niedziela, 24 sierpnia 2014

Myśli rozproszone

Nie było mnie,
bo kończyliśmy się i dom,
odświeżaliśmy segment, żeby zdać klucze,
przechodziliśmy mały kryzys małżeński
w granicach wszelkich norm bezpieczeństwa
spowodowany zaplanowanym przyjazdem teściowej
i nagłym nieplanowanym jej wyjazdem
z powodu kompletne sfiksowanego teścia.
Po raz kolejny zwiozłam sobie na wieś koleżanki
i córki tych koleżanek
i codziennie zbierałyśmy antonówki i papierówki
na poranne smażonki,
ogórki do mizerii,
borówki na deser,
pomidorki do kanapek
i maliny na soki i kompoty.
Jak co roku wyczekiwałyśmy pielgrzymki
i jak co roku zasłaniałam skrzętnie zaszklone oczy okularami.
Myłam tysiące kubków,
obierałam setki ziemniaków,
zasypiałam krótko po 21.00,
żeby rano nie przegapić pana od chleba.
Byłam kompletnie offline
i było mi z tym po prostu zwyczajnie dobrze.
I tylko czasem walczyłam z czarnymi myślami,
bo nie tęskni, nie dzwoni,
a jak dzwoni, to nie wzdycha do słuchawki
i ton jakiś nie ten...
Ale najważniejsze, że kolejny już raz nie dałam się ponieść
piwnej fali grillowania
i restrykcyjnie zadbałam o siebie samą,
osiągając bezczelnie kolejny triumfalny rekord od czasów ślubnych -
na poziomie 56 kilo.
Amen.