sobota, 10 czerwca 2017

Greentopia

Powoli dobijam do corocznego brzegu.
Łubin już prawie przekwitł.
Malwy ścigają się jak na jakimś biegu charytatywnym.
Kosmos wystrzelił w kosmos.
Lawenda wystrzeli fioltem już niebawem.
Piwonia rozwija się bardzo intymnie i powoli.
Ale czekam na jej pudrowy róż.
Oj czekam.
Gipsówka jak zwykle przyprószy mi większość przestrzeni
przeznaczonej na kwietnik.
Ale tak miało być.
Uwielbiam tę letnią mgiełkę.
Słoneczniki narazie stoją poniżej przeciętnej.
Maciejka da o sobie na pewno znać
niedługo powalającym zapachem dzieciństwa na wsi.
Siewki pomidorków nie potrafią się zdecydować,
czy mają przejść w fazę sadzonek,
czy pozostać siewkami.
Borówki i porzeczki za to eksplodowały ilością owoców.
Sałaty nie przeżyły ulewy,
a te na werandzie same nie wiedzą czym są.
Jedno wino jak opętane kombinuje, którą drogą by tu iść,
drugie postanowiło zostać krzakiem,
trzecie się kompletnie zawstydziło,
a czwarte udaje, że go nie ma, ale jest.
A cały ten roślinogród
mieści się
na jednym podmiejskim arze mojego
zielonego szczęścia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz