Włoszech często pija się espresso w szklanych filiżankach.
A zatem wszyscy, którzy mają ochotę na 2 nowe filiżanki ze spodkami, proszeni są o komentarz pod tym postem. 8 lutego wylosuję szczęśliwego zwycięzcę i jeśli wiatry będą pomyślne, być może filiżanki dotrą na romantyczne walentynkowe śniadanie :)

Oprócz komentarzy mile widziane, ale nie obligatoryjne:
- wrzucenie mnie do blogów obserwowanych
- polubenie DaCapowego fanpage
- jeśli lubicie już mój fanpage, to zawsze możecie podzielić się z innymi tą informacją ;)
- umieszczenie małego banerku na własnym blogu i podlinkowanie do tego posta:


Do dzieła!

Pokoncertowo

Gdyby w tym momencie jakiś przypadkowy kurier zapukał do mnie, a ja znalazłabym odwagę, żeby mu otworzyć, pewnie zaraz po wyjściu zadzwonił by na 112 z alarmem typu 'tej pani trzeba pilnie pomóc'... Wyglądam i czuję się fatalnie. Bluzka w paski. Szalik w kropki. Turkusowy serdak-ocieplak. Pomarańczowe rajstopy. Fioletowe skarpetki. Nie mam siły nawet na kolorystyczne dobranie ubrań, żeby za każdym razem, gdy przechodzę obok lustra nie wzbudzać sama w sobie odrazy.
Czerwone oczy. Makijażu brak. Potworny ból gardła. Nic nie pomaga.
Ale dziś robię sobie wolne. W zasadzie nie za bardzo wiem od czego, bo i tak wszystkie okołodzieciowe obowiązki trzeba należycie spełnić, żeby dożywić, ubrać, dopilnować. Ale wolne musi być. Tak dla zasady.
Miałam dzisiaj rozpocząć pracę nad pewnym projektem z uśmiechającym się do mnie z kalendarza deadlinem na 15 marca, ale dam sobie kilka dni na odchorowanie, bo niestety nie mam w sobie nic z automatu i żeby coś sensownego stworzyć muszę być po prostu w dobrej formie... Ale szszszszszszs.... Nic już więcej nie pisnę.... Jeśli znajdę cywilną odwagę, pochwalę się oficjalnie po 15 marca. Jeśli....

Choroba zaatakowała mnie co najmniej z taką siłę, z jaką woda zalałaby Solinę, gdyby ktoś nagle wyburzył tamę. Ja moją tamę miałam do wczoraj. Do mniej więcej 18.30. Gdy zagrałam pierwszy akord, zapomniałam o tym, że jeszcze przed chwilą ciekło mi z nosa i tylko podczas Partity i Pierwszego Preludium i Fugi Bacha wyprodukowałam dwie pełne kieszenie białych chusteczkowych kulek dyndających elegancko w mojej granatowej marynarce.
Adrenalina ma jednak moc silniejszą od niejednego lekarstwa.
Zagrałam. Tak jak chciałam. Energicznie, szybko, z ogniem, z pazurem, gdzie trzeba lirycznie, i pod kontrolą. Moja prof chyba byłaby ze mnie dumna. Chwila grozy i nagły skok ciśnienia nastąpił kilka minut przed, gdy moja poprzedniczka zaczęła się podręcznikowo sypać. Tak jak sypią się dzieci na szkolnych popisach, które nagle mają białą plamę i zaczynają kilka, albo kilkanaście razy i cały czas w tym samym miejscu przerywają grę.
Tak jak sypię się czasem ja w moich najgorszych koszmarach, gdy nagle okazuje się, że muszę wyjść na scenę i grać jakiś zaległy dyplom. Mir stawała kilkakrotnie i z uporem maniaka zaczynała od nowa. Kilka razy przeprosiła. Potem zaczynała od nowa. Syn oddelegowany do nagrywania powoli zapadał się pod krzesło. To było straszne. Czyłam jakiś nieogarnięty wstyd, żal, słyszałam chichot losu. Podręcznikowy przykład na to, że psychika robi z nami różne cuda. Byłam tak spanikowana, że chciałam uciec. Zapaść się pod ziemię. Wyparować. Zemdleć. Przypomniały mi się nagle moje liczne porażki, lata, kiedy z powodu randek i wieczornych wyjść na miasto byłam notorycznie niedoćwiczona, zmęczona. Byłam jak taki czarny rumak, który albo pojedzie świetnie i wygra, albo rozwali się o płot i skręci wszystkie kopyta.

Na szczęście czas nie stoi w miejscu. I nagle jest taki moment, gdy słyszysz swoje nazwisko i nie ma odwrotu. A potem już jest takie uczucie jak w Hemanie, bierzesz miecz do góry i wykrzykujesz 'Niech moc będzie ze mną'....

Po koncercie Angi po raz kolejny zapytała mnie, kiedy wreszcie kupię sobie ten klawesyn, bo ona ma mnóstwo planów co do mojej osoby... Stałyśmy tak na ulicy i rozmawiałyśmy. Pewnie wtedy mnie doszczętnie dowiało. Ale nie czułam nic, poza ogromnym bólem ramion. To niesamowite, jak ciężkie może być 11 stron Bacha.

Gdybym nie była tak koszmarnie chora, poszłabym tanecznym krokiem na miasto i wyła z radości...

niedziela, 27 stycznia 2013

Pośpieszny meldunek

Melduję pośpiesznie! Przeżyłam! Dałam z siebie wszystko i chyba nigdy jeszcze tak bezawaryjnie, koncertowo i popisowo nie zagrałam w swojej ponad 20 letniej karierze Bacha. Odsapnę, zjem i napiszę....

Nos utarty przez los

Dziś mój wielki dzień. Narazie udaję, że mnie to w ogóle nie obchodzi. Siedzę sobie niby nigdy nic w szlafroku, zasmarkana, z obolałym gardłem. Najbliższe godziny miną mi pewnie na wymyślaniu strategii, co o której zażyć, żeby mniej więcej o 17.30, gdy to wyjdę na scenę, wykrzesać z siebie cokolwiek. Los ze mnie srogo zaszydził. Mogłam się tego spodziewać, że utrze mi nos. Że skoro już wszyscy wokół przeszli grypę to i na mnie kiedyś padnie. Dlaczego by właśnie nie dzisiaj? Trzymajcie za mnie kciuki. Gdzieś między szybką, a wolną częścią, lub po którejś z kresek taktowych pomyślę o Was!
A jutro z rana, gdy zacznę znowu wszystko 'od początku' (koncerty zawsze dawały mi takie poczucie, że zamykam jakiś etap i otwieram nowy :) będzie czekać na Was kolejna mała włoska niespodzianka... Nie przegapcie!

sobota, 26 stycznia 2013

Sobota home made



Grypa dopadła i mnie. Narazie jej pierwszy znośny etap.
Walczę z fizycznymi objawami.
Ciało się buntuje, ale głowa próbuje udawać, że to zwykła, przeciętna, taka sobie sobota...

Hamburgery w wersji home made zaczynają stawać się naszą małą niepisaną tradycją. Taką raz na jakiś czas...


Chociaż nie jestem mistrzynią wspólnego gotowania z dziećmi, trochę przez wrodzoną wybuchowość, trochę przez dokuczliwą perfekcyjność, to dziś przyznaję wyszło nam... I nawet Starszej zachciało się w 'zeszycie od polskiego' przepisać cały przepis.... a tam drożdże, mąka, sól, masło.... wszystkie polskie haczyki...


Trenujemy przed wiosennymi piknikami w plenerze.


Ale zanim wiosna, jeszcze trochę zimy.... Uzbrojeni w sokowirówkę podejmuje walkę z chwilowym obniżeniem odporności..




piątek, 25 stycznia 2013

Towar eksportowy


A na dzisiejszy obiad jeden z najlepszych towarów eksportowych, kapusta z grochem, prosto z patelenki.....

Na wszelki wypadek

Jesteśmy ułomni. Zapominamy. Ja zdecydowanie należę do tych, którzy zapominają nad wyraz szybko. To w pewnym sensie czasem mnie ratuje z wielu niefajnych, rzekłabym paranoidalnych stanów. Bo wystarczy przespać, przeczekać i buch - nie ma....
Ale nie o tym teraz.
Bo wśród całej masy sytuacji, od których chcę uciec, są też takie, które na zawsze chcę zapamiętać! Młodsza jest ze mną prawie 3 bite lata. Z tego dwa na emigracji, znaczy się ZE MNĄ I TYLKO ZE MNĄ. Efekt? Uwielbia mnie, kocha mnie swoją blond kręconą miłością, która rano przejawia się całym seansem kokoszeniowo-przytulaniowym. Po południu niestety przechodzi z czasem histeryczne 'mamoooooo'.
Ale nie o tym.
O porankach. Uwielbiam te nasze nieśpieszne poranki. Ten brak 'muszę, na wczoraj, prędko, bo zaraz'. Nie ma żadnego 'na wczoraj'. Żyjemy tym, co dzisiaj. Że dzisiaj nie ma gorączki. Ufff. Że mogę wyjść na chwilę na spacer. Ufff. Nie ma żadnego prędko. Jest powolnie, w rytm niespiesznego oddechu śpiącego cały czas boksera albinosa.
Może być piżama do 11.00, gdy mam na to ochotę. Może być druga nieśpieszna kawa z dodatkiem cykorii, gdy tylko zechcę. Może być pogawędka z ciocią, gdy tylko jest online. I może być jajecznica na maśle, z porem, startym parmezanem i delikatną śmietanką. Z domowym chlebem posmarowanym po prostu serkiem topionym...
Czy Młodsza będzie pamiętać? Mam nadzieję...



W krainie muminków



'Mamo, to jest zachód słońca prawda?'
'Nie, kochanie, to jest wschód. Zachód jest po drugiej stronie, w waszym pokoju.'
'A skąd ty to wszystko wiesz?'

....

Mamy takie nasze własne przedstawienie w kuchni. Taką naszą magiczną krainę muminków.
Zimą spektakl przypada mniej więcej na moment między piciem mleka, a ubieraniem czapki i szalika.


Parzę sobie zwykłe earl grey. Bez cytryn, limonek, miodu, imbirów i innych.
Mąż dziś rano obiecał, że jeszcze tylko miesiąc. Jeszcze tylko miesiąc zimy i basta.
Westchnęłam. No tak. Luty powinien przelecieć dość błyskawicznie.
Zawsze jak ma się coś ważnego do zrobienia, czas goni jak oszalały.



czwartek, 24 stycznia 2013

Jestem, a mnie nie ma....

Przyjaciółka zdesperowana opowiada na skajpie o tym, jak to klasycznie pokłóciła się z teściową, a ta w zamian postanowiła ją ukarać nieprzychodzeniem z dnia na dzień do jej sześciomiesięcznego dziecka. Awaryjny telefon do wspólnej znajomej i jest. Awaryjna opiekunka. I jak to z awaryjnymi opiekunkami bywa, po dwóch dniach zrezygnowała. Najpierw w duchu pomyślałam sobie 'thanks God, mnie to nie grozi'.... bo nawet jak spadłam ze schodów i zwichnęłam kostkę, to się pod szkołę doczołgałam z wózkiem... Koszmarny ból i opuchlizna przyszły po spełnieniu macierzyńskiego obowiązku i po tym, jak minął środek przeciwbólowy zwany 'odpowiedzialnością'. Potem pomyślałam 'cholera, najbardziej dokucza właśnie ta niemoc, mogę gadać, mogę słuchać, mogę pisać, dzwonić, ale nic poza tym.' Nic innego z tej mojej dzisiejszej pozycji zrobić nie mogę. Jestem i mnie nie ma. A mogłabym przecież, skoro i tak do końca roku jestem z Młodszą, przypilnować małej Ka, chociaż do czasu... A dlaczego o tym w ogóle piszę? Bo dziś mam znowu spadek formy. Nie ja jedna. Wiem. Widzę. Czytam. Te miliony, które mają już dość zimy i ciepłych herbatek z imbirem. Dziś czuję się tak strasznie nierealna, taka wirtualna, taka mało 'obecna', zmęczona chwilowo tym co 'tu i teraz'...

środa, 23 stycznia 2013

Uniknąć zbrodni



Jest taki moment, kiedy zaczyna robić się dziwnie niebezpiecznie. Trochę jakbym chciała sama sobie wynagrodzić to, że dopiero 10.00, a ja już wyrobiłam normę przeciętnej kury domowej. Umyte schody, podłogi w łazienkach, wysprzątana kuchnia, wstawiona zmywarka. Poskładane pranie. To pewnie naturalna reakcja przedkoncertowa. Wszystko, byle nie myśleć. Zaczynam, jak sokół, krążyć wokół ciastek, serów i czekolady. Zanim popełnię kolejną zbrodnię szybko biorę się za porządny przedobiadek...


Pieczoną cieciorkę podpatrzyłam tu... a domowy majonez zrobiłam tak.

Oby


Otwieram balkon, żeby złapać w kadr poranną smugę mgły. Tylko na chwilę. Zimne powietrze wpada nieproszone do kuchni. Mąż zerka na mnie pobłażliwie. Popija przy tym poranne espresso. Potem wychodzi. Wiem, że wróci wieczorem. Ładuję w głowie akumulatory. Oby do wiosny....

wtorek, 22 stycznia 2013

Elementarz


Ona uczy się pisać i czytać. Ja uczę się niekrzyku i niewrzasku.
Dziś obie zrobiłyśmy postępy...

Jestem burakiem




Przygotowuję psyche i ciało do wiosny! Narazie bez spektakularnych efektów, ale codzienna aktywność fizyczna daje błogie uczucie spełnienia, zaraz po i grubo po. Nie mam czasu na siłownię. Nie mam nawet maty. Biorę po prostu ręcznik. Nie mam ciężarków, te mężowe są zbyt ciężkie i wiem, że mogłabym się szybko zniechęcić. Mam za to kupę przypraw i taki słoiczek idealnie mieści się w garści. W jednej peperoncino, w drugiej kminek. Docieram do około 20 minuty. Wtedy przeważnie albo budzi się Młodsza, albo kończy się ulubiona bajka, albo Starsza chce właśnie frytki lub zrobiła kupę. Ale co mi tam. Dwadzieścia minut dziennie wystarczy, żeby przegonić z siebie sflaczałą i strustrowaną babę...

Kawy brak

Kawa? Gdzie jest moja kawa....? Z tego wszystkiego zapomniałam o kawie.
Dzieje się. Ten tydzień wiem, łatwy nie będzie. W niedzielę gram. Powtórzę się, gram po 10 latach przerwy. Bo inaczej gra się continuo, taki lekki akompaniament, a inaczej koncert solo, gdy wszystkie oczy tylko na ciebie.... i tylko ty w tym momencie liczysz się w tym miejscu... To miłe, cudowne, ale i bardzo wymagające. To walka z własnymi słabościami. A ja ostatnio sporo walczę. Ale jestem na szczęście doświadczonym pedagogiem i wiem, że końcówka jest najważniejsza. Ten ostatni etap. Nie dać się zwariować. Ten tydzień należy już tylko do 'głowy', nie do 'serca'. 'Serce' i tak wyjdzie na scenie.
Głowa i palce. Więc w tym tygodniu musi być powoli, racjonalnie, bez bezsensownego przegrywania.

niedziela, 20 stycznia 2013

Myślowo


Najbardziej w życiu przeraża mnie nuda. Betonowa ściana. Brak emocji. Dopóki czuję, dopóki jestem ciekawa, dopóki..... czuję, że żyję....

Z czasem...


Z czasem język włoski powszednieje. Łapiesz się na tym, że śnisz, układasz grafik, klniesz w innym języku niż ten nauczony przez mamę.... Łapiesz się na tym, że zazdrościsz sama sobie.... że śnisz na jawie.... że więcej niż to, co masz jest nemalże świętokradztwem... ściskam dzisiejszą niedzielę.... do ostatniej kropli....

Pierdolnik

Każdy ma swój pierdolnik. Ja też mam. Dopiero patrząc na to niedzielne zdjęcie dotarło do mnie jaki mam tu chaossss.....

Słodki zapach lata

Już tylko ja zostałam na pokładzie. Trzymam się mocno. Czteroosobowa rodzina i pies do zarządzania. Tu nie ma miejsca na choroby, na słabości, stany podgorączkowe. Tym bardziej, że za tydzień gram. Masywny steinway nie stolerowałby choćby minimalnych objawów grypy. I tak wczoraj zachciało mi się lata. Takiego gorącego, z bosymi stopami na trawie i obiadem na ogródku u rodziców, albo u babci na wsi... Przez moment, gdy dom wypełnił się zapachem pieczonych papryk, uległam iluzji...


Zrobiłam je wieczorem, ale z myślą o dzisiejszym drugim śniadaniu...


Do tego, na szybko, bez specjalnych złudzeń, bo mimo wszystko marna ze mnie kucharka, z braku laku wzięłam się za bułeczki. Szybki pląs do Liski i gotowe...


Żeby nie zwariować, popijam sobie wszystko czerwonym Merlot-Ciliegino Maremma Toscana. Szkoda tylko, że mąż 'fuori uso'....

sobota, 19 stycznia 2013

Sponsoring

Poranny spacer. Osiągam stan zen. Wdycham ostrawe powietrze. Patrzę na śnieg na szczytach Apeninu. I tak trudno uwierzyć mi w to, że z tego wszystkiego będzie wiosna.


A ten weekend sponsoruje męska grypa, czyli najcięższa, najbardziej uciążliwa forma tej choroby...

Gdy baba z babą

Bez zbędnych wyrzutów sumienia porzuciłam wczoraj popołudniu zakatarzonego męża z Młodszą w domu. Porwałam Starszą po szkole i pognałam do miasta. Że niby idziemy do koleżanki i takie tam. Tak naprawdę to chciałam spotkać się z Ale. Posiedzieć u niej w ciepłej kuchni. Pooglądać jej nowe szale. Wypić jej herbatę. Po prostu popatrzeć na nią jak ugniata pizzę do wieczornej kolacji 'we troje'. Popatrzeć na świat z piątego piętra nie mojego bloku....

piątek, 18 stycznia 2013

Striptiz


Pokazuję twarz, a czuję, jakbym zdejmowała rajstopy...

Tricolore


Coraz bardziej mi się to podoba. Budzę się. Krzątam. I myślę o drugim śniadaniu. Dziś nawet wprowadziłam kwadrans czegoś, co miało przypominać gimnastykę, ale generalnie było sromotnie przegraną walką z grawitacją. Komputer przeniosłam na górę. Koniec z klikaniem w kuchni. Chcesz klikać - zasuwaj! Każdorazowo to prawie dwadzieścia stopni. Poprawiłam sobie humor ubierając zieloną podomkę w rozmiarze L, po mamie. Co i rusz zerkałam zalotnie w lustro i wzdychałam do luźno opadającego materiału na kościach obojczykowych. Wiosna! Drogie Panie! Wiosna idzie! Bierzemy się za siebie! Kto, jak nie my!

Ewolucja



Jestem. Kilka słów. Tak prosto z mostu. Pchają mi się same.
Przemyślałam sobie kilka rzeczy. Chłonę z internetów całymi garściami, sama w zamian nie dając z siebie zbyt wiele. Inspiruję się ludźmi, miejscami, przepisami. Lubię wchodzić do cudzych mieszkań, plądrować w cudzej wirtualnej szafie, zasiadać z kimś do stołu, obserwować dzieci. Sama jestem zdawkowa. Otwieram fanpage, a sama ukrywam się za szarym tłem i białym napisem. A przecież nie ma nic złego w pokazaniu twarzy....


środa, 16 stycznia 2013

Fejsbukowo

Sporo o tym myślałam. W ogóle cały czas myślę o moście między blogiem, a realem.
Sporo się zastanawiam po co, dlaczego, czy przestać, zamknąć, zablokować, ograniczyć, i co wtedy, czy jeśli nie będzie dla kogo, to będę w ogóle pisać, a co jeśli, po co komu i tak dalej. Ale prawda obiektywna, ta, z którą się budzę i z którą chodzę spać, jest taka, że tego potrzebuję. Blog to mój wentyl bezpieczeństwa, okno na świat, odkurzacz myśli. Spędzam tu sporo czasu - racja. Ale dużo przez ten okres się nauczyłam. Praktycznych rzeczy też trochę się nawinęło. Może po wakacjach, gdy obydwie dziewczyny będą zaparkowane w placówkach wychowawczych, nie będę mieć na to wszystko czasu, może wrócę do latania, szamotaniny. Może. Nie wiem. Dopóki czuję taką autentyczną potrzebę podzielenie się euforią, ale i wylania frustracji - jestem. Myślę, że fejsbukiem ułatwię taki nasz small talk. Zapraszam!

Kanapkowo

Deszcz przeszedł w śnieg. Jest już białawo... Jak zrobi się biało, mur beton zamkną szkoły. Zakład?



A tymczasem celebruję sobie od kilku dni moje drugie śniadania, eksperymentując na różne sposoby moje 'dgital skills' (strasznie mi się to wyrażenie spodobało i obok 'domestic economy' wpiszę je chyba wkrótce do mojego cv, gdy to uwolniona od dziecka ruszę na podbój zrujnowanej kryzysem włoskiej gospodarki). Brrrrrr.
Drugie śnadanie czyli istna orgia kanapkowa. W sensie jakości, nie ilości.
Małe posiłki, kilka razy dziennie. Tak. Nie doprowadzam się do głodu, w którym rzucam się na szafkę dla dzieci i wyżeram szczeniacko resztki nutelli, a potem strugam wariatkę przed zapłakaną sześciolatkę, która jakoś dziwnie nie chce uwierzyć tym razem w kuchenne krasnoludki.


Kanapek przez ostatnie dwa lata unikałam jak ognia. To były pozostałości po Dukanie. Tyle tylko, że powoli miejsce kanapek zaczeły zajmować 'podżerki' czyli często po prostu ciastka, bo ich w porządnym włoskim domu nie może zabraknąć. Wracam więc do kanapek. Ale takich z mężowym chlebem. Rzadko z masłem. Z całą kupą warzyw i innych takich. Macie jakieś sprawdzone patenty?

Italian tower

Siedzę sobie w mojej włoskiej twierdzy. Strugi deszczu to takie moje metalowe pręty w oknach, które już wiem, że zablokują mnie na cały dzisiejszy dzień w domu. Dwanaście pełnych, okrąglutkich godzin z Młodszą. Starsza idzie po szkole do Cri. Dwanaście godzin z regularnym 'mama' co jakieś pięć, dziesięć minut. Ale nie jest źle. Rok temu o tej porze byliśmy przysypani po pas śniegiem. U Starszej podejrzewano ospę, więc pamiętam jak dziś kilkutygodniową inkubację w domu. Na szczęście telewizja włoska serwuje całodobowy kabaret przedwyborczy....

wtorek, 15 stycznia 2013

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Brookselkowo!


Tak sobie wertuję i gotuję i fotografuję i jem... Szkoda tylko, że Młodsza kompletnie nie docenia starań mamy i wpiernicza kabanosy...

A tak poza tym, to ja tu o diecie, a paradoksalnie same kulinarne posty mi się piszą. Nudna ze mnie baba!

Rozkosz

Poniosłam karkołomną klęskę w pierwszym tygodniu po świętach, stosując zasadę jem normalnie, trochę mniej, ale zdrowo.
W tym tygodniu wdrażam regułę 'obfite śniadania - zero kolacji'.
Rękami i nogami chcę uchronić się przed Dukanem, który wisi nade mną jak chmura gradowa i kiwa złowrogo paluszkiem.
Narazie delektuję się nieziemskim duetem bresaola i płaty parmezanu.
Ktoś przecież musi przetestować chleb z kminkiem upieczony dziś w nocy przez męża...


niedziela, 13 stycznia 2013

Stos radości



Dziś z trudem po raz pierwszy zrobiłam takie prawdziwe amerykańskie pancakes polane syropem klonowym. Najtrudniejsze w przygotowaniu było nie podjadanie w trakcie smażenia i doniesienie na stół pancakes w wersji stosiku...

sobota, 12 stycznia 2013

Wio!


Obiektywnie stwierdzam po tygodniu wyrzeczeń, że sama dieta nie wystarczy.
Ruszam z psem we włoskie pola...


piątek, 11 stycznia 2013

Pasztety


Czerwona soczewica siedziała w schowku kilka dobrych miesięcy.
I się doczekała....

Rachunek sumienia z czynnikiem ludzkim w tle



Wokół technologia hula sobie jak plastikowa torebka na wietrze w American Beauty.
A my niezmiennie do życia potrzebujemy jednak ludzi, z krwi i kości... Czasem mam wrażenie, że chciałabym, żeby w całości pieniądz został zamieniony na jakiś barter. Usługi nabrałyby wtedy trochę zabarwienia 'przysługi'. Gdzieś po drodze, między tym co ja mogę dać tobie, w zamian za to co ty możesz dać mi, postawiono tysiące przykazań, barykad i obostrzeń. A to w gruncie rzeczy takie proste... Stawiam sama sobie kolejne pytania...

1. Kiedy ostatnio podarowałam coś komuś bez powodu, bo lubię, bo mi się chciało, bo tak....?
2. Kiedy ostatni raz zorganizowałam w domu kolację/obiad dla znajomych, bez okazji, żeby pogadać, spędzić razem czas?
3. Kiedy ostatni raz zadzwoniłam do znajomej i zapytałam po prostu 'co słychać, dawno nie rozmawiałyśmy'?
4. Czy zdarzyło mi się w ostatnim okresie odwiedzić kogoś bez zapowiedzi, sms'a, aviso itd?.
5. A spacer? Wspólny spacer ze znajomą?


Ludzie potrzebują ludzi.

czwartek, 10 stycznia 2013

Koncept!

Jej, myśl! A może by tak skrzyknąć się dziewczyny i spotkać? Siedzimy na tych macierzyńskich tyłkach, w większości nie pracujemy, może by tak kreatywnie wypełnić czas i wpaść jedna do drugiej na chatę, z bachorami, na kilka choćby dni, a co tam... Kto jest za?

Apel

Włoska, dobrze sytuowana znajoma, na fejsbuku umieściła taki oto apel: "WAŻNE! Przekopiowałam ze ściany mojej znajomej XY: Ojciec dwójki małych dzieci szuka JAKIEJKOLWIEK PRACY. Każda przydatna informacja zostanie zrekompensowana kolacją".

Po plecach przeszły mi dreszcze. Idę parzyć herbatę. Nie kapie nam głowie. W domu regulowane bo regulowane, ale minimum 20 stopni jest. Zaraz wyjdę na zakupy i za nie normalnie zapłacę, nie na krechę. Moje BMI nie wskazuje jeszcze na skrajną biedę. Jest okej!

Myśl do rozwinięcia...

A gdyby tak w życiu oprócz życia zacząć po prostu spełniać swoje marzenia...? Marzę o......

Tulmy się

Zawaliłam. Nie dałam dziecku nic na czwartkowy obowiązkowy podwieczorek. Miałam upiec wieczorem muffinki, ale usnęłam z dziećmi. Mea colpa. Się zdarza. Nawet matce. Piwne oczka posmutniały. Obiecałam, że kupię rogalika i pączusia i doniosę. I doniosłam. Po godzinie. I jak to w życiu, szczególnie moim bywa, wpadłam w drzwiach o dziwo na wybiegającą ze szkoły Cri. Patrzę na przeszklone oczy i pytam prosto z mostu, jak to ja: Katar czy płacz? Płacz. Córka się buntuje. Cri nie daje rady. Szczególnie poranne wstawanie kończy się zawsze kopaniem, biciem, scenami i zwykle spóźnieniem do szkoły. Nie wiem, czy moje słowa cokolwiek pomogą. Pewnie niewiele. Zresztą kto tu kogo poucza. Najbardziej wymowne chyba w tym wszystkim było proste przytulenie. Matka matkę. Na szarym, zimnym, zamglonym parkingu. W zwykły czwartkowy poranek...

Laurka

A koleżance na 33 urodziny taką oto zmajstrowałam laurkę.
I nawet się w niej rozpoznała! :)

środa, 9 stycznia 2013

Krzyk!

Od dwóch dni, po uśpieniu dziewczyn ląduję z papierowymi magazynami na kanapie na poddaszu. I... I to jest cudowne. Czytam, przeglądam, odkrywam. Muszę przyznać, że jakoś więcej zostaje mi w głowie po takiej papierowej lekturze. Czytam. Wszędzie widzę całe mnóstwo młodych ludzi, setki stron pomysłów, inicjatyw, działań, akcji, przedsiębiortsw, lokali. Jestem tu dopiero dwa dni, a już zrobiłam pasztet z czerwonej soczewicy i risotto z imbirem z KUKBUKA. Tak się akurat złożyło, że moje kuchenne resztki idealnie wpasowały się w te dwa rewelacyjne przepisy z pierwszego numeru. Ale tak poza tym, to temu wieczornemu relaksowi towarzyszy taka malutka garstka goryczy... No musi być trochę kwasu w tej całej słodkości, w tej mojej włoskiej idylli. Wczoraj wieczorem przedyskutowaliśmy kolejny już raz różne plany. Plany E i D zajęły miejsce planów B i C. Nie bardzo mnie to uspokoiło, bo to tylko plany. To nasze gdybanie. Niefajnie jest planować, zaczynając zawsze zdanie od 'se'. Jesteśmy mocni w gębie. Pocieszamy się wzajemnie, ale rzeczywistość daje nam i tak kopa w dupę na dobranoc. Włoska rzeczywistość. Brak pracy. Umowa tylko do maja 2013. Uśmiecham się do siebie, bo tak się składa, że sporo rzeczy wygasa mi właśnie w maju 2013. Znak? Ostrzeżenie? Światło awaryjne włączone na chwilę przed jakimś ostrym zakrętem? Jak można ludzi pozbawić tego elementarnego prawa? Co w tym kraju jest nie tak, że mamy tu taki marazm? Wcale nie chwilowy. Programy publicystyczne są prawie w całości przewrzeszczane. Berlusconi wraca dumnie na pole bitwy. Mnóstwo włoskich znajomych jest już blisko czterdziestki i dalej mieszka albo z rodzicami, albo poza domem, ale na ich koszt. Jadę do Polski i co widzę? Młodzi znajomi otwierają firmy, sklepy online, lokale, ba... szukają nawet franczyzobiorców i to w stolycy. Znajomi muzycy grają. Koledzy z liceum dyrektorują. Niektórym stuknie już 10 lat pracy. Nie wiem. Nie ogarniam tego. Czytam i słucham, ale nie potrafię dokonać konstruktywnej analizy sytuacji. Każdego dnia otwieram skoroszyt z zapiskami i próbuję podejmować próbę. Jakąkolwiek. Przerasta mnie system. Dziś walę głową o mur i krzyczę 'Che paese di merda!'...

wtorek, 8 stycznia 2013

Nie tak

Nie jest dobrze. Mieszają się we mnie skrajne emocje.To dopiero drugi dzień, a ja znowu mam ochotę uciec. Znowu całymi dniami jestem SAMA.
Znowu rytm dnia wybijają zasrane posiłki. Nie nadaję się do tego. Nie potrafię funkcjonować spokojnie i w pełnej równowadze, gdy czuję, że nic nie zależy ode mnie. Każdy dzień kończy się rozpaczliwym spojrzeniem i pytaniem 'I co?'. Każdego dnia pada sucha odpowiedź 'I nic'. Nie włączam telewizora. Nie mogę patrzeć na drące się gęby włoskich polityków. Czuję się w to w pewnym sensie wciągnięta bez własnej woli, z drugiej strony jednak mam świadomość, że to był nasz wybór. Owszem. Nie mamy, jak większość tych rozhisteryzowanych włoskich biedaków kredytu do spłacenia, ale nie mamy też żadnego kierunku. Mój kompas całkowicie oszalał. Zrobiłam sobie listę na 2013 i patrzę na nią dosłownie jak sroka w ser. Nie potrafię zacząć żadnego z zaledwie kilku skleconych punktów. Za chwilę zapisy do przedszkola. Patrzę na druk do wypełnienia i myślę o wrześniu 2013. Gdzie będę? Co będę robić? Są dni, kiedy potrafię zgrabnie to sobie wszystko wywinąć na lewą stronę, jak zdarty sweter. Dziś nie potrafię tego swetra nawet z siebie zdjąć, uwiera mnie, swędzą mnie nadgarstki od zbyt szorstkiej wełny. Przy dzieciach robię dosłownie ustawowe minimum. Gdy tylko zapełniam im brzuchy i zmieniam pampersa, uciekam pod kołdrę. Czuję taki straszny ciężar na klatce piersiowej. Czuję jak dudni mi w środku...

Comfort food

Moje comfort food. Naleśniki. Dziś wtorek, czyli tzw. krótki dzień, a to oznacza, że Starsza melduje się na obiad. Ale obiadu brak. Bo wróciłam do swojej złotej klatki i chwilowo jestem bez auta, a że mieszkam na wsi, gnać przez pola i lasy po puszkę pomidorów nie będę. I choć w lodówce pasztet z czerwonej soczewicy, to chwilowo wolę mąkę, mleko i nutellę... Po prostu.

Bloger idealny

Rok 2013 należeć będzie do blogerów. Jestem tego bardziej niż pewna. Blogerzy piszą książki. Blogerzy reklamują. Blogerzy kupują to, co polecają inni blogerzy. Blogerzy otwierają e-sklepy. Piszą e-booki. I tak w kółko. I w całym tym blogerskim świecie pojawiają się, co zresztą dość naturalne, spontaniczne poradniki z serii jak blogować, żeby czytali, jak zwiększać ilość wizyt, jaki jest bloger idealny end soł on. Reklamodawcy zaczynają rozumieć, że ludzie przestają wierzyć w to, że George Clooney, który wychodzi ze studzienki naprawdę wybrał Tele2. Wolą blogerski autentyzm przy porannej kawie, blogerską szczerość z resztkami kremu po goleniu na brodzie, blogerski subiektywizm. Bloger powoli zajmuje miejsce dziennikarza, który może wszędzie o wszystkim. I w sumie to się z tym zgadzam. Sama tkwię w tym świecie po uszy. Mam tylko takie małe przeczucie, że jak już wszyscy założymy blogi i zaczniemy wprowadzać w życie całą tę wiedzę, to ze świecą będziemy szukać blogów prawdziwych, wypowiedzi niesponsorowanych i artykułów nie na zamówienie...i wrócimy do punktu wyjścia, w którym nieprzeczytane ulotki lądują w koszu zaraz po wyciągnięciu ze skrzynki na listy, newslettery w koszu ze spamem, a czerwoną słuchawkę w telefonie naciskamy zanim powiedzą 'dzień dobry'.

Imprezy analogowo

Słucham sobie porannej Agi Zaryan w wersji płytowej. Podczytuję sobie artykuł o kanapkach na stronie KukBuka. Papierowa wersja gazety już prawie cała pożarta. I taka mnie nachodzi refleksja, trochę w kontekście karnawałowej aury, trochę w kontekście w zasadzie udanego sylwestra.... A refleksja jest taka.... gdyby nie nasze bożonarodzeniowe panettone, gdyby nie golonko z soczewicą, częściowo przywiezione z Włoch, częściowo przygotowane trzydziestego pierwszego rano, gdyby nie pożywne grano dei morti przywiezione z Puglii, o Montepulciano d'Abruzzo nie wspomnę, to w noc sylwestrową jedlibyśmy tylko orzeszki ziemne z kanapkami, zapijając wszystko szlachetnym winem CinCin... do tego gospodarze zapomnieli, że w miejscu imprezy internetu niet i na nic się zdały aple i inne ajfony i ajpady... Kocham internet, to moje okno na świat, ale na miły bóg, czasem trzeba trochę analogowego namaszczenia, przygotowania, listy to-do, to-buy, to-have....

Za to rano, pierwszego, nasłuchałam się opowieści o tym, jakie kto jada kanapki w korporacyjnych kantynach...

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Z bloga do realu


Sześć dni to jednak zbyt mało. Dobrze, że lista zakupowa była pod ręką, a pod schodami czekała już od dawna cudowna przesyłka dla dziewczynek. I sama nie wiem, czy sama sobie po cichu nie zrobiłam największego prezentu...


Pokłony w pas dla zdolnej autorki - Llooki!

Miasto offline



Życie offline jest piękne. W życiu offline moje miasto to nie tylko mariacka.eu, ale również, a może i przede wszystkim specyficzny zapach powietrza, który czuć już od przejścia w Ostrawie, to opustoszałe drugie piętro w Zenicie i siermiężna kotara z koca zawieszona przy wejściu, na wszelki wypadek, na mrozy... Dworzec mnie wzruszył. Przemknęły mi przed oczami setki godzin spędzonych w oczekiwaniu na pociąg relacji Katowice-Rybnik, względnie Orzesze lub Mikołów, godziny przedreptane w przeciągach i smrodzie, ale za to z najtańszymi bananami w mieście... I choć lubię wygrzać czasem tyłek w eksluzywnej kawiarni hotelu na Dworcowej, to jednak moje miasto to zdecydowanie to drugoplanowe. Podwójne podwórka i ukryte sklepy pasmanteryjne, tu krawcowa, tam szewc. Niezmiennie dobry kurczak z rożna na Mielęckiego i zapach pieczonego chleba na Mariackiej, taki, że aż się chce usiąść na schodkach i czekać do świtu, aż otworzą piekarnię. Kocham moje miasto miłością bezwarunkową.