wtorek, 30 kwietnia 2013

Znajdź choć jedną różnicę...:)



Zgodnie z moim ubiegłotygodniowym protestem (klik), melduję się.
Jest wtorek. Jest raport.
Na wadze 61,1 kontra 61,7 z ubiegłego tygodnia.
W talii 75/76 kontra 79. Biodra i uda bez większych zmian. Buuuuuuu!:(
Dziś zaczynam drugi tydzień biegania.
Dodaję jedną minutę więcej do biegu.
Bardzo polubiłam to moje półgodzinne znikanie w trawach, zbożach, alejkach.
Ten powrót do domu z piekącymi policzkami.
Mokra koszulka.
Totalna euforia.
Pulsujące skronie.
Wypełnianie życia drobnymi, acz istotnymi rzeczami jest naprawdę przyjemne...

Myśli

Nie da się tego ukryć, ani stłamsić.
Powoli przechodzi mi ochota na opowiadanie/opisywanie/spisywanie rzeczywistości.
Może zbyt dużo się dzieje ogólnie w naszym tutaj teraz życiu, po prostu...
Może to tzw. kryzys letni, gdy krzesło i stół przegrywają z kretesem z drewnianą ławką pod domem, czy murkiem na mieście.
Ostatnie dni to litry, dosłownie litry wypitego czerwonego wina, sam na sam z mężem, i rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa...
Podejmowanie życiowych decyzji jest niesamowicie absorbujące...

ps. a gdzieś zupełnie po drodze popełniłam moje pierwsze dwa ebooki:)

niedziela, 28 kwietnia 2013

Pomimo



Pomimo nadchodzącej zamieci, cieszymy się słońcem.
Pomimo rychłego zastoju, staramy się działać i cały czas coś robić.
Pomimo...

Pamięć



Istnieją różne sposoby pięlęgnowania przyjaźni i uczenia się niezapominania ludzi, których spotykamy po drodze...

czwartek, 25 kwietnia 2013

Morze



Rzeczy, które mamy pod ręką zwykle powszednieją.
Te 80 km to wystarczająco dużo, żeby zatęsknić i w sam raz, żeby tej tęsknocie zaradzić.
Morze. Właśnie dziś.

Pozory


Rzeczy widzimy takimi, jakimi chcemy, żeby dla nas były.

Zamiast



Wczoraj. Zamiast kolacji.
Ale bez większych wyrzutów sumienia.
Przed wieczorną próbą do majowego koncertu.
Sama. Bez męża i dzieci.
Powolnym spacerem.
Najlepsze lody pod włoskim słońcem...

środa, 24 kwietnia 2013

Jakoś

Czerwone policzki przyjemnie pięką.
Oddech powoli wraca do swojego miarowego tempa.
Mogłabym siąść i płakać nad kolejnym 'musowym' urlopem męża i nad panoszącymi się po domu wątpliwościami, czy podpisywać, czy rzucić i wyjechać, czy zostać i skazać się świadomie na wczesnojesienną panikę i apatię.
Ale tego nie robię.
Wącham rosę. Biegam i truchtam przez łąki i pola.
A reszta się ułoży...

wtorek, 23 kwietnia 2013

Basta!


Biorę się za siebie!
Oficjalnie!
Publicznie!
Za półtora miesiąca wesele przyjaciółki!
Za dwa miesiące polska wieś, plener, morze i kostiumy!
Chcę być piękna, jędrna i powabna!
W każdy wtorek od dzisiaj wrzucę fotkę, w dokładnie takim samym ubraniu i dokładnie takim samym miejscu.

ps. zdjęcie profilowe narazie sobie oszczędzę...

Płotek

Starsza kocha Roberto.
A w zasadzie to nie do końca wie czy kocha czy nie, ale mu się bacznie przygląda.
Obserwuje go.
Obserwuje też Riccardo, bo jak to określiła 'lubi chłopców z żelem na głowie, z takim niby płotkiem'.
Cudownie jest słuchać tych małych wieczornych zwierzeń przy jednoczesnym miarowym podchrapywaniu Młodszej...

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

No nie wiem, nie wiem...

Już od dawna o tym myślę.
Biega koleżanka.
I koleżanka koleżanki.
I znajomy też biega.
I wirtualna podczytywaczka.
I facet z naprzeciwka.
I mnóstwo ludzi dookoła.
Może mogłabym i ja?
Dziś przeczytałam u Li (klik) konkretną rozpiskę.
A ja precyzyjne rozpiski wprost uwielbiam.
Wtedy trzymam się ich kurczowo.
Realizuję krok po kroku.
Słyszałam, że to wciąga.
Trudno mi w to uwierzyć, bo moje młodzieńcze doświadczenia z porannym wstawaniem i bieganiem na stadionie są mówiąc delikatnie i bez inwektywów - koszmarne...
Zacząć?
Dziś?
Teraz?
Zaraz?

Liberta'

Wczoraj, 21 kwietnia, 68 lat temu, na bolońskiej wieży zawisła polska flaga.
Wczoraj, tylko przemknęliśmy obok bolońskiego polskiego cmentarza.
Kiedyś zatrzymam się tu na dłużej.
I opowiem Wam pewną historię...

niedziela, 21 kwietnia 2013

Gdy słucham 51:51...

Słucham już po raz kolejny tria Możdżer-Danielsson-Fresco (klik).
Dziś odkryłam ten moment... 51 minuta, 51 sekund.
Nieposkromiona radość muzykowania.
Beztroska.
Inny wymiar...



Italio...please!

Gdy w 2006 wypowiadałam moje konkordatowe 'taxi' czyt. 'tak, si', wiedziałam, że skazuję się w pewnym sensie na całe życie na Italię. Nieistotne czy z daleka, czy z bliska. Italią żyję każdego dnia. Italię jem na talerzu.
Italię popijam do obiadu. Italię wdycham. Italia mnie irytuje. Czasem patrzę na nią z góry.
A czasem walczę z kompleksami niższości. Często mówię o Italii z pogardą. Jeszcze częściej z umiłowaniem.
Jestem Polką. W sercu. Na papierze. O zmianie obywatelstwa, która chyba mi już nawet przysługuje, nawet nie myślę.
A jednak na samą myśl, jak mogłoby tu być 'gdyby...' zaczyna buzować we mnie obywatelska fala złości.
Rok temu pod moim oknem hasał umięśniony pan ogrodnik.
Przez kilka dni wykaszał wysoko specjalistycznym sprzętem każdego mlecza, każdego szafirka, każde źdźbło...
Moja rozpacz mieszała się z miłymi doznaniami natury czysto estetycznej.
Kilka miesięcy potem kolejny umięśniony pan specjalista od prac wysokościowych malował przez dobrych kilka dni więźby dachowe i regularnie zaglądał w moje liczne, na szczęście szczelne okna.
Potem spółdzielnia upadła. Na sam pysk.
W tym roku, zamiast pana ogrodnika do okna wchodzą mi metrowe mlecze i szafirki proszące o litość.
A zamiast dyndającego na linii pana od wysokości, w biurze zarządcy budynku dyndają niezapłacone faktury.
Proszą o litość. I mlecze, i szafirki i faktury.
A tu nic.
Na zebraniach wspólnoty mieszkańców padają włoskie farmazony.
Nieustannie mieli się temat kryzysu.
Gada się o niczym.
A przecież można by tak, po obywatelsku ustalić, że koszę ja, siejesz ty, a ty plewisz.
Co kto ma.
Dla dobra ogółu. Nie tego ogólnonarodowego. Tego naszego, tutaj, wspólnotowego.
Żeby było milej, ładniej, przyjemniej dla oka.
Ale nie. To se ne da. Nie w tym kraju.
Bo najważniejszy jest przecież mój czubek nosa.
No może nie tylko mój, ale jeszcze mojej żony, matki i dzieci.
Tak samo jak zarządzają podwórkiem, tak samo zarządzają krajem. Dokładnie tak samo wybierają rząd.
Jak ta matka, co na słowa Salomona chciała rozedrzeć dziecię na pół, byleby zanieść łup do domu.
Nikt nie chce ustąpić.
A dziecię płacze i płacze i płakać nie przestaje...

Me, myself and I



Wyznaczyłam sobie pewne ramy.
Trzy kilogramy względnej wolności, w których radośnie i w miarę beztrosko balansuję.
Gdy dotykam rano górnej granicy potrafię trzymać fason i już następnego ranka jestem ciut niżej.
Ostatnio o górną granicę ocieram się codziennie.
O dolną powalczę za jakiś czas, narazie obmyślam taktykę...

piątek, 19 kwietnia 2013

Hymn

Wczorajszy wiatr pokrzyżował moje szyki.
Złamał wpół.
Zmusił do wygrzewania się pod kołdrą przy prawie 30 stopniach.
Do smarowania pleców spirytysem made in Poland.
Do zaniechania nagle wszystkiego i wszystkich.
Musiałeś sam sobie kupić zastępczy tort, sam zrobić kolację.
Z rozpędu zrobiłeś domowe 'cannoli'. Nie powiem, nie powiem...
Bywa.
Ja zapaliłam Ci świeczkę. Młodsza Ci ją zgasiła. Tyle.
Plany się krzyżują, plotą, plączą.
Ostatnio już jakoś tak u nas jest.
A może zawsze tak było, tylko jak się ktoś za bardzo spina życiowo, to potem każda grudka jest rowem, przez który trudno nam przeskoczyć. A to ostatecznie tylko grudka.
Niech więc Ci się szczęści.
Na kolejnych prawie czterdzieści lat.
Ty i to, co razem tworzymy to moje największe dokonanie.
Szkoda, że niewpisywalne do cv...

Zamysłowo

Mam tak, że piszę, gdy chcę.
To co mam aktualnie w głowie.
Czasem bełkot.
Czasem banał.
Czasem smuty. To mnie kompletnie nie obchodzi.
Piszę i już.
Robię to dla córek i tylko dla nich.
Co jest teraz?
Teraz jest pewien zamysł.
Boję się pisać, bo boję się, chyba po raz pierwszy nieprzychylnych komentarzy, które mnie, chwiejnego zodiakalnego raka mogą zbić z pantałyku.
Dlatego zamysł chwilowo zostaje w głowie i na naszych wieczorno-winnych językach...

Ooooooooooooooo!

Mam też takie dni...

środa, 17 kwietnia 2013

Keep calm



Zimowy Monitor Magazine. Zielona ławka pod domem.
Spokojnie. Nie odwracaj tak nerwowo tej głowy.
Przecież one się nie rozpłyną, nigdzie stąd nie uciekną, nie znikną nagle w trawie i w mleczach.
Wyluzuj. To nie jest płacz twojego dziecka.
Wdech. Wydech.
Już zapomniałam, jak cudowny jest zapach powietrza wymieszanego z obornikiem.

Głupawka



Właściwie to powinnam teraz siąść i się martwić.
Ale nie potrafię.
Przy takiej panoramie za oknem dostaję życiowej głupawki i macham ręką na wszystko.

Bywa

Bywają dni pełne spotkań i ludzi.
A bywają też takie, kiedy zamiast mówić po prostu podczytuję...

wtorek, 16 kwietnia 2013

Bezruch

Dziś mam dzień podkołdrowy.
Spojrzałam na pogodę.
W ten weekend ma być zimno.
Ma lać i mają bić z nieba pioruny.
Mąż zmartwił mnie tym, że dziś znowu zasnął nad ranem.
Nie umiem.
Nie potrafię tak żyć.
W takim kompletnym zawieszeniu.
Musimy podjąć jakąś decyzję.
Każdy kierunek jest lepszy od bezruchu...

Die Welt

Starsza ma nad łóżkiem mapę.
I choć mapę kupiłam latem w Polsce, to na górze triumfuje czarny napis Die Welt, bo innej wersji nie było. I koniec.
Kto wie... może to było przeznaczenie...

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

...

Niedziela to...

W zasadzie nie ma co pisać. Świat ogarnęła euforia.
Nagły nadmiar witaminy D uzupełnia ewentualne braki optymizmu w organizmach.
Szalejemy.
Rowerujemy się.
Zapraszamy do nas.
Odwiedzamy innych.
A do domu zwozimy śpiące, wymęczone, wreszcie wyhasane dzieci...





sobota, 13 kwietnia 2013

Ale o so chodzi...?

No chodzi psze pani o to właśnie...
O nic więcej...
O wczorajszą, absolutnie improwizowaną wizytę włosko-niemieckiej pary, z którą opróżniliśmy bez żadnych skrupułów nalewkę z czarnego bzu. Przypomniałam sobie jak przerażająco miłe jest chichranie się, tak, chichranie... i parskanie niekontrolowanym śmiechem.
A do Berlina? Jasne, że pojedziemy. A co? Od dawna mamy ochotę, tylko tak jakoś nie po drodze nam było...
A teraz to w zasadzie nie do końca wiemy, którędy ta nasza droga prowadzi, więc i 'nie po drodze' się trochę zrelatywizowało....



I o to psze pani, że dziś lato jest. Rozumie pani? Dwadzieścia stopni w cieniu.
Od samego rana 'felicita'. Na obiad 'bicchiere di vino con un panino' i nic więcej do szczęścia nam nie potrzeba.
Otwieramy okna na tak zwaną oścież i maniakalnie powtarzamy na zmianę, w naszych ojczystych językach 'Boże, jak tu pięknie'.
Teraz tak już będzie. Wakacje w każdy weekend. Obiecuję.



I nawet na tym balkonie, niby siedzę, ale jakoś tak lecę.
Na uszach słuchawki. I Możdżer, Dannielsson, Fresco i czerwone wino prosto z Umbrii.



Wie pani, to lepsze niż red bull i wszystkie inne razem wzięte.
Leci pani, nad tymi chmurami, pagórkami, cyprysami.
Jest pani tu i tam.
Trochę we Włoszech, trochę w Polsce.
Na placu w Sienie, a potem za chwilę w parku na Ligocie.
Mówię pani, to działa.
Potem Pat Metheny i Secret Story.
Słucham... pomimo tego, że wiem, że myślami jestem w tym momencie gdzieś indziej....
...

piątek, 12 kwietnia 2013

Poranne słowa Taty



Zgadzam się ze zdaniem Taty, że 'trzeba jak to mówi skoczek Żyła spiąć dupę...' i szukać...
W ogóle z Tatą zgadzam się na całej linii.
Córusia tatusia.
Rak i rak. Rozumiemy się w lot.
Rozmawiamy od zawsze.
Całe szkolne lata podczas wieczornych powrotów ze szkół wszelakich, w aucie, półprzytomna po całym dniu nauki i grania.
Pierwsze lata małżeństwa, w Polsce, codzienny poranny telefon kontrolno-troskliwy.
Teraz na emigracji skajpowe poranne 'i co słychać w wielkim świecie'.
Niby zwykłe 'no i co tam', 'a zupkę zjadłaś', 'a kanapeczki zrobione', 'a dziewczynki zdrowe'...
Jego 'ręka na pulsie'...
Zawsze. Wszędzie.
Mój Tatuś...

A my tymczasem...

środa, 10 kwietnia 2013

Dziś



Dziś oficjalnie zainaugurowałyśmy sezon zrywania polnych kwiatków i wracania do domu przed zmrokiem...

Luźne tłumaczenie

Cebula się lekko przypala, ale...
Ale piszę.
Przedłużono nam kroplówkę z dopływem stałej pensji o ... 6 miesięcy.
Zaczynam rozumieć i odczuwać na własnej skórze słowo 'precariato'...

Kartka od Ciebie



Spodziewałam się, bo przecież pytałeś o adres, ale jakoś tak nadspodziewanie miło zrobiło mi się na widok Twojej dzisiejszej kartki.
Tobie również wiosny w sercu....bo ja nieustanie uważam, że od tego wszystko jednak zależy...

wtorek, 9 kwietnia 2013

niedziela, 7 kwietnia 2013

Dipende



Małe rzeczy czasem bywają wielkie...

Searching for...









Wyszłam.
Szukam.
Patrzę.
Wącham.
Ma przyjść już w ten czwartek.
Głęboko w to wierzę...

Technologiczny baran



Mała Pe zapomniała książeczki o czarnym baranie.
Starsza zrobiła dla niej rysunki zastępcze.
Super pomysł myślę sobie głośno.
Pstryk, klik, send i mała Pe już może mieć namiastkę barana u siebie w Warszawie.
Bezcenna smutna mina starszej i zaborcze porwanie kartek na samą myśl, że wyślemy je mailem aż do Polski!
I pomyśleć, że za kilka lat to ona będzie mi tłumaczyć na czym to wszystko polega....

Pasja



Śpię z Młodszą.
Bo lubię w nocy przytulić się do jej małych stópek.
Bo ona w nocy notorycznie szuka mojego przedramienia do pogłaskania.
Bo czuję się niesamowicie bezpiecznie i 'na swoim miejscu', gdy słyszę bliskie sapanie Starszej.
I chociaż moja noc podzielona jest na kilkanaście drobnych odcinków, na plecach, na boku, lewym, prawym, nocne mleko, zapal światło, woda, siku... to i tak się wysypiam. Po swojemu.
A dziś obudziłam się ze słowem 'pasja' w głowie.
Bo wczorajszy film o życiowej pasji Enzo Ferrari?
A może rozmowa z mężem o tym, że jeśli chodzi o dziewczyny to zdecydowanie wolelibyśmy zawodówkę czy technikum od ogólniaka.
Chciałabym, żeby dziewczyny miały czytaj odnalazły swoją pasję.
Z takim życiowy azymutem żyje się znacznie lepiej...



sobota, 6 kwietnia 2013

Gioco



One mają piaskownicę, ja mam ziemię...

Mama moich córek

Moje córki mają mamę, która cały czas jest jeszcze dzieckiem.
Naturalne blond włosy wiąże nieustannie od dwudziestu paru lat w podwijaną kitkę.
Wieczorem i rano smaruje twarz nawilżającym kremem bambino.
Makijaż robi między doglądaniem gotującego się mleka, a zaparzaniem kawy.
Woli papierniczy od benettona.
Na krytykę reaguje płaczem.
I żyje głównie wspomnieniami i marzeniami...



czwartek, 4 kwietnia 2013

Czy...

Czasem zastanawiam się nad tym, czy gdyby mój mąż mówił tym samym językiem co ja i rozumiał wszystkie moje aluzje, ironie, sarkazmy i drwiny, to czy ożeniłby się ze mną...

Wielka-noc

Moja Wielkanoc była inna.
Goście - owszem.
Pasztet? - A jakże.
Włoska 'colomba' też przyfrunęła i przycupnęła na nowym kredensie.
Biały barszcz z jajkiem zjedliśmy co prawda w sobotę wieczorem, ale to tylko dlatego, że goście postanowili przyspieszyć wyjazd do kraju eskimosów i wiecznej zimy o jeden dzień, o niedzielę wielkanocną właśnie.
I wszystko byłoby w zasadzie w normie, gdyby nie małżeński zgrzyt.
Taki, co to pojawia się nagle, bez pukania i zostaje na dłużej niż chwilę.
Dręczy, swędzi, wybudza w nocy, wykrzywia twarz.
I nagle mąż po którejś z kolacji twierdzi, że mam kompleks wyższości.
Że jestem narcystyczna, ekshibicjonistyczna i w ogóle.
Ja na to płaczem, kurwami, puttanami i innymi z branży.
Potem przez dwa dni myślę, czytam o rozwodzie, separacji.
Zostawiam otwarte pedeefy na pulpicie
I zdjęcia bena afflecka i jude law. I nic.
Nie drga.
Goście się pakują.
Odjeżdżają.
My im machamy polsko-włoską flagą na odjezdne.
I wszystko wraca do normy.



Klikając

Kleofasek Ireny Tuwim doczytany do końca.
Cieszymy się wszystkie trzy, że pingwiny dotarły jednak do swoich rodzinnych krajów.
Gdy wróciły, wysłały sobie wzajemnie widokówki.
Widokówki.
Wi-do-kó-wki czytam powoli.
Młodsza wtulona w moje grubsze o dwa kilo przedramię.
Czy one będą wiedziały, co to są widokówki?
Tak... Pewnie, że tak.
Jeśli tylko je nauczę.

-----
A teraz?
Teraz sączę powolutku, z namaszczeniem schłodzonego Żywca.
I rozmawiam wirtualnie z przyjaciółką, z którą jadałyśmy w szkole średniej przepyszne, pszenne, ogromne buły z pasztetem drobiowym, bez zamartwiania się o pulchne przedramiona.
I tak rozmawiając i śmiejąc się niby do niej, a jednak do siebie zastanawiam się, ile małżeństw nie przetrwa tej przedłużającej się zimy....

Żeby było świeżej

Kilka dni temu wdrożyłam w życie nową zasadę.
Przynajmniej raz w ciągu dnia robię rzecz,o którą bym się w danym momencie nie posądzała...

wtorek, 2 kwietnia 2013

Wishes

- Mamuś, a kupisz mi na urodziny taki niby telefon, niby komputer czerwony... ten który ma wujek K, taki z nadgryzionym jabłuszkiem...?
- Eghhh.....

O Niej słów kilka

Czasem tak jest, że zna się kogoś, ale poznaje dopiero po latach.
Poznałyśmy się dwa lata temu, ale znamy się jeszcze z czasów katowickiego czerwonoceglastego liceum.
Przyjechałaś do mnie na wieś, bo kisiłaś się w stolicy na macierzyńskim.
Przpadek? Magia fejsbukowych statusów w stylu "kto mnie odwiedzi?'?

Nieistotne.
Minęły trzy zaledwie lata.
Parę kilkudniowych odwiedzin, my u was, wy u nas.

Twoja Pe nie rozstaje się z moją wydzierganą peppą, a niebieskie kulki w kropki do kredensu, które mi przywiozłaś to chyba jeden z najbardziej trafionych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałam. Miałaś dać mi jeszcze 'Słodkie' Liski, ale wypatrzyłaś u mnie na półce i uśmiechnęłaś się po kryjomu do męża. 'Słodkie' zostanie u Ciebie.
Nie wzdycham. Nie tęsknię. Nie płaczę.
Wiem, że się znowu spotkamy.
Na tym szalonym weselu w Mszanie. W czerwcu.
Waszą Warszawę też odwiedzimy. Bez obaw.
Skoczymy do waszego ulubionego Meat Love czy jakoś tak.


Szkoda tylko, że tak strasznie padało.
I że w drodze do Rimini pękła nam opona i do Rimini ostatecznie nie dojechaliśmy.
Tylko w mojej Sienie wyszło niespodziewanie kilka promyków słońca.
Tak bardzo chciałaś ją zobaczyć. Tak bardzo chciałam Ci ją pokazać.
Tak dużo Ci o niej opowiadałam.
Nie zawiodłaś się.
Może to siła sugestii, ale też uznałaś że Florencja się nie umywa. Może.



Dziś odsypiasz czternastogodzinną podróż.
Nie będę Cię męczyć...