wtorek, 30 lipca 2013

Wiem swoje

I choć nazwałaś mnie 'egoistką' i zarzuciłaś mi kilkakrotnie,
że wracając nagle pod koniec lipca do miasta 'pozbawiam dzieci wakacji',
a nasz gwałtowny pomysł o powrocie doprowadził Cię
do furii,
jak i tak wiem swoje...
Bo to nie tak, że niczego nie było i nic się nie wydarzyło...
Bo była wata cukrowa na Jana...



I zbieranie kwiatów lipy w trzecim tygodniu czerwca...



Codzienna niemalże dostawa jagód prosto z lasu...



I zrywanie orzechów na eksperymentalną, pierwszą w życiu orzechówkę...



Codziennie doglądanie sadu i warzywniaka...



Posiłki prawie zawsze plenerowe...



Na talerzach z reguły kolorowo...



Był moment na zadumę i na tłumaczenie co się dzieje z nami, gdy nas zabraknie...



Było o prosie, którym niektórzy karmią jeszcze swój grzebiący drób...



I o tym, co w ziemi...



a co ponad nią...




i jak wygląda malwa...



Było rytualne wieczorne rysowanie i wylegiwanie się na rozgrzanym asfalcie...





A Ty mi mówisz, że beznadziejna ze mnie matka, 'bo pozbawiam dzieci wakacji' ...









Odliczanie

I choć przyznaję się bez bicia,
że w tym roku jak nigdy odliczam dni brakujące do pierwszego wrześniowego dzwonka,
a na samą myśl o wyczekiwanym od ponad trzech lat pobyciu 'sam na sam ze sobą'
na twarzy pojawia się dyskretny rogal wyciśniętej jak cytryna matki,
to bez nich nic by nie było...

Lepiej

Czuję się zdecydowanie lepiej w nowej odsłonie.
I choć nowe wcale już nowe nie jest, bo w zasadzie nadaję się znowu pod zręczne nożyce miłej pani z salonu,
to jedank są momenty gdy patrzę na siebie i nadal nie wierzę...

poniedziałek, 29 lipca 2013

What's on your mind?

Pokazujemy ludziom nasze balkony.
Zezwalamy na łypanie okiem w kierunku naszych talerzy i trunków.
Chwalimy się nową fryzurą, nową figurą, nowonarodzonym dzieckiem.
Zapraszamy na kawę, wino, spacer...
A jednak ciężko nam wpisać do statusu zwykłe: szukam pracy...

sobota, 27 lipca 2013

A może kawa?

Miałam 25 lat. On o pięć więcej.
Byliśmy młodzi i szczupli i strasznie chcieliśmy mieć dziecko z tej całej
niepohamowanej polsko-włoskiej miłości.
Czuliśmy, że to już czas.
I stało się.
Zgodnie z zasadą 'detto-fatto'.
Dopiero po fakcie, po wstepnej szczeniackiej kalkulacji wyszło nam,
że żeby brzuch nie wystawał za bardzo spod ślubnej sukienki, to musi to być ślub zimowy.
Bez literki 'r' w dodatku.
Poszliśmy więc na kurs przedmałżeński wysłuchiwać wykładów o naturalnym planowaniu rodziny.
Pani o mocno siwych włosach bardzo obrazowo tłumaczyła mi to, jaką konsystęncję musi mieć śluz, żeby mieć pewność, że nie wpadniemy.
Potakiwałam.
Zapadło mi mocno w pamięć gestykulowanie i sygestywne pokazywanie kciukiem i wskazującym
i porównywanie śluzu do białka jajka.
Chyba nawet wypełniłam fikcyjny kalendarz z poranną i wieczorną temperaturą.
Oddałam w terminie.
Zaliczyłam wszystko.
Potem w trakcie trwania kursu ciąża okazała się być martwą.
A ja dalej potulnie przytakiwałam na wykładach pani o mocno siwych włosach
i bardzo radykalnych poglądach.
Postanowiliśmy pomimo wszystko się pobrać.
Bo i tak najwyższy czas.
Cały okres przygotowywania trwał piorunująco krótko.
Termin zbliżał sie nieubłagalnie.
Wyjazdy do ambasady, wysyłanie dokumentów, szukanie noclegów dla apulijskiej rodziny i przyjaciół.
Nie pamiętam wiele, ale do dziś pamiętam radę pani o mocno siwych włosach.
Radę, a wlaściwie przypowieść.
O pewnej parze z bardzo długim stażem.
I ta para miała taki sposób na konflikty.
Gdy jedna ze stron milczała, druga po kilku dniach podchodziła i cichutko podpytywała:
Może chcesz kawę?
I ta kawa, wspólnie wypita, łagodziła wszystko.
I wszystko wracało do małżeńskiej normy.
Zasada kawy działa również w przypadku innych bliskich osob.
Dzięki niej wczoraj udało mi się zdawkowo złożyć imieninowe życzenia obrażonej od tygodnia mamie.





piątek, 26 lipca 2013

Dylematy powsinogi

Przewieźć meble czy nie przewieźć?
Zrobić wyprzedaż garażową czy zwozić ten cały pobielany kram?
Wchodzimy w najbardziej skomplikowany logistycznie etap
tego całego polsko-włoskiego zamieszania.
Szukam rad, konsultuję się, obdzwaniam...
Any suggestions?

czwartek, 25 lipca 2013

Fine

Życie samo napisało scenariusz tego bloga.
Dziś rano podpisaliśmy umowę najmu.
Na rok.
Następny rok.
Inny, nowy rok.
Rok w Polsce.
Jakoś tak mam, że jestem grubo dorosła, ale rytm naszego życia
cały czas wyznacza rok szkolny.
Od do.
Dzieci ustawione.
Szkoła i przedszkole pozałatwiane.
Starsza wskakuje do drugiej klasy.
Młodsza narazie pobuja się w placówce prywatnej, potem zobaczymy.
Mąż od przyszłego tygodnia zaczyna pracę.
Ja, jak tylko przejdzie mi ból w okolicach skroni, wezmę się do wysyłania maili z moją ofertą zajęć.
To, co chwilowo nas niepokoi to nieuchronny powrót do Włoch i przeprowadzka.
Poza tym dzieje się.
Oj ile się dzieje.
Telefony i maile się urywają, bo chyba w sumie to fajni z nas ludzie
skoro sporo starych znajomych proponuje pomoc.
Znajomi, starzy uczniowie, którzy z biegiem czasu stali się przyjaciółmi.
Tu obiad, tam wspólna kawa, gdzie indziej grillowanie, wczoraj karmelowe karmi.
W kolejce czeka obiecana zapiekanka z jajkiem pod czwórką.
W zasadzie ten blog stracił swój pierwotny sens...
Ale niech sobie pobędzie...W sumie dobrze mi z nim...

środa, 24 lipca 2013

Życiowe unisono

Spokój.
Za oknem szczeka jakiś obłąkany katowicki pies.
Popijam powoli cichą kawę.
Każdy wyprodukowany mail, w jednym lub drugim kierunku, jest jak oczyszczenie.
Więc produkuję.
Cristina już wie, że doniczek i skrzynek długo nie odbiorę.
Angiola też już wie, że wariacje Golbergowskie ćwiczyć będę w Polsce.
Alexandry wcale nie zdziwiła nasza decyzja i dodała,
że 'le amicizie che contano possono mantenersi anche con la distanza'.
Pamela i Andrea nas podziwiają i czekają na nas, gdy wrócimy pakować meble.
A ja?
A ja jestem jak Piotruś Pan.
Bo już się widzę na mikołowskim ryneczku, robiącą zakupy
czy mknącą moim kawowym rowerem z wiklinowym koszykiem przez wąskie uliczki,
odprowadzającą dzieci do szkół i przedszkoli i jadącą do jakiejś tam pracy.
Do łask wrócił dawno nie używany kalendarz, żeby nie zapomnieć o spotkaniu,
kawie z przyjaciółką, wieczornym wyjściu z kumplami czy niedzielnym obiedzie
ze znajomymi.
Entuzjazm powoli zaczyna wypierać obawy.
Noc znowu wypełnił spokojny, nieprzerwany, błogi sen.
Poranki znowu zaczynają się grubo po siódmej, a nie przed piątą.
A w tym wszystkim najważniejsze, że 'my' jesteśmy w tej całej sytuacji niesamowicie jednomyślni.
A nawet jeśli drugie myśli ciut inaczej niż pierwsze, to myślimy w tej samej tonacji...








wtorek, 23 lipca 2013

Ciśnienie

Może jeśli wypuszczę parę z ust, trochę mi ulży
i spadnie ciśnienie międzypodczaszkowe i śródmyślowe.
Bez owijania w kilogramy bawełny.
Bez suspensu.
Krótko pisząc.
Wracamy do Polski.
Wracamy na Śląsk.
Wracamy do Katowic.
A konkretnie pod Katowice.
Z widokiem na pola i z sąsiadami-znajomymi.
Wracamy, bo życie to ludzie.
Wracamy, bo ludzie to kontakty, a kontakty to praca.
A praca to poczucie godności.
A człowiek bez godności staje się bestią.
Powoli.
Jak zwykle trochę pod wiatr, bo rodzice chwilo są bardzo przeciwni.
Ale wierzę głęboko, że ten wiatr, który teraz tak strasznie wieje nam w twarz,
już za moment, za chwilę zawieje nas na głęboką wodę, po której zdecydowanie lepiej się pływa.
Lepiej niż po pozornie bezpieczniejszej mieliźnie...

wtorek, 16 lipca 2013

Myśli plenerowe

Głowa pełna przemyśleń.
Trudno nazwać to w ogóle planami.
To ich cienie i skrawki.
Mam ochotę siąść i rozpłakać się jak dziecko nad rozsypanymi zabawkami.
Nie umiemy podjąć decyzji.
Przekonujemy się wzajemnie do czegoś, co może znowu okazać się błędem.
Przestaliśmy się dzielić naszymi wnioskami z innymi, bo zbyt szybko się zmieniają, więc tylko wszystkich dezorientują.
Czuję, że wakacje w pewnym sensie dobiegają końca, choć teoretycznie dopiero co się zaczęły.
Brak kontaktu ze światem sprawia, że momentami czuję się jak na wygnaniu.
Uwiązana.
Na wcale nie małym podwórku.
Uwiązana.
Jak burek przy stodole na długim łańcuchu.
Niby jest wszystko, a czegoś brak.
Regularna dostawa dóbr wszelakich nie zapełni przepaści i braku perspektyw.
Bo życie nie polega tylko na przeżyciu...

wtorek, 9 lipca 2013

H jak ...

Wieś to ludzie – nie maszyny, komunikatory, maile, smsy.
Ludzie.
Jeśli ludzie zaczynają wychodzić na ulicę i w spokojny poniedziałkowy poranek nerwowo jeżdżą do sklepu a to po kilo niepotrzebnej przeterminowanej mąki, a to po kilo za bardzo zbrylonego cukru, a to po nic, to już wiadomo, że coś na wsi jest nie tak.
Wychodzę na drogę więc i ja.
Dopytać, podsłuchać, porozmawiać.
Nie muszę czekać zbyt długo.
Każdy, kto mnie mija dorzuca swoje dwa grosze do tej tragicznej, niestety prawdziwej historii.
Nawet facet od licznika wody już wie.
Henio nie żyje.
Nie wierzę!!!
Powiedzcie mi, że to tandetny film kryminalny na polsacie!
Patrzę w to moje spokojne polskie wakacyjne niebo i nie wierzę.
Patrzę na oddaloną o dwa gospodarstwa stodołę Henia i razem z Bożenką, tą, co pomaga księdzu przy kościele, nie wierzymy. Razem, wzajemnie w tym niedowierzaniu się przekonujemy.
Może syn, który kilka minut temu zadzwonił do matki, może ten syn był w szoku?
Wezwijcie karetkę! Zamiast dzwonić po leśniczego i po ludzi - karetkę wzywać najpierw!
Dziarski sąsiad wskakuje do zdezelowanego opla, zabiera żonę Henia i jego starszą córkę i ruszają do 'lassu', gdzie Henio ścinał drzewa.
Cała wieś czeka i drży.
Lipcowe powietrze jest jakby coraz gęstsze.
Duszno. I smutno.
Zapominam na chwilę o dzieciach w piaskownicy, o babci, która co dwie godziny musi wypić szklankę wody, a potem ją na akord wysikać, o orzechówce, która stoi na parapecie, na którym już od dobrych kilkudziesięciu minut nie ma słońca, więc trzeba zmienić parapet ze wschodniego na południowo-zachodni.
Zapominam o drugim śniadaniu, o porzeczkach, które miałam narwać do kompotu, o pomidorach, które miałam podwiązać lub poderwać. O stodole, którą miałam otworzyć, żeby przewiew był dla rozłożonych na zopolu kwiatów lipy.
No podobno jednak nie żyje.
I na tym 'podobno' zawisła na kilka godzin nadzieja wsi, na której Henio od lat był największym 'gospodorzem'.
Kupa ziemi, roboty w lesie, hodowla byków, troje dzieci studiujących zaocznie.
48 lat. To zdecydowanie za mało. Za krótko. Nie tak.
Nie żyje.
Tadek, ten co zawiózł żonę, po kilku godzinach potwierdza, że na miejscu jest już 'milicjo', bo to nie zawał, tylko wypadek był, bo 'hojok się na niego łobalił'.
Pomimo gorących próśb żony, która przekazuje pani prokurator, że 'Henio mówił, że jak go kiedyś co przygniecie, to żeby go później chociaż nie rżnyły', pomimo tych błagań i szlochów jutro w Radomiu będzie sekcja zwłok.
Dzień powoli mija.
Życie toczy się dalej.
Włączam na dole dziarskie disco polo live, bo bajki się już skończyły, a ja muszę zająć czymś córki na czas kąpieli babci. Skoczne piosenki na chwilę zatrzymują je przed telewizorem na kilku metrach kwadratowych wełnianego dywanu.
I choć z dołu dochodzi debilny refren 'W życiu ważne są chwile chwile, tak ulotne jak motyle', ja nie potrafię powstrzymać łez, bo okno łazienki wychodzi dokładnie na stodołę Henia. I gdy tak z babcią wspólnymi siłami płuczemy jej sztuczną szczękę, ja patrzę na suszące się siano i na skarpę zrąbanego drewna i na niedbale porzuconą plandekę.
A gdy dom cichnie, siadam na drewnianych schodach i wsłuchuję się w bijące dzwony...
Te dzwony biją dla Henia...