poniedziałek, 24 lutego 2014

Lewa strona.... dobra strona..



Kryzysy mają swoje dobre strony.
Tym razem do nożyczek dorwał się mój mąż...
On zafundował sobie prawie dwie godziny arteterapii,
ja darmowe strzyżenie in stile italiano puro....

piątek, 21 lutego 2014

Waiting...

Puk.Puk.
Piątkowy wieczór.
Mąż upiekł chleb.
Zrobił domowe hamburgery.
Wypite czerwone wino uruchamia jak zwykle
wodze wyobraźni.
Młodsza stroi się dla Igora,
co się w niej od wczoraj zakochał.
Starsza stale rozprawia o Oliwierze.
ja też czekam na wiosnę...

sobota, 15 lutego 2014

Małż...

Małżeństwo to rzecz trudna.
To nieustanne podejmowanie trudu,
aby nie zatracić szacunku wobec osoby,
którą widzi się czasem w stanie
całkowitego rozpadu emocjonalnego
i rozkładu cielesnego...

Powalentynkowa zad(u)yma...


To, że dzięki internetom można poznać męża wiadomo nie od dziś.
Zastanawia mnie jednak, ile małżeństw właśnie przez internet się rozpadło...

piątek, 14 lutego 2014

Made my Valentine's day....

Igor, lat 5...:
Kocham Panią pani Kasiu.
Tak panią kocham, że aż mi się chce grać (przyp. red. na pianinie) w każde dnie...

sobota, 8 lutego 2014

Plany



Na wieczór kupione już czerwone wino.
Dj zapodaje dzisiaj 'Nietykalnych' i 'Miłość' Hanekego.
W planie było 'Wielkie piękno' w ukrytym na 3 Maja Światowidzie,
ale musimy dać się babci porządnie wychorować,
więc w ten weekend dajemy dziadkom spokój.
Może znajdę energię na domowe suszi,
a może zakończę tylko na murzynku.
Zobaczymy.
Cztery czy pięć sobotnich popołudniowych godzin
to przecież tak dużo.
Zwłaszcza wtedy, gdy człowiek oprze się porządnie
o zagłówki dzisiejszego fotela
i skupi się na kolorze dzisiejszego nieba
i smaku dzisiejszego obiadu
oraz cudownej beztrosce towarzyszącej
poczuciu, że wszystko jest tu dziś i teraz okej.
Tfu tfu tfu, odpukać w niemalowane,
Więc zasiadam swoim prawie sześćdziesięciokilowym
tyłkiem na miękkim fotelu,
biorę do ręki płytki kieliszek
i sączę.
Sącze tę beztroską lutową sobotę mojego
jedynego życia w rytm piosenki 'Happy' Pharrella Williamsa.



ps. Starsza córa po pierwszym oględnym obejrzeniu teledysku uznała, że jej mama to ta z ósmej minuty 'klik'

Coś w tym musi być.....
Dokładnie tak się czuję!

Rozdział otwarty


Żeby nie było.
Jestem umiarkowanie szczęśliwą mężatką.
Odpukać, tfu, tfu tfu i inne takie.
Ale są okresy, a ostatnio mam właśnie taki okres, kiedy śni mi się AW.
AW podobał mi się zawsze równolegle z KJ.
Szkołę miałam daleko od domu, więc AW był platoniczną miłością szkolną,
a KJ miłością podwórkową.
AW był cudownym blondynem w stylu Mata Damona.
Co ja plotę, nie w stylu..
To był prawdziwy Mat Damon.
KJ za to kruczoczarny przystojniak niczym Julek Bromski z Janki,
palec do góry, która się w nim nie podkochiwała :)
Obydwu z nich, prawie równolegle udało mi się nawet na moment upolować.
Jednego na szalony wieczór w Mega i nieudany szorstki pocałunek,
drugiego na wieczór z Leonem Zawodowcem w kinie Kosmos
i pojedyncze odprowadzenie do domu i bardzo nieudany pocałunek
przy słupie latarnianym.
I o ile po wieczorze w Mega było jeszcze kilka spacerów i rozmów,
które doszczętnie obnażyły króla, to po słupie latarnianym nastąpiły
wakacje, a po wakacjach powakacyjna męska amnezja.
Ręka do góry, kto tego nie doświadczył.
Ja kilkakrotnie.
I tak się z tym słupem męczę do dzisiaj.
Co by było gdyby...
Żeby było śmnieczniej, życie płata figle.
AW i KJ zaprzyjaźnili się w okresie studiów
i nawet byłam z nimi obydwona na wspólnym wypadzie w górach.
Już jako niezależna, światowa dziewczyna z grymasem na twarzy
w stylu 'mam was gdzieś'.
Ale dlaczego o tym?
Bo właśnie na moich oczach rośnie mi mały skowronek,
który co jakiś czas wspomina o włoskim Roberto
lub podpytuje o Oliwiera.
I wzrusza mnie to, że asystuję przy niesamowicie ważnym
otwieraniu kolejnych rozdziałów życia małego człowieka...

niedziela, 2 lutego 2014

Do trzech razy sztuka

Wierzę, oj tak bardzo chcę wierzyć w 'do trzech razy sztuka'.
A że wierzę, to i działam.
Dopijam znowu niedzielną cichą, tylko moją kawę,
i tak bardzo chciałabym pobiec i postawić na parterowym parapecie
ocynkowaną doniczkę z na przykład rozmarynem
albo chociaż cebulką żonkila.
Może wezmę psa i chociaż sobie popatrzę
na tę żółtawą elewację, co mi się trochę
z 'zabajone' kojarzy, ale ogólnie
w zestawieniu z przeoranymi tu i ówdzie polami
i nieśmiałymy zielonawymi łąkami
to nawet nie mdli mnie zanadto.
A może zanim wybije godzina zero
to jeszcze nic nie będę w głowie projektować,
bo już nie raz miało być tak, a było inaczej...

sobota, 1 lutego 2014

Zakurzeni



Piątkowy wieczór.
Najpierw barokowa opera,
potem lane piwo i burger katowicki w archibarze.
Tak niewiele trzeba, żeby strzepnąć
z siebie kurz codzienności.