sobota, 23 listopada 2013

Gdyby...


Jestem chodzącą Etną.
Wulkanem przemyśleń i analiz.
W małej bordowej torebce noszę notesik z gumką.
Notuję.
Wiele.
Prawie wszystko.
Jestem bardzo zachłanna na rzeczywistość.
Małe karteczki z dniami tygodnia
nasmarowane są łapczywie planem do zrobienia.
Bo plan mam.
Sam się tworzy.
I teraz gdy wszystko zaczyna się układać,
gdy wróciłam na tor,
gdy widzę światło jak u Zemeckisa w Polarnym Expresie,
po tygodniach podróży w zawiejach i na zakrętach...
i gdy właśnie....
to nagle zaczynam się bać.
Że się rozbiję na drodze szybkiego ruchu,
na której akurat nie ma w ogóle pasa awaryjnego,
a jak ja stanę, to inni uderzą we mnie
i będzie kraksa największa na Śląsku.
A kto odbierze wtedy moje dzieci z przedszkola
i szkoły?
I kto i jak im wytłumaczy, że mama w szpitalu?
I już widzę te zapłakane oczy Starszej
i czuję tęsknotę Młodszej.
Bo przecież powtarza się kolejny raz ten sam schemat.
Zaczynam z pędem, a potem uderzam w słup.
Tak było z pierwszym stażem, kiedy to zaszłam w pierwszą ciążę
i szlag wszystko trafił, bo ciąża była trudna.
Tak było z drugą. Też do listopada pędziłam jak scirocco, który
zimą zamiata ulice Apulii, a potem nagle rozbiłam się na kolejnym słupie.
Bo druga ciąża.
Tak było 3 lata temu, gdy wszystko pięknie ładnie, a tu nagle wyjazd i znowu
w listopadzie szarobure chmury i deszcze zalały moją poukładaną rzeczywistość.
I teraz boję się, że wszystko huknie.
Że to wprost niemożliwe, żeby się udało.
Tak po prostu.
Wystarczy jedna zła informacja, jeden nieprzyjemny budziec
i uruchamiam w sobie lawinę katastroficznych myśli.
Myślę o terapii...
Już nie tylko blogowej...

piątek, 22 listopada 2013

Poza... proza



Jestem. Żyję.
Działam.
Pracuję.
Dzwonią do mnie.
Chcą mnie.
Bo pani ma doświadczenie.
Podejście.
Ma pani pałer.
Jest pani bardzo tfurcza.
A czemu pani tego nie wyda.
To takie fajne.
Ochy i achy.
A gdzieś równolegle do tych wszystkich propozycji
odnotowuję sukcesywnie wszystkie objawy nerwicy lękowej.
Czekam na eeg.
Szukam w miarę szybkiego terminu rezonansu.
Bo to nie jest fajne, kiedy nagle serce zaczyna ci dudnić,
robi ci się duszno, drętwieje żuchwa... tylko dlatego,
że pomyślałaś sobie przez jeden moment 'a co by było gdyby'...

Ale poza tym, jest okej..

sobota, 16 listopada 2013

A ty?



Biegam. Nieustannie.
Ważę 59 kilo.
Byłam na jodze.
Pracuję.
Mam kochanego kochającego męża.
Mam cudowne dzieci i troskliwych rodziców.
Dbam o przyjaciół.
Często gotuję.
A listopad też ma swój urok...

niedziela, 10 listopada 2013

Pleneroterapia

Mamo, jak tu smutno.
A czemu na tych oknach jest krew?



To nie krew.
To czerwona farba.



Wieczorna pleneroterapia.
Nikisz magiczny jest.
Kto nie widział, ten trąba...



Czekam na jarmark świąteczny.
Będzie zjawiskowo.

sobota, 9 listopada 2013

Now... nov



Chodzę z nosem na kwintę.
Listopad.
Zaczął się...

Nokaut



'Psze pani, morfologia cudna,
jeśli neurolog wykluczy inne rzeczy
to ja proponowałabym wizytę u psychiatry...'

Zanim to nastąpi,
An w przyszły czwartek zabiera mnie na jogę.
Samo bieganie nie wystarcza, żeby przydusić
moje wewnętrzne lęki i napady paniki.

Ale An jak się okazało też to miała.
Też po kilkuletnim siedzeniu z dzieckiem w domu.
Też, podobnie jak ja, po zmianach związanych
z przeprowadzkami.
Nagle wychodzisz z domowych pieleszy
i wpadasz w kierat.
I jakkolwiek tego kieratem nazywać nie chcesz,
bo przecież dbasz o higienę czasową rodziny,
to to jest kierat,
który daje ci po pysku przeważnie wieczorem.
Nokautuje cię.
Rzuca lewym sierpowym na małego jaśka
obok lokowatej główki...




sobota, 2 listopada 2013

Normalnie

Najpierw panika.
Wszystko idzie na czynsz,
zarządzanie śmieciami, dostawę gazu i prądu.
Zakupy i trochę benzyny.
A potem chwila zadumy.
Przecież pod hasłem czynsz są nasze
smętne wieczory,
gdy pod kołdrami czytamy 'Dzieci z Bullerbyn'
na przemian z 'Kotem Fagotem'.
A gaz to nasze zupy kremy i pieczona ryba z warzywami.
A prąd to relaksujące suszenie włosów i ciepła herbata z lipy
z wiejskimi malinami.
Więc okej. Niech i tak będzie.
Zwykłe życie...
Ono też kosztuje.

Aj kłit



Podliczam październik.
38 lekcji gry na pianinie.
Średnia wieku 4.
Do tego umuzykalnienia i inne trele.
Jest dobrze.
Nic to, że żyjemy dosłownie z tygodnia na tydzień.
Mam mocne poczucie, że sytuacja jest dalece rozwojowa.
Że zrobiliśmy dobrze w pewnym sensie 'uciekając' z włoskiego raju.
Sygnały, które do nas docierają nie są dobre.
Najważniejsze to to, że ja wreszcie naprawdę pracuję.
Pracuję i robię to, co zawsze robiłam.
Nie wymyślam siebie nowej na potrzeby kredytu
czy wysokiego jak wieża spadochronowa czynszu.
Pracuję, a nowe zlecenie już w drodze.
Jeszcze tylko zaświadczenie o niekaralności, sanepid i fru.
Od listopada nowe placówki.
Po raz pierwszy w życiu postawiłam sobie czasowo-finansowy cel
i pomimo pokus realizuję go jak taran.
15.30 i aj kłit.
Bo po dzieci, a potem jak nam się zachce to park, spacer,
odwiedziny sąsiadki, tej blond lub tej brunetki z góry.
A jak nam się zachce mniej to bajki i nogi do góry.
Albo fru do pokoju bawić mi się, jazda i już!
Tu pokrzyczę, tam poprzytulam.
Tu energiczniej wyciągnę z auta, bo za pięć ósma.
Tam ścisnę z miłości jak poranną cytrynę do miodzianki.
Wycałuję.
Jeszcze przyjdą czasy na otwarcie knajpy
i ślęczenie do wieczora, albo na weekendowe chałturzenie.
Teraz sorry gregory... mam małe dzieci... jeszcze zbyt małe...
So aj kłit...


piątek, 1 listopada 2013