czwartek, 30 maja 2013

Apulia mia



To miasto jest jak Nowy Jork w wersji sześciopiętrowej,
z tą różnicą, że śpi w godzinach siesty.
Jak mrowisko.
Jak wieczne hiszpańskie after party.
Jest brutalne.
Jest przyjazne.
Łaskocze po podniebieniu na każdym byle rogu.
I gdy tak wdycham każdy metr sześcienny powietrza, gdy omijam dużym krokiem sterty śmieci, gdy zza rogu łypie na mnie masywne Gargano, myślę sobie, że mogłabym tu mieszkać.
Może nie na zawsze, nie do końca, ale dość długo, a może nawet dłużej...

środa, 29 maja 2013

Nadmiar

Śmieszne to.... ale ostatnio piszę albo o jedzeniu, albo o odchudzaniu.
Durna typowa baba ze mnie!
Po cichu spodziewałam się jednak tego etapu.
Etapu absolutnej równowagi i szczęścia.
Bo prawda jest taka, że język i wzrok wyostrzają mi się zawsze w samotności.
A teraz nadchodzi okres absolutnego towarzyskiego festynu.
Są nareszcie wokół mnie znajomi, przyjaciele, rodzina.
Dzień nie składa się z kilku skrzętnie ustalonych rytuałów,
a z miliona drobnych niespodzianek i tysiąca nieplanowanych wydarzeń.
Bo są ludzie.
A ludzie są ważni.
Ładuję akumulatory na okres jesienno-zimowy.
Ale nadmiarem entuzjamu i szczęścia chętnie się podzielę!

Wtorkowo



Nie da rady.
Nie jestem w stanie oprzeć się kuchni teściowej.
Biegam dalej, ale wieczorna pizza, czy świeża mozzarella di bufala robią swoje.
I tak oto pojawił mi się sympatyczny brzuszek.
Staram się tym nie przejmować, bo za kilka dni stąd wyjedziemy i wrócimy może jesienią.
Trening zawęziłam do wersji porannej, ale za to wydłużyłam do 60 minut.
No i najważniejsze.
Biegam w wersji 8 minut biegu kontra 2 minuty spaceru.
Bez absolutnie minimalnego zmęczenia, kolki czy zadyszki.
Po bieganiu dobijam się paroma minutami brzuszków i innych wygibasów, które podejrzałam w modnej 'szóstce Weidera'.
Najwięcej różnicy widzę w kształcie nóg:)
Jest dobrze. Bieganiem zaraziłam męża.





Chwilowy brzuszek nie zmienia faktu, że czuję się wyśmienicie i chce mi się.
Wszystkiego!

poniedziałek, 27 maja 2013

Każdy ma swoją Elizę Mórawską

Moją włoską teściową podziwiam, podpytuję, fotografuję od lat.
Ale wczoraj po raz pierwszy weszłyśmy w role 'maestra - studentessa'.
Było cudownie.
Przegadałyśmy przy tym całe popołudnie.
Teściowej nie muszę namawiać, nie muszę o nic prosić.
Wystarczy, że pod nosem napomknę o czymś 'sotto voce' i ona od razu realizuje moje marzenia.
A marzyło mi się od dawna wspólne przygotowanie najpopularniejszego we włoskim cukiernictwie kremu - crema pasticcera.
Jestem absolutnie lewa, jeśli chodzi o ciasta.
Patrzę na torty, tarty i inne wyroby i nie jestem sobie w stanie wyobrazić nawet z czego są zrobione.
Ale ten krem.... ten krem jest absolutnie prosty i absolutnie genialny i można wykorzystać go na tysiące sposobów.

Poniżej mały tutorial dla potomnych...

składniki:
- 5 żółtek
- 225 gr cukru = 15 płaskich łyżek (1 płaska łyżka to 15 gr)
- 90 gr mąki = 6 czubatych łyżek (1 czubata łyżka to 15 gr)
- 800 ml mleka
- starta skórka z 4 cytryn

Do żółtek (1) dodajemy cukier (2).
Mieszamy (3).
Dodajemy mąkę (4).
Mieszamy wszystko do momentu, aż uzyskamy gęstą kulę (5).
Bardzo ważne!
Bardzo stopniowo dodajemy mleko (6,7), inaczej cały czas będziemy mieli kule, kulki i inne grudki.
Na samym końcu dodajemy startą skórkę z cytryn (8).
I teraz najważniejsze.
Stawiamy wszystko na ogniu i cały czas mieszamy (9), ale.....
NIGDY PRZENIGDY NIE ZMIENIAMY OGNIA W TRAKCIE GOTOWANIA.
W przeciwnym razie zrobimy sobie domową cytrynową ricottę.
Ogień powinien być średni, a szpatułka do mieszania najlepiej płaska,
wtedy możemy dokładnie 'zbierać' gęstnięjący krem z dna rondelka.
Mieszamy jeszcze przez moment po zagotowaniu się, aby ugotować dokładnie mąkę.
Krem oczywiście musimy ostudzić, ale ABSOLUTNIE nie stawiamy go w lodówce, ani nie zanurzamy garnka w zimnej wodzie.
Inaczej krem straci konsystencję i stanie się płynny.
Krem zbyt gęsty można uratować poprzez zmiksowanie blenderem.
Krem zbyt płynny jest praktycznie nie do odratowania.
Musi ostudzić się sam :). Ból czekania jest ogromy.
Co jakiś czas, po odstawieniu z ognia mieszamy, żeby nie utworzył się korzuch.


Efekt końcowy jest genialny.
Gdyby nie teściowa, pochłonęłabym wszystko za jednym zamachem na podwieczorek...
Krem wykorzystałyśmy do zrobienia ciasta 'pasticciotto leccese'...typowego dla miasta Lecce, na samym południu Apulii.








Very good Monday morning



Sekretów zdradzanie ciąg dalszy.
Kulinarna orgia trwa.
Dziś rano wszyscy domownicy pokochali poniedziałkowe poranki...

niedziela, 26 maja 2013

Małe wielki rzeczy

Bieganie mnie pobudza.
Chce mi się.
Wszystkiego.
Wczoraj namówiłam teściową na targ.
Targ, który jest dudniącym, jak po ciężkim wysiłku sercem miasta.
Wzięłyśmy dziewczynki mocno za ręce, bo na tym targu trzymać się trzeba bardzo mocno.



Okrzyki. przekrzykiwania. O jaka ta dziewczynka ładna!
O mamuś, patrz ten ślimak się rusza!
A to jest taki ślimak do jedzenia czy taki domowy?
Fuj!!!



Polowałyśmy na szparagi i na karczochy.
Obiecałam sobie, że ten pobyt u teściów wykorzystam na zrobienie kilku słoików.
Że koniecznie chcę się czegoś nauczyć.
Taki domowy, włoski kurs kulinarny.

Tu nie kupuje się na deko czy pęczki.
Tu kupuje się na siatki.





Domowe pichcenie wygrało ostatenicze z bajkami.



Czyścimy, obieramy.
Karczochy z uwagi na dużą ilość żelaza sprawiają, że czernieją nam dłonie.
Ostrawe liście dziurawią z kolei rękawiczki.
136 karczochów.
Nie wiemy, czy śmiać się czy płakać.



Żeby nie sczerniały warzywa, wrzucamy je do wody z sokiem z 4 cytryn.



A teraz najważniejsze.
Gotowanie.
Litr białego wina z litrem octu winnego i trzema porządnymi garściami gruboziarnistej soli doprowadzamy do wrzenia.
Tak samo postępujemy zarówno przy karczochach, jak i przy szparagach.
Do wrzącego płynu wrzucamy warzywa.
Od momentu wrzenia odliczamy skrupulatnie 2 minuty.
Chcemy, żeby warzywa, które potem zalejemy olejem mimo wszystko były chrupiące.




Odcedzone warzywa suszymy na tacach przykrytych bawełnianymi szmatkami.
Szparagi będą się suszyć kilka godzin.
Karczochy aż do jutra.
Przed wyłożeniem na szmatki, karczochy delikatnie wyciskamy.
Mają więcej wody z uwagi na płaty.
A my wody nie chcemy, bo to ona sprawia, że warzywa tracą kruchość.





Cały dom cuchnie potwornie octem, ale wiem, że było warto.
Przekonam się o tym już niebawem, gdy wczesną jesienią otworzę jeden ze słoiczków...



Wskazówki teściowej:
- olej z zalewy można użyć np do sałatek lub do smażenia/pieczenia mięsa, będzie miał oczywiście lekko szparagowy/karczochowy posmak
- przed definitywnym zakręceniem, odstawiamy przykryte słoiki na noc. Warzywa absorbują olej i może się zdarzyć, że będzie go za mało i wyhodujemy sobie sympatyczną pleśn.


piątek, 24 maja 2013

Nowe okoliczości przyrody.

Bałam się, że tak jak przez ostatnie 10 lat, tak samo dziś rano obudzę się przed południem.
Bałam się, że ten południowy styl życia, który przetestowałam już o każdej porze roku, w każdej konfiguracji, jako singielka, jako narzeczona, jako mężatka bezdzietna, z jednym dzieckiem, a teraz z dwójką, że to wolne tempo nabijane miarowo i precyzyjnie posiłkami i przerwami na trawienie tych posiłków, że to wszystko mnie rozleniwi.
A jednak nie.
Dobrowolne samoobudzenie grubo przed dziewiątą, kawa zaparzona przez teściową.
Do kawy kruche ciasteczka domowej roboty i wio.
Urban sport.
Wszędzie szkła i psie kupy.
Krzywe krawężniki i kompletnie starte pasy dla pieszych.
Dudniące, mocno obtłuczone auta.
I nagle park.
A w parku inni biegacze.
Czuć wspólne porozumienie.
Zaczynamy się mijać.
Poznaję kolory dresów.
Dyskretnie patrzę na kształty sylwetek.
O, temu panu jeszcze nie ruszyła produkcja endorfin.
Biegnie z takim wkurwem na twarzy.
Ale chwila, moment, jeszcze jedno okrążenie i grymas powoli mija.
Bieganie w mieście jest jak czytanie książki, jak seans w kinie, jak rejs wycieczkowcem.
Popołudniu pobiegłam prawie 50 minut, tak się zaczytałam...


Wiosennie



Jesteśmy.
W zimnawej, quasi irlandzkiej Apulii.
Rok temu o tej porze szykowałam walizy nad morze.
W tym roku wpadamy tylko z wizytą. W klimacie wczesnowiosennym...
Ale to zawsze Apulia.
Moja druga ojczyzna.
Rzeźkie powietrze zamiast rażącego słońca bardzo mi odpowiada.
Dziś będzie chrupiąca skórka i kruche dzikie szparagi...

środa, 22 maja 2013

Mamy

Mamy są zdolne.
Mamy są mądre.
Mamy są kreatywne.
Mamy mają pasje.
Mamy robią świetne biznesy.
Mamy mają rewelacyjne pomysły.
Dorzucam swoje trzy grosze do sympatycznego projektu, który po raz kolejny zmusił mnie do wertowania zdjęć i chwilowego zadumania...
(klik)...



wtorek, 21 maja 2013

Raport 4 tgd



Poranna waga mnie powaliła - 59,7kg.
4 tygodnie i bezbolesne 2 kilo.
Równomiernie. Pół kg na tydzień. Książkowo.
Tak mnie ta waga powaliła, że musiałam to uczcić i w ciągu dnia nadrobiłam szybko jakiś kilogram radości wymieszanej z batonikami z ryżu polanymi czekoladą. A niech tam...

Biegam.
Biegam dalej.
Odpoczywam w niedzielę, a w pozostałe dni nadal dwa razy, rano i wieczorem.
Biegam bardzo powolutku. Ogromna frajda.
No i wiem doskonale co w trawie piszczy. Dosłownie. Wiem komu gdzie kwitną czereśnie, komu zbelkowali już siano, komu przekwita czarny bez i kto ma małe kotki.
Wracam zawsze mokra jak kratka od studzienki kanalizacyjnej po roztopach.



Martwię się tylko o moje bieganie w Apulii, do której jedziemy już w czwartek, aż na 10 dni.
Bo tam biega przeważnie ten, kto coś komuś zwinie.
Mąż już zapowiedział, że do mnie dołączy w formie eskorty... Taaaaa...

poniedziałek, 20 maja 2013

AAA Balkonsitter



W tym roku doczekałam się pierwszy raz własnoręcznie wysianych kwiatów.
I aż serce mi pęka na samą myśl o tym, co tu się wydarzy do końca sierpnia?
Będą stepy akermańskie jak nic....

Come back home



W czwartek jedziemy na 10 dni do Apulii.
Pożegnać teściów przed długimi polskimi wakacjami pod lipą.
Nie wiem jeszcze jak te krzaczory przewieziemy, ale wiem jedno, że teściowa z pewnością zrobi z nich konkretny użytek.
Śmieszne uczucie wieźć pomidory do pomidorowego zagłębia...

Trema



Wczorajszą niedzielę spędziłam przy garach.
Przerobiłam bakłażany, papryki i fasolkę szparagową.
Zrobiłam tartę z kremem 'pasticciera' i truskawkami.
Nazbierałam kwiatów bzu na jesienny syrop.
Wszystko po to, żeby przydusić lekko tremę przed wieczornym koncertem.
To już mój czwarty tutejszy koncert.
Powoli zaczynam się czuć jak weteran.
Poznaję twarze na widowni.
Prawie zawsze te same.
A gdy nocą wracałam do domu, w czarnych szpilkach, w błyszczącej sukni do prawie kostek, to poczułam się jak u siebie.
I pomyślałam, że jeśli przyjdzie nam się niedługo pakować i stąd wyjeżdżać, to będę ryczeć jak dziecko...

sobota, 18 maja 2013

Orgia



W Italii uwielbam to, że każdy, nawet najkrótszy i najbardziej banalny spacer jest orgią zapachów i smaków...

Buongiorno!



Sobotni poranek. Piękny sobotni poranek.
Beztroski sobotni poranek.
Kawa.
Za chwilę bieg przełajowy z bokserką albinoską.
Mąż odsypia nocne pieczenie chleba i lepienie bułeczek.
W naszym wspólnym życiu napisał mi chyba tylko dwa razy wiadomość na kartce.
Pierwszą, zostawioną na lodówce z napisem 'to dla Ciebie'.
Tamta bielska lodówka zdecydowanie przewyższała moje 158 cm.
Kartka została przeze mnie zsunięta tak zamaszyście, że pierścionka zaręczynowego szukałam przez całe przedpołudnie.
Dzisiejsze 'włącz piekarnik' było zdecydowanie bardziej oczywiste... choć przyznam się szczerze, że kilka minut zajęło mi połączenie w jedną całość dwóch faktów - napisu na kartce i odurzającego zapachu wyrośniętego ciasta...
Ja zaczynam dzień! Kolejny fantastyczny dzień mojego polsko-włoskiego życia!
Buongiorno!

piątek, 17 maja 2013

Piątek



Słucham J.A.P Kaczmarka. Neverland.
Planuję w głowie dzisiejsze popołudnie ze Starszą.
Zabieram ją na lody, na spacer po mieście, na rękę za rękę...
Tylko ja i ona.

wtorek, 14 maja 2013

Kuracja - 3 tgd

Kontrola.
Biegam już 3 tygodnie.
Aktualnie i rano i wieczorem.
Po pół godziny.
Waga 60,5 kg kontra wyjściowe 61,7. Bez większych rewelacji.
Najwięcej zmian widać i czuć w biodrach - 90cm, kontra wyjściowe 96cm.
Talia, uda i dupsko bez większych zmian.
Nie stosuję żadnej diety, poza tym, że po prostu się nie nażeram wieczorami, ale jeśli grzeszę, a grzeszę, to w ciągu dnia.
Dużo piję. Jem wszystko w umiarkowanych ilościach. Nie unikam makaronów, ani pieczywa.
Dzień zaczynam przeważnie od szklanki letniej wody z cytryną.
Potem kawka, ciasteczko i fru w pola.
Biegam po wertepach, w deszczu, po i przed burzą, w błocie, po schodach, pod górkę, pod słońce, pod wiatr.
Chcę przygotować się do jesieni i zimy, żeby nie mieć wymówek, że prószy, pada i zimno.



A tak było raptem tydzień temu:



Moje 'wtorkowo' wrzuciłam też do górnego menu.

Czuję się lekka, mąż stwierdził, że zdecydowanie mniej się wydzieram...no i ten głęboki sen...
Pozdrawiam serdecznie!
A jeśli któraś z Was jeszcze nie biega, to do dzieła! To działa jak narkotyk!

niedziela, 12 maja 2013

Osobista rozprawa o szczęściu



"a w ogóle to jak opowiadam mamie jaka jesteś szczęśliwa , to się cieszymy, bo to jest zaraźliwe..."
przeczytałam z dużym opóźnieniem na piątkowym czacie z tatą.
Wzruszyłam się.
W głowie otworzył mi się natychmiast plik z archiwalnymi danymi.
Pamiętam.
Rok może 2008, może później.
Poza tym, że mamy w naszym prywatnym życiu wątek włoski, jesteśmy absolutnie normalną parą.
Zapracowaną. Pod trzydziestkę. Z domem w budowie i działką metrów prawie 1600 gdzieś poza miastem.
Z dzieckiem zaparkowanym notorycznie u dziadków, bo praca, bo kawa, bo wyjście, wreszcie bo późnoniedzielne zakupy w auchan, bo w tygodniu nie ma mowy o czasie na cokolwiek. Z księgową. Z comiesięcznym zusem i usem.
Przypadkiem na komputerze taty otwieram plik w wordzie.
To były czasy, kiedy nie posądzałam go jeszcze o umiejętności pisania na klawiaturze, a tym bardziej poruszanie się po systemie windows office. Pewna, że to moje kolejne tłumaczenie, robione gdzieś między lekcjami, a wywożeniem dziecka do dziadków, otwieram.
I czytam. I zaczynam płakać.
Nigdy mu o tym nie powiedziałam, że przeczytałam ten jego list do córki.
Do jedynej córki.
Tak chyba zresztą go nazwał.
Był pełen obaw. O nas. O to, co robimy z naszym życiem. O ten stres, ten pęd, te nerwy.
Listu nie przekopiowałam. Dziś żałuję.
Może gdzieś jeszcze istnieje w czeluściach archiwalnych folderów.



Nieistotne. Tak było 5 lat temu.
W tym okresie przybyło nam kolejne dziecko.
Ubyło rąk do opieki i ubyło drastycznie etatów.
A ja jestem szczęśliwa.
A oni razem ze mną.
Myślę o tamtym okresie w naszym życiu.
Było wszystko. Było podręcznikowo.
Było umiarkowanie.



Szczęście było jak linia przebiegająca równoległe.
Czasem było je widać i wtedy oboje cichutko pod nosem, patrząc na siebie porozumiemawawczo, wypowiadaliśmy w unisono 'ale to piękne, cudownie byłoby...'. Zdecydowanie częściej jednak nasze szczęście było jak linia prostopadła, przecinając naszą drogę gdzieś... kiedyś.... za ileś lat, jak już będzie ten ogród i ta weranda od strony zachodniej...
Żyliśmy w permanentnym poczuciu niespełnienia, w poczuciu, że coś nas omija.



I potem przyszły zmiany.
I jest dziś.
Maj 2013.
Kiedy nic prawie nie jest jak być powinno.
A my jesteśmy tak szalenie szczęśliwi, że aż momentami obawiam się czy to nie jakaś forma narkotycznej reakcji organizmu.



Bo szczęścia się zwykle obawiamy.
Obawiamy się tego, że zaraz przyjdzie nam za nie słono zapłacić.
Że przyjemność równa się wyrzeczenie.
I pewnie tak jest...









piątek, 10 maja 2013

Cinderella

Uchylam okna. Na chwilę. Na weekend.
Zamknęłam bloga tylko dla zaproszonych czytelników, ale uświadomiłam sobie, że w komunikacie, który wyskakuje na stronie nie ma żadnego adresu mailowego do kontaktu, a nie każdy ma/lubi/używa/toleruje fb.
Czekam na was.
Kto czyta, lubi, chciałaby dalej śledzić nasze polsko-włoskie losy :)... podaję maila: dacapoblogspot@gmail.com, na który trzeba wysłać adres skrzynki, który mam autoryzować. Tyle.
W niedzielę o 24.00 jak Kopciuszek :) ucieknę znowu i zamknę się w mojej wieży:)
Miłego weekendu....

czwartek, 9 maja 2013

Cara terra mia



To był cudownie przeżyty dzień.
Mam takie ciepłe uczucie spełnienia.
Kupione pod domem, poranne rogaliki i ulubione bombolone do szkoły.
Spacer z psem.
Próba przed finałowym koncertem.
Pośpieszne macchiato wypite z energetyczną flecistką.
Lekcja fortepianu z Mari.
Powrót na obiad, na trofie ze świeżymi pomidorkami koktajlowymi.
Potem zamiana ról.
Ja do zadań do domowych, on do miasta, na kolejne spotkania w agencji pracy.
Krótka drzemka.
Melonowy podwieczorek.
Malowanie kredą pod blokiem.
I cudowny wieczorny spacer nad rzekę.
Kocham Cię życie...

Makowe pole

Bez zbędnych słów.
Jest pięknie.
Po prostu.

środa, 8 maja 2013

Cieńka słomka



Dwuletni kurs, który właśnie wielkimi krokami dobiega końca, nauczył mnie bardzo dużo.
Dziś jak nigdy, kiedy stoimy w kompletnym rozkroku, kiedy mąż od dwóch dni oficjalnie figuruje na liście zasiłkowanych,
kiedy nic nie wiemy i niczego nie planujemy, potrafimy sączyć każdy dzień cieniutką słomką.
Jak żyć powoli i nie zwariować, gdy wokół lunapark i rozhuśtane karuzele...

Przy porannej drugiej kawie uśmiecham się do męża i powtarzam z uporem, że jedni inwestują w m2, a my jedyne co możemy zrobić, to zainwestować narazie we własne zdrowie psychiczne i fizyczne.
Sport i dobre odżywianie.
Życie absolutnie bezstresowe.
Rano odprowadzam Starszą do szkoły.
Potem spacer i bieganie z psem.
Potem zamiana warty.
On bierze się za rower.
Ja w między czasie siadam do języka.
Potem wspólne gotowanie obiadu.
Dołącza Starsza.
To co dziś robimy, gdzie jedziemy? Lody? Spacer? Biblioteka?

Oczywiście.
Nie będzie w tym roku żadnej Dominikany, a tylko, a może aż tyle - podradomska wieś w wersji full-time i low-cost, z ekskluzywnymi warzywami super bio, z totalnym down-shiftem, z glebo i werandoterapią.
Otuleni rodziną i przyjaciółmi.

Dominikana poczeka.
Zresztą nawet nie było jej w planach, więc nikt niczego nie żałuje.
Płyniemy trochę pod prąd.
W dzisiejszych czasach nie szukać uparcie i byle czego, byleby była pensja?
Nie wchodzimy w szczegóły naszego rozumowania ani z południowymi teściami, ani z moimi rezolutnymi rodzicami.
Mamy w głowach kilka projektów, kilka planów.
Założyliśmy sobie zeszyt. Daliśmy mu nawet tytuł "Idee' czyli pomysły.
A wszystkiemu towarzyszy takie miłe uczucie, że bardzo wiele teraz zależy już tylko od nas samych...



wtorek, 7 maja 2013

Chi va piano va sano e va lontano



Powoli do celu.
Bez szokujących, zawrotnych decyzji.
Truchtam, biegam, rano, wieczorem, w słońcu, w deszczu...
Waga stoi w miejscu, ale ciało czuje różnicę...

niedziela, 5 maja 2013

Yellow



I mamy chwilowo jesień....

Historie balkonowe



Dziś rano wyprowadziłam Młodszą na balkon, zaspaną, w piżamce, żeby powąchała listki naszych krzaczków pomidorowych.
Usłyszałam cudowne, trzyletnie, zachrypnięte 'łaaaaaaaaaaaaaał'!

Lost in Bologna city



Wczorajszy ślub (klik) odbył się w niewyobrażalnym upale.
Zamiast czekać na mnie w bolońskich parkach, z nocnikiem w reklamówce i przepoconymi dziewczynami, kazałam mężowi wrócić do domu.
Poradzę sobie.
Dam sobie radę.
Przecież o 18.00 z hakiem jest jeszcze widno.
Nic mi się nie stanie.
Jakoś dojdę do centrum, a potem na dworzec pkp.
Dobrze, poproszę o podwiezienie. Promesso.
Zadzwonię z pociągu.



Wczoraj miałam ochotę pochodzić, wrócić sama, pogubić się w Bolonii.
To czerwone miasto mnie zachwyca. Jak to się ładnie mówi 'e' ancora tutto da scoprire'...
Bez mapy, ubrana na galowo, z adrenaliną, która powoli schodziła z żyły szyjnej do trochę zmęczonych przydługim truchtem stóp.
Szłam.
Jedyne, co wiedziałam to to, że jestem na południu, a mam dojść na północ.
Wsłuchiwałam się w hałas.
W rozmowy.
Przyglądałam ludziom.
Uśmiechałam.



Odmówiłam podwiezienia.
Chciałam przejść całe miasto na nogach.
Poczuć jego rytm.
W to cudowne, upalne, sobotnie, włoskie popołudnie...


Romans kobiety trzydziestoletniej

Nie spodziewałam się tego.
Szczerze.
Po cichu liczyłam, że może zaiskrzy.
Taka mała odmiana. Skoro inni mogą, to dlaczego nie ja...
Zaczęliśmy się spotykać tak po prostu.
Pod domem.
Niedaleko.
Na wyciągnięcie ręki.
Bez zbędnych wydatków, wyjazdów, pleneru, inwestycji.
Dziś mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że wpadłam po uszy.
Jak śliwka w kompot.
Jak gruszka w mięsiste fondue.
Budzę się i włącza mi się myślenie i ogromna ochota na...
Patrzę na zegarek.
I już chcę się wymknąć, zamknąć za sobą drzwi.
Korzyści z tego ma również mój mąż.
Bo kwitnę.
Bo tryskam energią i optymizmem. Pomimo.
To nie jest miłość.
To jest tylko zauroczenie.
Mam nadzieje, że nie chwilowe, nie sezonowe.

Ja i bieganie...

People I adore

Być nauczycielem muzyki to jak mieć magiczny klucz.
Wchodzę do domów różnych, ciekawych ludzi...
Bez wywarzania.
Bez domofonów.
Nawet bez pukania.
Przyglądam się meblom, obrazom, książkom.
Pytam o liczne zdjęcia.
Toniemy w rozmowie.
Mari pokazuje mi cudowny widok z sypialni, na aleję pełną kwitnących kasztanowców.
Z salonu widać bardzo zielone, zadbane patio.
Mari ma prawie 70 lat.
Jest emerytowaną nauczycielką z tysiącem pasji.
Sama.
Samotna.
Nie. Nie samotna.
Swoje życie wypełnia korepetycjami ze wszystkich możliwych przedmiotów.
Kilka lat temu zdała proficiency.
Teraz, żeby nie zapomnieć, żeby polepszyć, żeby... jeździ raz w tygodniu do Bolonii na konwersacje z anglikiem.
Uczy się gry na fortepianie, bo chce móc przygrywać na swoich lekcjach oryginalne angielskie kolędy i piosenki.
A poza tym... maniakalnie zbiera ołówki.